Kuźniczka” była jak ziemia święta. Stadion znajdował się na skraju miasta, między obwodnicą a działkami. Między lasem a rzeką Kłodnicą. Nieważne z jakiej części Kędzierzyna pochodziłeś, na Kuźniczki zawsze czekała cię większa lub mniejsza pielgrzymka. Bieżnia często przymnażała nam wiary, ale też w ułamku sekundy zabierała wszystko. Swego czasu był to jedyny lekkoatletyczny obiekt na Opolszczyźnie spełniający normy PZLA. Ale nie w tym fakcie tkwiła jego wyjątkowość. „Kuźniczka” pamiętała początki, rozkwit ale też upadek wielkiego Chemika. Kiedy większości z nas nie było jeszcze w planach rodziców, przy Grunwaldzkiej trenowali jedni z najlepszych w swojej dyscyplinie na świecie.

Kulomiot Helmut Krieger – olimpijczyk z Seulu. Tyle razy wygrywał krajowy czempionat, że po ósmym z rzędu tytule prawdopodobnie stracił rachubę.

Genowefa Błaszak, również zdobyła przepustkę do koreańskich igrzysk. Mistrzyni jednego okrążenia. Kiedy w Berlinie Zachodnim w roku 1986 wybiegała 50,7 s mogła nie zdawać sobie sprawy, że właśnie na dekady obejmuje drugie miejsce w polskich tabelach wszech czasów.

Janusz Trzepizur w barwach Chemika skakał jak natchniony. 2.32 w Mediolanie na początku lat 80 – tych sprawiło, że zawodnik przeszedł do historii polskiego skoku wzwyż zajmując miejsce gdzieś obok Jacka Wszoły i Artura Partyki.

Przez całe dekady na widok koszulki z napisem – Chemik, drżały łydki rywalom w kraju i na świecie. Każda epoka ma jednak swój koniec. Zmierzch naszego klubu zbiegł się z narodzinami tak zwanej „Wolnej Polski”. Wraz z przemianami ustrojowymi Chemik podzielił los wielu stoczni, hut, czy kopalni. Upadek był nieuchronny, a sekcja lekkoatletyczna padła jako jedna z pierwszych. Na zgliszczach kędzierzyńskiej lekkoatletki w roku 1994 powstał jednak MMKS, a zaraz po rejestracji klubu pojawiły się pierwsze sukcesy młodzików i juniorów. Lata mijały i kiedy mogłoby się wydawać, że wyniki seniorów w końcu nadejdą sekcja nie mogła doczekać się choćby jednego dorosłego zawodnika.

Po lewej Natalia finiszuje jeszcze na starej Kuźniczce

Po lewej Natalia (825) finiszuje jeszcze na starej Kuźniczce

Podczas mitingu Otwarcia Sezonu w roku 2000 na stadionie pojawił się Helmut Krieger. Spiker z należną czcią przedstawił wszystkie sukcesy kulomiota, a sam olimpijczyk powiedział kilka słów do mikrofonu uroczyście otwierając tym samym zawody. Potężny mężczyzna, raczej nie chciałbym go spotkać po zmroku na Targowej. Gość specjalny nie za bardzo jednak pochłaniał tego dnia moją uwagę. Wypatrywałem na trybunach swojej mamy.

Żwirowa bieżnia już od rana była sucha i twarda jak beton. Pan Tadek wymalował linie na czas. Tylko on wiedział jak wyznaczyć całość poprawnie. Tory na wirażach, łuki do startów wspólnych, kraty, strefy zmian – wszystko obsypywał wapnem. W ciągu doby nawierzchnia potrafiła zmieniać swoją konsystencję nawet kilka razy. Ostatnio nie padało, ale gdyby tylko dzień wcześniej lunął deszcz o życiówce mógłbym zapomnieć. W dżdżystą pogodę noga zapadała się w błocie po kostkę.

Pierwszą rzeczą jaką należało sprawdzić po dotarciu na miejsce zawodów był program minutowy. Lubiłem gdy start jest później, miałem czas, żeby nastroić się przed biegiem. Tym razem trzeba było się sprężać. Podczas rozgrzewki wciąż wypatrywałem mamy wśród kibiców, ale nie mogłem jej dojrzeć. Mocne wiosenne słońce raziło w oczy utrudniając obserwację.

Im bliżej do biegu tym bardziej zapominałem o mamie. Więcej uwagi zacząłem poświęcać rywalom rozgrzewającym się obok. Jacek i Rafał – jeszcze przez kilka minut koledzy klubowi. Za chwilę sentymenty miały jednak zejść na dalszy plan. Obaj byli starsi i zazwyczaj startowali w innych kategoriach wiekowych. To miał być nasz pierwszy bezpośredni pojedynek w historii. Dotychczas ścigaliśmy się jedynie na treningach, zamieniając spokojne rozbiegania w walkę do upadłego. Tym razem miałem dostać prawdziwą odpowiedź, czy rzeczywiście jestem tak dobry jak mówią i jak sam zacząłem o sobie myśleć? Zwycięstwo nad starszym chłopakiem – to byłoby coś.

Na łuku stanęło nas kilkunastu. Podmuchy od strony Kłodnicy choć umiarkowane, to wciąż natrętne. Dwieście metrów dobiegu do mety i dwa równe okrążenia. Trochę musiałeś myśleć, a trochę nie było na to czasu. Wszystko trwało niewiele dłużej niż zalanie do pełna Poloneza .Tak wyglądał tysiak na bieżni. W biegach średnich komenda zawsze była jedna, a starter, który potrafił ją dobrze wyryczeć sprawiał, że po plecach przebiegały nam mrówki.

  • Na mieeeeeeeeeeeeeeeeejscaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

Jeszcze na moment nieruchomieliśmy. Ostatni moment, żeby uspokoić oddech.

Bum!!!

Tłok. Ścisk. Metalowe kolce latają prawie pod nosem. Dwieście metrów za nami i od razu ustalamy z kolegami hierarchię w grupie. Prowadzimy, z każdym metrem coraz wyraźniej odstając od reszty. Rafał, Jacek i ja. Idealna pozycja do ataku. Małe tasowanie. Jeszcze przed 500 metrem wymieniamy się miejscami, żeby 300 metrów później wrócić do ustawienia z początku biegu. Rafał, Jacek i ja, a przed nami ostatni wiraż. Na przeciwko trybuny i w końcu widzę mamę. Uśmiecha się. Klaszcze. Zostaje ostatnia prosta. Lecimy równo. Jako pierwszy rusza Rafał. Kawał konia, masą i wzrostem bije nas na łeb. Jacek wcale nie zamierza odpuścić i podczepia się pod lidera. Podczepiam się pod Jacka. Wagoniki jednak przylegają do siebie coraz mniej. W połowie prostej wszystko pęka. Jacek nie dogoni już Rafała. Ja nie dogonię już Jacka. Wpadamy na kraty w sekundowych odstępach.

3:03, 3:04, 3:05 – jestem wynikiem numer trzy i choć poprawiam życiówkę o 20 sekund, czuję porażkę i zawód.

  • Synek, ten pierwszy co wygrał to chyba ma ze dwadzieścia lat, co?
  • Nie, 14 a co?
  • Kawał konia. Nie powinieneś z takimi dużymi biegać.

Szkoda, że mama nie pisała regulaminów dla IAAF-u. Byłbym oczko wyżej.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+