Maraton ma w sobie jednak coś niesamowitego, przyciągającego i wyjątkowego. Przynajmniej dla mnie. Odkąd złapałem biegowego bakcyla zawsze jakoś wyjątkowo podchodziłem do tego wydarzenia. Już początku, jak jeszcze nie byłem gotowy żeby sam przebiegnąć taki dystans, okres wiosennych i jesiennych maratonów działał na mnie jakoś dziwnie. Zazdrościłem tym wszystkim osobą, które stawały na linii startu i mierzyły się z wyzwaniem „królewskiego dystansu”. Później przyszedł czas mojego debiutu, prawie pół roku przygotowań, stres i podenerwowanie na starcie, praca na trasie i radość z wykonanego zadania.  W tym roku z maratonem mi nie po drodze, sam nie wystartuję, ale jednak maraton przyciąga. W ten weekend startowało sporo moich znajomy oraz wiele innych osób (amatorów i tych bardziej profesjonalnych zawodników), których treningi, blogi podglądam i obserwuje. I tak jakoś całe niedzielne przedpołudnie spędziłem gapiąc się w monitor, w tabelki z miedzy-czasami wciskając co jakiś czas odśwież mimo, że strona odświeża się automatycznie.  Obserwując jednocześnie 4 biegi (dwie połówki, dwa maratony) stwierdziłem, że to jednak trochę nienormalne, ale jakoś wewnętrznie ciągło mnie żeby obserwować co dzieje się w Łodzi, Gdańsku czy Poznaniu.  Za to żeby znormalnieć dzisiaj po pracy przez 3h oglądałem jak jakieś ludziki z drugiej półkuli walczą z deszczem i wiatrem na dystansie, a jakże – maratonu. No mają te maratony coś w sobie, że angażują moja uwagę. Może to że przygotowania trwają tak długo Może to, że jest jedna szansa na pół roku, żeby dobrze przebiegnąć maraton. A jak przychodzi ten dzień jest tak wiele czynników, które mogą zaważyć na ostatecznym wyniku, że prócz ciężkiej pracy trzeba mieć też dozę szczęścia. Taka magia maratonu – no na mnie działa. Aż zaczęło mi po głowie chodzić, może na jesień, może na wiosnę….

Ale wracając do rzeczywistości. Na chwilę obecną trzeba się skupić na tym co jest teraz, na treningu i na półmaratonie alby przebiec go w przyzwoitym czasie. Choć tego nie planowałem w tym tygodniu kilometraż znowu wyższy o ponad 10km niż ostatnio i 20 km więcej niż zwykle tej wiosny. Jako akcenty dwie kobyłki z planu Danielsa (oczywiście nieco modyfikowane). Poniżej dokładny rozkład jak to wyglądało.

Wtorek 10.04

11,5 km BS. Po sobotnich zawodach i niedzielnej poprawce w tygodniu poprzednim nogi zesztywniały mi akurat na wtorek. Trochę zbetonowane rozluźniły się dopiero pod koniec biegu. Bez  udziwnień, spokojnie i na luzie, w większości po leśnych dróżkach. Mimo założenia, że miało to być regeneracyjnie, czyli ciut wolniej od BS to i tak średnia prędkość poniżej 5’/km (w styczniu, lutym było zwykle bliżej 5’20’’). Średnie tętno jak zwykle w okolicach 130bpm.

Środa 11.04

8,6km BS w tym 8 przebieżek 100/100m pod koniec biegu. Zwykle w tygodniu mam czas na 4 treningi, ale ostatnio udaje się wcisnąć dodatkowy dzień z 40 minutami biegania.

Czwartek 12.04

W oryginale ten trening wyglądał tak:  60’ BS + 20’ P + 5’ BS + 10’ P + 5’ BS + 5’ P ,ale musiałem go skroić pod swoje potrzeby. Po pierwsze całość nie powinna trwać dłużej niż 90 minut a najlepiej  90 w tym 5 minut rozciągania po wszystkim. Odcinki „progowe” w sumie nie powinny przekroczyć 6,5km (10% planowanego kilometrażu tygodniowego). Ostatecznie prawie udało się wszystko pogodzić. Na początek 42 i pół minuty BSowania po lesie i ruszamy do boju.  4 kilometry w zakładanym tempie 3’53’’/km.(15’30’’), 4 minuty przerwy w truchcie, 2,2km w 8 i pół minuty (średnie tempo 3’52’’/km), ponownie 4 minuty truchtu i na koniec ok. 1,3 km w 5 minut (3’50’’/km).  Całość 18,35km w 1:26:43. Nie było źle, ale na końcówce pierwszego i cały ostatni szybki odcinek wmordewind i troszku trzeba było się przemęczyć, na pewno nie było to swobodny bieg który mógłbym kontynuować przed dłuższy czas. Nadal nie widać było postępów w wytrzymałości tempowej.

Sobota 14.04

12,3 km BS – bez historii.

Niedziela 15.04

Na trening nie wybrałem się rano. Później jak już wspomniałem kilka godzin przed komputerem. Czas na trening przyszedł dopiero o 18. W weekendy lubię biegać raczej rano, bo mogę – tym razem było inaczej. Planowo miało być 50minut BS później 30 minut tempa maratońskiego i 20 minut tempa „progowego”. Tempo maratońskie ustaliłem sobie na 4’06’’/km, tempo progowe jak i na wcześniejszych treningach 3’53”/km. Wszystko oczywiście w jakiejś tolerancji +-2’’/km w zależności od samopoczucia. W przełożeniu na kilometry miało być 10km +7,5km+5,2km. I tym razem nie udało się wykonać wszystkiego zgodnie z planem. Z przyczyn, nazwijmy to fizjologiczno-logistycznych, trzeba było wydłużyć pierwszy etap do 12km, tak żeby właściwa część treningu odbyła się już bez żadnych przerw. Tempo maratońskie biegło się dobrze. Pierwsze kilometry trochę ciężko, ale później już wbiłem się we właściwy rytm.  Wreszcie przyszedł luz na dłuższym i szybszym odcinku. Czułem, że tym tempem mógłbym biec bez problemu jeszcze kilka kilometrów. Przejście do tempa 3’53’’ znowu ciężko, ale po kilkuset metrach znowu łapie odpowiedni rytm. Im bliżej końca tego odcinka tym ciężej idzie. Kończę odcinek progowy, kilka  sekund odpoczynku i dotruchtałem do domu.  Całość 26 kilometrów w niecałe 2h. Jak przy czwartkowym treningu pisałem, że nadal  brak wytrzymałości tempowej tak po niedzielnym mogę stwierdzić, że wreszcie coś drgnęło. Tempo maratońskie w całości w II zakresie (średnio 152bpm).  Idzie ku dobremu.

————————

Cały tydzień: 76,8 km w tym

Tempo „progowe”:  12,7km

Tempo maratońskie: 7,5km

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+