Moje uszkodzenie nie jest jakąś nowością dla ortopedów. Dorobiło się nawet pięknej nazwy Triada O’Donogha i ogólnie rzecz ujmując polega na uszkodzeniu więzadła pobocznego piszczelowego (MCL – u mnie uszkodzenie II stopnia), więzadła krzyżowego przedniego (ACL – u mnie III stopnia, czyli całkowite zerwanie) oraz łąkotki przyśrodkowej (MM). Poza tym jeszcze uszkodzone jakieś troczki, ściśnięte jakieś blaszki kości. Ponoć MCL ma szansę się zregenerować samoistnie, ACL niestety nie – ludzie żyją i chodzą bez tego więzadła (ponoć nawet biegają), ale u mnie niestabilność w kolanie jest dość duża i ortopeda zapowiedział, że znając moją aktywność będzie potrzebna operacja rekonstrukcji tego więzadła. Na razie nic nie wiem co z łąkotką, która też jakoś dobrze nie wygląda.

Kolano wciąż lekko opuchnięte, ale udaje się już je zginać do kąta ok. 90 stopni. Mam pełny wyprost, choć trochę mnie „ciągnie” w tej pozycji i najlepiej się czuję przy zgięciu ok 10 stopni.

Bardzo bolą mnie łydki. Nie wiem dlaczego prawa – pewnie są już jakieś przykurcze, a lewa chyba dlatego, że nienaturalnie obciążam teraz wyłącznie lewą nogę. Robię sobie automasaże.

Z powodu obciążenie prawej nogi ortezą i długiego przebywania w pozycjach, do których nie jestem przyzwyczajona (półleżenie, leżenie z nogą w górze, „chodzenie”) bolą mnie plecy. Staram się trochę ćwiczyć, bo inaczej kręgosłup zupełnie mi wysiądzie.

Wciąż schładzam kolano. Bywa bardzo ciepłe, szczególnie po wewnętrznej stronie, czyli przy więzadle bocznym, gdzie są jakieś wysięki itp. Smaruję maściami mentolowymi.

Psychicznie czuję się coraz lepiej. Wczoraj byłam u fryzjera i od razu podobam się sobie bardziej. Korzystam trochę ze słońca – w końcu mamy lato! Robię zapasy witaminy D.