Dziś krótka notka, bo tydzień minął w zasadzie bez historii. Do tego brak snu w ostatnim czasie zniwelował moją wenę twórczą.

Nadszedł czas sprawdzianu, więc wybrałem się na parkrun. Pogoda idealna – słońce, rześkie powietrze, praktycznie bezwietrznie. Poranek jednak w lekkich nerwach i chaosie. Żeby dojechać ze Smolca do Jazu Opatowickiego trzeba się przeprawić przez cały Wrocław z zachodu na wschód. Dzieciaki oczywiście nie chciały współpracować przy jedzeniu śniadania i ubieraniu, więc byliśmy w lekkim niedoczasie. Myślałem nawet, że nie zdążymy, ale udało się bez naginania przepisów drogowych pojawić na trzy minuty przed startem na miejscu. W nerwach, bez porządnej rozgrzewki, ruszyłem z tłumem na trasę. Po siedmiuset metrach okazało się, że jestem za wolny na czołówkę i za szybki na resztę stawki. Wyszedł więc z tego samotny bieg, bardziej mocny trening niż zawody. Ale nie narzekam, nie zamierzam gdybać, przyjmuję w pokorze wynik jaki nabiegałem. Koniec, kropka.

week 7. 20,9km
pn   rest
wt   36min E(6,6km | 5:29/km) + 6ST   Σ7,7km
śr   rest
cz   38min E(7,1km | 5:22/km) + 6ST   Σ8,2km
pt   rest
so   parkrun Wrocław #279 5km 21:03   Σ5km
nd   rest

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+