Jasna, cholera…7.15???!!!!!
Niedziela, dzień wolny od pracy, obowiązków, można spać do oporu, można zgnić w łóżku czytając, słuchając muzyki gapiąc się w sufit, można bezmyślnie skrolować fejsbuka, instagramy, czy inne tłity, czy zmieniać stacje patrząc tępo w telewizor…
…można też wygramolić się z ciepłej pościeli, zaparzyć sobie kawę, spojrzeć w okno, wystawić głowę, sprawdzić siłę wiatru, ilość opadów atmosferycznych, iść do szafy i wyjąć zimne, techniczne ciuchy, wrzucić na pokryte odgnieceniami po śnie ciepłe jeszcze ciało, wejść do kuchni, pomarudzić przy lodówce, że nikt znowu nie zrobił zakupów, zjeść jakiś stary serek, przypadkiem nie sprawdzając daty ważności, zagryźć suchym chlebem.
Chłopaki zarządzili zbiórkę na rynku o 7.45, mam już mało czasu, ale rzęsy jeszcze umaluję, zawsze to człowiek lepiej wygląda w niedzielny poranek. W pośpiechu wybiegam z domu spóźniajac się jak zwykle o 2 minuty. Bartek już stoi, znaczy skacze z nogi na nogę, zimno. Wieje, chmury paskudne, ale przebija się słońce. Roberta jeszcze nie ma, kurcze, nie mówił, że nie przyjdzie, czekamy chwilę, jest. Witamy się z durnymi uśmiechami, idziemy w stronę przystanku planując dokąd tym razem pojedziemy autobusem, żeby wrócić stamtąd biegiem.
To już taka nasza tradycja, każdy wyjazd za miasto, żeby pobiegać, nazywami zawodami.
Nie mamy sędziów, nie mamy maty pomiarowej, zabezpieczonej pomocą medyczną trasy, ani nawet stolików z wodą, czy kostkami cukru. Niczego nie mamy, oprócz pomysłów i tego, co w kieszeniach. Jesteśmy najlepszymi organizatorami. Bartek zawsze wytycza trasę, trochę mu się pieprzą kilometry z metrami, ale to przecież zawody z trasą bez atestu. Robert dziś był fotografem oraz zapewnił na trasie doskonałą muzykę, nawet kupił batony, a ja, no cóż, zawsze wychodzi, że myślę tylko o jedzeniu, wzięłam z domu gorzką czekoladę.
Całą drogę w autobusie mamy bekę, nie pamiętam z czego, wysiadamy tym razem w Jezierzanach. Na przystanku rozglądamy się wokół, pusto, cicho, z mijających aut obserwują nas dziwnym wzrokiem ludzie, chyba nie wyglądamy typowo na tą porę roku, miesiąc, dzień, godzinę. Trudno, startujemy.
Pierwsze kilometry jakieś sztywne, pod górkę, zimne, bez rozgrzewki, ale komu to w sumie potrzebne…
Trasa wyjątkowo bajeczna, zaczynamy przy jeziorze i biegniemy cały czas wzdłuż morza, trochę przez las, trochę nie, czasem mokro, czasem błoto, jakieś urwane gałęzie, kręte ścieżki, beton, asfalt, przełaj, piach, no panie….wszystko jest! od morza wieje trochę w bok, trochę z przodu. Mniej więcej w połowie, tam, gdzie jezioro Kopań łączy się z morzem zarządzamy przerwę, siadamy, jemy, chichoczemy w słońcu, obowiązkowe selfie.
Ruszamy. Tempo o dziwo z kilometra na kilometr coraz szybsze, ale bez szarpania, cały czas rozmawiamy, jest luźno, wbiegamy na polną drogę, osłaniamy się od wiatru, omawiamy finisz. Do mety jakieś 3 kilometry, po wbiegnięciu do Darłówka zmieniamy kierunek biegu i w końcu wieje nam w plecy, nogi pięknie współpracują synchronicznie, lecimy jeden za drugim, robi się ciepło…
Finiszujemy przy sklepie, robimy zakupy i siadamy w pobliskim parku. Nie wiem, kto wygrał, chyba wszyscy. Każdy ma inny czas, inną odległość, nie ma to znaczenia. Pijemy piwo, jemy bialkowe batony i cieszymy się z kolejnych udanych zawodów.
Brawo!!!!!!
received_1633809436670245[6091]

Potrzebowałam 4 lata i 2 miesiące oraz ponad 9 tysięcy przebiegniętych kilometrów, żeby zrozumieć, że takie chwile są tymi najlepszymi. Nie plastikowe puchary, nie metalowe blaszki kupione w pakiecie startowym, nie tysiące anonimowych zawodników uderzających mnie łokciami, mijających mnie jednostajnym tupotem, nie nagrody, nie jaranie się wynikami w enduhubie… Ale ta wolność, kiedy biegnę ile chcę, kiedy chcę, jak szybko chcę, kiedy stanę, kiedy się zmęczę, bez wyrzutów, że stracę cenne sekundy, minuty, wynik. Kiedy pogodzę się z własnym ciałem, z wiekiem, z własnymi ułomnościami, z chorobami, kontuzjami, czy w końcu z głową, że nic nie muszę, a mogę wszystko.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+