Piąty Maraton Lubelski. Wystartowałam, jak co roku. Jak co roku bez treningu maratońskiego. I jak co roku, poszło nieco szybciej niż poprzednio.

Parę słów odnośnie treningu po czwartej dyszce… Był, nawet sensowny, szłam dalej planem uniwersalnym pod 5-10km z bieganie.pl, o którym pisałam tutaj:  http://bieganie.pl/blogi/neevle/z-planem-od-naczelnego/ . W skrócie – każdy tydzień to mocny akcent, przebieżki, wybieganie i rozbiegania jako wypełniacze. W ramach akcentów głównych weszły interwały 4x1km po 4:08, dłuższy ciągły >20min trochę przewiozłam, robiąc go po 4:26, krótki ciągły 15min nie wyszedł i nie warto o nim pamiętać. Mając w pamięci maraton, wcisnęłam w to jeden dłuższy bieg, jakieś 2:10h i bodajże niecałe 24km, tempo 5:25. Ponieważ nie było tragicznie, uznałam,  że damy przecież radę i nie wracałam do tematu. W marcu zakończyłam przecież trening pod półmaraton, wpadły jakieś ze dwie dwudziestki, musiało wystarczyć. Kwiecień zamknęłam 205km, czyli w porównaniu do marca już normalnie.

29 kwietnia tradycyjnie pojechałam na bieszczadzką majówkę, pięć dni bez biegania. No i załatwiła mnie klimatyzacja w autobusie powrotnym. Bolące gardło, łamanie w kościach i start w maratonie pod znakiem zapytania. Naprawdę nie wiem jakim cudem udało się to odpędzić prawie całkiem. Paracetamol, witamina C, czosnek, ładowałam w siebie wszystko na raz. Udało się. Dwa rozbiegania po powrocie z gór i byłam gotowa.

Złamałam zwyczaj. Nie wystartowałam w koszulce z pakietu. Materiał wydał się jakby sztywny, ale przede wszystkim była ciut za mała i podjeżdżała do góry z bioder. Uznałam, że nie zdzierżę tego przez blisko cztery godziny i pobiegłam w zielonej koszulce z drugiego maratonu lubelskiego. Szybkie przepięcie numeru na dwadzieścia minut przed dziewiątą i ruszyłam do strefy startowej „maratonu siedmiu wzgórz”, jak szumnie nazwali go w tym roku organizatorzy.

Na początku wcale nie szło tak lekko. Gdybym była przesądna, przejęłabym się tym, że na trzecim kilometrze lewym butem wdepnęłam w jakieś zgubione opakowanie żelu, które strzeliło z hukiem, pokrywając mój prawy but lepką, różową mazią. Może to słońce, a może niezbyt rozruszane nogi, ale rytm złapałam dopiero, gdy na trasie się przerzedziło, a uczestnicy biegu na 10km na 500m przed ich metą oddzielili się od maratończyków. W każdym razie na początku wyprzedzały mnie masy ludzi – mimo że ustawiłam się w swojej strefie, między balonami na 3:45, a 4:00 i leciałam jakoś po 5:20. „później was dogonię” – myślałam. Kolejne kilometry biegło się jakby z góry. W ogóle odniosłam wrażenie, że odcinków z góry było dużo więcej, choć to rzecz jasna niemożliwe, zważywszy na to, że start i meta były w niemal tym samym miejscu. Ale mnie biegło się w dół, i tylko zastanawiałam się, kiedy przyjdzie za to zapłacić. Garmin naliczył +/-  480m, ale nie sądzę, by to była prawda – w poprzednich latach przewyższenia to jakieś 350m i strzelałabym raczej bliżej tej wartości.

Połówkę zaliczyłam w niemal równo 1:53h. Trasa poprowadzona była nieco inaczej niż w poprzednich latach. Miejsca, które wówczas mijałam na 25km, tym razem były już bliższe 30km, co w sumie dobrze działało mi na głowę. W końcu biegłam „dopiero” Zemborzycką, nie wypadało zwalniać. Tempo trzymało się zresztą nieźle, a od 25km zaczęła się moja kolej na wyprzedzanie. Aż szkoda, że startowało tylko 600 osób – na 30km stawka jest już tak rozciągnięta, że do wyprzedzania wielu kandydatów nie ma. W sumie tak do 35km miałam jeden drobny kryzys i kilometr w 5:46 pod górkę – poza tym ciągle było „mentalnie z góry”.

Lublin, prawie jak Las Vegas, ma swoje „Heartbreak hill” – aleję Jana Pawła II. Tym razem przypadła na 37 i 38km i przynajmniej trwała nieco krócej niż zwykle. Ale żeby nie było za łatwo, od burzowej chmury, która szła prosto na nas, zaczął wiać porządny Wmordewind. Chmura przyszła, wodą zaczęło chlustać jak z wiadra (dość, że wymazany w żelu but wymył mi się do czysta), a ja te dwa kilometry zaliczyłam w 6:00 i 6:05. Na 39km się trochę ogarnęłam. Rzut oka na zegarek – no dobra, życiówka bezdyskusyjna, ale jeśli będę biec po 5:30, to złamię 3:50. Deszcz przestawał padać, w butach co prawda chlupało, ale trasa wiodła znów jakby w dół, więc… Decyzja – lecimy.

Ostatnie trzy kilometry to czysty trans. Przez moment pod koniec aż było mi żal, że przygoda się kończy i następna dopiero za rok. 5:04, 5:18, 5:09 i finisz. Na mecie 3:48:51 z zacieszem na gębie. Co by nie mówić, to przyzwoity stosunek czasu do włożonej pracy.

Jakoś koło 13:45 wróciłam do domu, chwilę potem przyszedł sms z wynikiem. Drugie miejsce w K18. Szybka decyzja – mycie, samochód i wracam na dekorację o 14:30. Bo to jednak Maraton Lubelski… Zawody, z którymi jestem od początku. Na których cztery lata temu ledwo dolazłam do mety, co zajęło mi niemal godzinę więcej niż teraz i czego, cholera, nie powinnam była wówczas robić.

Ale nie żałuję. Fajnie było. Czas dopisać kolejne cyferki do historii:

I Maraton Lubelski – 2013 – 4:46h
II Maraton Lubelski – 2014 – 4:20h
III Maraton Lubelski – 2015 – 4:02h
IV Maraton Lubelski – 2016 – 3:54h
V Maraton Lubelski – 2017 – 3:48h

 

 

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+