Cześć i czołem!

Jeśli pytacie skąd się wziąłem – pokazuję i objaśniam.

Jak nie wiadomo o co chodzi, to w większości przypadków chodzi o pieniądze. Jeśli nie wiadomo od czego zacząć, to najlepiej zacząć od początku. A zatem – były lata 90 – te, jak rozpocząłem naukę w publicznej szkole podstawowej. Gumy turbo, szybka oranżada z kaucją pita pod sklepem, mleko w szkle. Piękne czasy. To był taki okres, kiedy coraz bardziej zacząłem w swoim chłopięcym sercu odkrywać, że czuję miętę do szeroko pojętej rywalizacji. Na szkolnym podwórku mieliśmy minimum socjalne jeśli chodzi o infrastrukturę sportową – piaskówa do nogi, betonówa do dwóch ogni. Ale było coś ekstra – prawie równa asfaltowa bieżnia, z oznaczonymi białą farbą torami. Prawie równa? Gdzieniegdzie wyrastały wybrzuszenia podbite przez potężne korzenie pobliskich drzew. Żadne tam orliki z poliuretanu, żaden tartan. Unoszące się w rozgrzanym słońcu opary asfaltu to był dopiero dopalacz dla naszych szczenięcych dusz. Na przerwach stawaliśmy z chłopakami na jedynce, dwójce, trójce i bawiliśmy się w Mauryców Greenów, Ato Boldonów i innych Donovanów Bailey….

Nie nie byłem najszybszy, może 3, może 4 miejsce w klasie. Ale wtedy właśnie pomyślałem sobie, że będę sprinterem. Muszę tylko trochę potrenować i nabić masy, bo 36 kg to chyba za mało.

W przedziale klasowym 4-6 dużo się zmieniło. Przestaliśmy już mieć jednego nauczyciela od wszystkiego, pojawiły się też takie egzotyczne przedmioty jak geografia, historia, czy fizyka. Rewolucja. A dodatkowo podzielono mój rocznik na dwie klasy sportowe – jedną w wersji PRO, drugą amatorską z mniejszą liczbą godzin WF tygodniowo. Tak, trafiłem do tej pierwszej. Miałem nadzieję, że więcej zajęć sportowych szybko przełoży się na moją sprinterską formę. Rzeczywistość rozminęła się z planami szerokim łukiem. Zamiast biegać, przez 80 procent czasu rąbaliśmy w siatkówkę na 100 różnych sposobów. A to serwis, a to kiwka, a to atak, a to w parach, a to w grupach, a to ze ścianą…Siatkówka, siatkówka, siatkówka….wymiotowałem na sam widok piłki Micasa.

Trafiały się na szczęście dni, kiedy pan Henryk zabierał nas na szkolne podwórko. Czasami pyknęliśmy w nogę, a treneiro kazał sobie przynosić krzesełko i przesiadywał w cieniu drzewa, obserwując bacznie nasze poczynania. Jeśli chodzi o bieganie, to i owszem biegaliśmy, ale tysiaka zamiast setki. Różnica w jednym zerze, a jaka zmiana perspektywy.  Tutaj też okazało się, że nie jestem najlepszy, ale jednak awansowałem. O ile na setkę byłem 3-4 tylko w mojej klasie, tak na 1 km przybiegałem już 2-3, licząc na dwie klasy równoległe – 4A i 4B.

W klasie mieliśmy półboga, który był najlepszy we wszystkim. Nieważne czym dotykał piłki – nogą, czy ręką, zawsze potrafił zrobić z nią najwięcej. Nieważne czy przez skrzynię skakał przodem, tyłem, czy bokiem, zawsze lądował najdalej. Nieważne czy biegał 100 czy 1000m i tu i tu rozdzierał taśmę jako lider. Szycha – król podwórka, książę outdooru, hegemon skoczności, cudowne dziecko Emila Zatopka.

To mogła być wiosna, bo do dziś czuję w nozdrzach to świeżo nagrzane po zimie powietrze. Pan Henryk stwierdził, że zrobi nam test na 500 metrów, bo szykują się jakieś zawody na miejskim stadionie. Zaordynował dwa kółka po szkolnym podwórku. Już od startu pozycje zostały podzielone. Szycha na szpicy, zanim Patryk i na trzecim miejscu moja wątła sylwetka. Biegniemy. Słońce co parę metrów wychyla się zza gałązek okolicznych drzew, żeby po chwili zniknąć. Mijamy piaskówę, jest wysoki zeskok z krawężnika na beton, potem asfaltowa bieżnia zakręt w lewo o 90 stopni i koniec kółka. Ciągle jestem trzeci, ale zmniejszam dystans do drugiego, po chwili znów jesteśmy na piaskówie, wyprzedzam. Awans o jedno oczko. Zeskok z krawężnika, noga mocno ląduje trampkiem o beton (w sumie nie wiem, czy te trampki były dla supinatorów, czy nie). Znów jesteśmy na bieżni, jeszcze 60 metrów po prostej, potem ostro w lewo, dwadzieścia metrów i meta, którą wyznacza padający cień wuefsity. Dzieje się coś dziwnego, doganiam naszego klasowego giganta. Wpadam na niego tuż przed skrętem i potem już tylko dokładam prędkości. Pierwszy! Wygrywam test na 500 metrów, a pan Henryk zapisuje mnie w swoim kajecie, informując, że za niedługo pobiegnę w prawdziwych zawodach. Na prawdziwym stadionie z bieżnią nieasfaltową.

Tak to się mniej więcej zaczęło.

CDN.

Dzień dobry!