Wpis o Biegu Ursynowa sprzed ponad tygodnia powinien pojawić się już jakiś czas temu, ale po pierwsze, mój komputer poszedł do serwisu, a po drugie, nie było o czym pisać, bo start mocno nieudany. Spuchłam w drugiej połowie, odcięło moc, skończyłam w 21:39, kalecząc technikę i tocząc się jak połamaniec po 4:30 przez ostatnie dwa kilometry. Mam jedno takie zdjęcie z tamtego odcinka… którego na pewno nie pokażę, bo mogłoby z niego wyniknąć, że ja w ogóle biegać nie powinnam, mając taką „postawę”. :P Cóż, zaliczyłam w tym roku już starty udane, dosyć udane, ten natomiast wpisać należy na listę całkiem nieudanych.

Swoją drogą, takiego bajzlu przy depozytach po biegu jeszcze nigdy nie widziałam. Mając za sobą dziesiątki zawodów – autentycznie nigdy. Wolontariusze rzucali chyba worki gdzie popadnie i nie było żadnego nielosowego sposobu, żeby zlokalizować swój pakunek wśród setek innych. Ludzie czekali na odbiór po kilkadziesiąt minut.

 

No, a tak poza tym to kończę lata. Bardzo dobre lata. Właściwie najlepsze jak dotąd.

 

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+