Bieg na 6km. Niby jestem już po wiosennym okresie startowym, co najlepiej uświadamia waga, niby zeszłoroczna „szybkość” (szybkość jak na moje możliwości) gdzieś uciekła i nie wraca, ale jednak chce się uzyskać jak najlepszy, optymalny do formy wynik. Jak zawsze przed biegiem planuje sobie jakby tu to wszystko rozplanować. Będzie krótko, wiec na maksa czy może jednak jakoś spokojniej zacząć i mocno na koniec. Żar z nieba się leje więc stawiam na tą druga opcje, jak będzie za wolno to będzie piorunująca końcówka.

Pierwszy kilometr 3’39’’, kolejny dwie sekundy wolniej, następny znowu dwie sekundy wolniej. Drugie kółko, czwarty kilometr znowu dwie sekundy wolniej. Na jakieś 1,5km do końca jeszcze trochę pary jest więc przyspieszam lekko, a ostatni kilometr już pełna parą. Ostatecznie na mecie 21’49’’, czyli 45 sekund lepiej niż na tej samej trasie rok wcześniej. Jest dobrze. Ale ten bieg zapamiętam z zupełnie innego powodu, z sytuacji która miał miejsce na kilometr przed metą.

To co powyżej to moja perspektywa tego biegu, a jak wiadoma każdy ma swoje postrzeganie pewnych sytuacji i może się ono różnic od moich odczuć. Na pewno inne odczucia miał Pan, którego mijałem na kilometr przed metą. Jak już zacząłem przyspieszać to zbliżałem się do kolejnych zawodników: zawodniczka i zawodnik. Mijam ich bez problemu bo mają wyraźnie wolniejsze tempo od mojego i słyszę słowa skierowane do mnie przez rzeczonego Pana: „gdzie biegniesz, nie widzisz, że tutaj biegnie kobieta, masz kilometr do mety i mijasz pierwszą kobietę?”. Już nie pamiętam czy to dokładnie te słowa, czy w tej wypowiedzi nie zawarty był popularnie używany w Polsce „przecinek”, czy na końcu nie było jakiegoś „miłego” epitetu określającego moja osobę. Nie wiem. Wiem, że nie wiedziałem co odpowiedzieć na jego słowa, ale ja w swoim zachowaniu nie widzę nic złego. Ostatecznie Pani ukończyła bieg na pierwszej pozycji wśród kobiet – serdecznie gratuluje pierwszego miejsca! – a na metę przybiegła 15 sekund za mną czyli jakieś 70-80 metrów. Rozumiem, że wyprzedzanie pierwszej kobiety na finiszu to jest jakiś nie takt i należało by odpuścić, ale tu miała miejsce zupełne inna sytuacja. Bo kiedy wypada wyprzedzić a kiedy nie? Według mijanego Pana 1/6 dystansu to już jest ta granica czyli na dychę wyprzedzać Panie można do 8 km, w połówce do 17km a maraton to 35km (i niech tu przydarzy się spotkanie ze ścianą a wyprzedzić nie wypada). Dla mnie biegi to sport, sport to rywalizacja i pozwólmy mieć innym swoje ambicje. Jasne – wielu biega dla przyjemności, dla uczestnictwa, ale są też osoby które walczą o wynik, miejsce i to wcale nie odnosi się tylko do czołówki. Pozwólmy biegać każdemu po swojemu.

Jestem ciekaw waszej opinii na w tym temacie, zwłaszcza Pań J. Raczej wszyscy są zgodni, że wyprzedzanie na ostatnich metrach finiszu pierwszej kobiety jest w większości przypadków słabe (bo znalazł bym wyjątki), ale to gdzie jest ta granica? Jaki jest biegowy savoir vivrew takiej sytuacji?

 

Wpis w większości napisał się kilka miesięcy temu. Napisałem, zostawiłem do ponownego przeczytania i tak już zostało. Teraz ponownie do niego wróciłem, jakieś przemyślenia co do tematu wpisu?

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+