” Głupota też jest pewnym stanem używania umysłu”

Czasem podejmujemy dziwne, nie mówiąc głupie, decyzje, które na sam koniec nawet okazują się być satysfakcjonujące ;-)
Snuję się ostatnio po domu jakaś taka smutna i na nic nie mam ochoty. Ratują mnie chłopaki, zmuszając mnie czasem do treningu, a nawet do zawodów, o których na śmierć zapomniałam!
Początek roku to czas na bardzo kameralne zawody w Jarosławcu. Organizator wraz z Parkiem Wodnym w Darłówku urządza bieg na ok.15km wraz z zawodami pływackimi. W tym roku warunki wyjątkowo paskudne-pokłosie Alexa, wiatr, temperatura odczuwalna jakieś -20stopni, zmieniono trasę na kilka godzin przed startem, krótko nas przed startem poinformowano, którędy mniej więcej mają przebiegać.
Start.
pierwsze 2 kilometry z górki, biegnie się jakoś niespodziewanie łatwo, wiatr boczny, więc nie przeszkadza w tempie, ale mocno wychładza. Pomimo 2 par rękawic nie czuję dłoni, niedobrze. Zwijam je w pięści, co chwila chucham. Tempo ok 4.46-za szybko, wiem, zapłacę za to, pytanie tylko-kiedy?
Wpadamy na polną, bardzo nierówną drogę, pokrytą niebezpiecznym lodem i śniegiem, wiatr wieje już z przodu, słabnę.
Zwalniam, ale biegnę dalej, na ok 4km czuję, że brakuje mi tchu. Zatrzymuję się i biorę kolejną dawkę wziewów.
Dogania mnie Martyna-ta która w zeszłym roku ograła mnie w tych zawodach, kiedy upadłam na lodzie tracąc pierwszą pozycję ;-) No cóż, tradycji stało się zadość. Biegnę wolniej, mięśnie sztywne, twarz przemarznięta, łzy tworzą na rzęsach lodową zasłonkę, krok za krokiem, jak na jakimś biegunie polarnym.
Za chwilę dogania mnie druga kobieta, odechciewa mi się walczyć. Zostaję przez długi czas samiutka na trasie, nikogo za mną, nikogo przede mną. Pięknie. Docieram do rozstaju dróg i chwilę zastanawiam się, co dalej? wybieram intuicyjnie ścieżkę, okazuje się, że błędnie, a informuje mnie o tym Kasia. Mówi, że jest błąd, ale wyprzedza mnie i wytycza mi trasę. Pewnie troszkę nadrobimy, ważne, żeby dotrzeć cało na metę.
Po ok.10km wpadamy do Darłówka, organizatorzy mówią, że trasa jest mocno skrócona, że tylko została agrafka na wale, ale gdzie i kiedy nie informują. Mijam kolegów, którzy są już po nawrotce, krzyczą, że do znaku i wracać. Cholera, ale do którego znaku? Widzę przed sobą ludzi, biegnę grzecznie za nimi. Docieramy do człowieka, który nas zawraca. wieje już ostro złem. Napieram. Słabnę. Na mecie okazuje się, że przebiegłam 3 kilometry więcej, niż musiałam ;-) jak 75% zawodników. Dobrą trasą pobiegła tylko czołówka, ale cholera za szybko :D
Dobiegam 4ta, piję gorącą herbatę, i nie zostaję już na zawodach pływackich. Mam serdecznie dość.

Po 2 godzinach jadę tylko na rozdanie nagród i lampkę (no dobra-4 ;-) ) szampana. Smiejemy się z kolegami, organizator przeprasza za zamieszanie.
Już w domu cieszę się jednak. Lepsze nieudane zawody, niż brak treningu.
To było szalone.

ps. tak mniej więcej wygląda teraz plaża
15844078_1588579354502289_6916360945489396022_o
fot. Paweł Breszka

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+