Na MP w Rybniku najbardziej ucierpiały moje łydki. Przez pierwsze 3 dni ledwo chodziłem. Oczywiście starałem się jakoś im pomóc – masowałem, rolowałem. W środę poczułem sie trochę lepiej i zrobiłem szybszy trening z myślą o dalszej części sezonu: 3×800 + 3×600 + 3+400 + 3+200.

Okazało się, że to był duży błąd – kręciło się nieźle, ale przy okazji kompletnie zniszczyłem łydki (mimo że trening robiłem w butach).

Jakoś egzystowałem do niedzieli i wystartowałem w Gdyni. Liczyłem że 32 minuty to pobiegnę bez problemu. Jednak życie okazało się brutalne i od 2km łydki zaczęły dawać o sobie znać. 5km jeszcze miałem chyba w 15:48, ale potem tylko gorzej. W nogach kamienie, doczłapałem w 32:37.

Ten start nie był potrzebny, ale chciałem to sprawdzić na własne skórze.

Najbliższe 2 tygodnie na pewno nigdzie nie startuję, muszę trochę potrenować i ułożyć sobie jakiś plan startowy i cele na dalszą część sezonu. Mam z tym duży problem, za dużo możliwości…

Jestem zawiedziony tym startem, bieganie poniżej 32minut powinno być dla mnie formalnością, nawet jak czuję się słabo. No nic trzeba na to zapracować.

Ciężko jest trenować samemu, bez Trenera. Tysiąc pomysłów w jednej chwili. Mam nadzieję, że wyciągnę wnioski. Jak na razie moja współpraca z samym sobą przynosi efekty, ale będzie coraz ciężej – apetyt rośnie… :)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+