Wczoraj postanowiliśmy, że poprosimy Aminę o zorganizowanie prywatnego samochodu na nasz dzisiejszy przejazd na lotnisko w Ukundzie. Podróż matatu jest bardzo męcząca, a czeka nas ponad doba w podróży do Poznania.

Wczoraj po południu do Blue Monkey przyjechali nowi turyści. Wśród nich dziewczyna z Polski z Anglikiem, którzy obecnie mieszkają i pracują w Szwecji. Przy kolacji podzieliliśmy się nawzajem wrażeniami z naszych pobytów w Afryce.

Rano po śniadaniu płynęli na snorkeling z Feisalem. My pożegnaliśmy się ze wszystkimi z nadzieją, że jeszcze kiedyś tu wrócimy. Łódką przepłynęliśmy do Shimoni. Nasz kierowca, Abu już na nas czekał. Co za komfort podróży. Mała Toyota, ale z klimą i przyjemną tanzańską muzyką w tle. Opuszczaliśmy dziś Shimoni w deszczu. Początkowe 15 km prowadzi lokalną, dirty road. Pokonanie tego kawałka zajęło nam ponad pół godziny. To mówi wszystko o standardzie tej drogi. Potem był już asfalt. Wyjechaliśmy z Wasini wcześniej, by jeszcze zahaczyć o słynne nadmorskie miasteczko, Diani Beach, słynące z przepięknych plaż. Chcieliśmy je zobaczyć.
Najpierw zrobiliśmy szybkie zakupy, kupiliśmy kilka kilogramów mąki, na chappatti i mandazi. Teraz tylko muszę poprosić kogoś z kenijskich przyjaciół o przepis i może będzie to jedna z potraw na naszym wigilijnym stole.

Diani to bardzo ruchliwy nadmorski kurort. Wzdłuż wybrzeża znajdują się luksusowe hotele, przygotowane pod europejskich turystów. W głębi lądu, przy głównej ulicy mnóstwo jest sklepów, barów, punktów usługowych. Podobno puste w południe plaże wypełniają się do pełna turystami popołudniami, wieczorami. Wtedy w barach są dyskoteki i beach boysi mają swój utarg, oferując pamiątki i swoje usługi.

Amina poleciła nam „40 thieves bar” nawiązujący do słynnego Ali Baby i jego rozbojników. Znajduje się na samej plaży. Nie mogliśmy się nacieszyć tymi widokami. Ciągnąca się kilometrami, biała, piaszczysta, szeroka plaża. Pusta, z palmami kokosowymi. Woda we wszystkich kolorach błękitu, turkusu, zieleni. Można było iść z dobry kilometr w głąb morza, tak było płytko. Woda równie gorąca jak w Wasini i Lamu.
Zdziwiły mnie pustki na plaży. W internecie wszyscy piszą o nachalnych beach boysach, którzy każdemu turyście próbują wcisnąć wszystko co się da, czym uprzykrzają nadmorski odpoczynek. Tu zaczepiły nas raptem dwie osoby. Jeden chłopak z kokosami i kobieta sprzedająca kolorowe chusty, sukienki. Uwielbiam te kolory, ale w Polsce długo bym ich nie założyła…
Na plaży leżały też dwa osiodłane wielbłądy.

Po pamiątkowej sesji zdjęciowej usiedliśmy w barze. Zamówiliśmy piwa, sok i pizze z owocami morza. Zaprosiliśmy Abiego, by do nas dołączył. Mieliśmy około godziny, lot był dopiero o 15:30. Koło 13 Abu powiedział, że musimy się zbierać. Obawiał się korków na drodze i wspomniał też coś o kolejce do przeprawy promowej. Yacool zdziwił się, że mają tu prom, ja nie zareagowałam, ale próbowałam sobie przypomnieć czy gdzieś na mapie widziałam tu jakaś rzekę. Ruszyliśmy, ale jechaliśmy dość długo, Amina wspomniała, że to maksymalnie kwadrans z plaży w Diani. Ten prom nie dawał mi spokoju. Zapytałam yacoola czy Abu wie na które lotnisko ma nas zawieźć. Yacool zapytał Abiego czy przypadkiem nie wiezie nas do Mombassy. Abu potwierdził, że tak. Aaa! Ale my mieliśmy lot z Ukundy/ Diani. Ani się przestraszył. Zawrócił auto, a my zaczęliśmy się śmiać, że o mały włos a wylądowalibyśmy o 70 km od naszego lotniska. Po niecałej pół godzinie byliśmy na miejscu. Lotnisko w Ukundzie, to jeden pas startowy. Na moje oko nie ma więcej niż kilometr długości. Na szczęście lecimy małym samolotem. Przyglądałam się jak startował jeden samolot, wynosił się w powietrze na samym końcu pasa…

Z dwudziestu minutowym opóźnieniem przyleciał i nasz samolot. Byliśmy zawiedzeni, bo oczekiwaliśmy małej awionetki, która leciałaby niżej nad czarnym lądem. Nasz bombardier wzniósł się ponad poziom chmur. Było ich dużo i widoczność była kiepska. Ale szczyt Kili górował nawet nad chmurami. Trudno mi uwierzyć, że miesiąc temu byliśmy u jego podnóża.

Przylecieliśmy do Nairobi po 17. Musieliśmy jeszcze przemieścić się między lotniskami. Przylot był na małe lokalne lotnisko Wilson, a wylot mamy z międzynarodowego lotniska imienia Jomo Kenyaty. Zanim wzięliśmy taxi usiedliśmy jeszcze na kubek herbaty i chappatti w lokalnej knajpie. W tv leciał durny, wrzaskliwy serial, chyba wenezuelski z angielskim dubbingiem. W Keellu dziewczyny z obsługi zawsze go oglądały. Oboje stwierdziliśmy, że znowu jest głośno. W Lamu i na Wasini nie mieliśmy w pokoju tv. Zwłaszcza na Wasini była całkowita cisza, nie licząc głośnej przyrody, ptaków, cykad.
Pod ścianą stoi udekorowana choinka. Jest oczywiście sztuczna i wygląda dość biednie, ale przypomina o nadchodzących świętach. Ponoć w Polsce leży już śnieg. Masakra…

Siedzimy w knajpie na lotnisku w Nairobi. Zakładamy powoli długie rękawy. Tu jest o kilkanaście stopni chłodniej niż na wybrzeżu. Przechodzimy powolną aklimatyzację do polskich warunków. Boimy się tej terapii szokowej, zimna i braku słońca. Yacool się drapie, skóra mu zaczęła schodzić. Po północy mamy lot do Londynu, potem do Berlina i busem do Poznania. Za 20 godzin będziemy w domu. Z wiozącym nas dziś na lotnisko taksówkarzem śmialiśmy się, że tyle czasu zajęła nam droga z Iten do Tanzanii, dystans mniej więcej dziesięć razy krótszy. Mam nadzieję, że ta podróż będzie mniej męcząca.

Kończymy trzeci sezon „Rudej w Kenii”. Pozostała jeszcze obróbka materiału filmowego. Ale to już dłubanina na długie, zimowe wieczory.
Do kolejnego razu! :)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+