Jaka piękna katastrofa – tak można by opisać ten bieg. Wyszło źle, niedobrze poniżej oczekiwań i właściwe trudno szukać jednej, konkretnej przyczyny takiego stanu rzeczy. To, że nie będzie to mój najlepszy bieg w życiu wiedziałem już wcześniej. Przyczyn było kilka. Brak motywacji – do biegania w ogóle i do treningu było, a zawirowania ostatniego tygodnia sprawiły, że i na ściganie się nie było ochoty. Ogólne przemęczenie długim sezonem, dodatkowo wzmocnione jakąś raczkującą infekcją gardła. Waga też miała być niższa a znowu kilogram na plus. I jak ostatnio pisałem po Warciańskim, że marzy mi się jeszcze jeden mocny, dobry bieg i próba zaatakowania tych 37 minut to teraz mogę tylko napisać no nie w tym roku.

Obudziłem się rano gardło boli przy każdym głębszym oddechu, w uszach uczucie jakbym siedział pod wodą i bóle mięśni i stawów jak w pierwszej fazie przeziębienia. Pomyślałem wtedy, że adrenalina i endorfiny będzie na te dolegliwości najlepszym lekarstwem. Po wyjściu na zewnątrz stwierdzam też, że warunki pogodowe też mogą nie być najlepsze. Dojechałem na miejsce, pogadałem ze znajomymi, króciutka rozgrzewka i na start. Trasa taka jak w ubiegłym roku, no może jakieś kosmetyczne zmiany. Dwie  pętle po 5km i na każdej z nich ok. 2km lekko z górki (z wiatrem) i ok. 2km lekko pod górkę (pod wiatr).

20171111-15104054882_pilokny-bieg-w-strugach-zimnego-deszczu

Na łamanie 37minut szans nie widziałem, życiówka też była poza zasięgiem, no to „skromnie” sobie założyłem, że trzeba 38 minut złamać.  Pierwsza piątka tak po 3’50’’/km, druga bliżej 3’45’’ i będzie dobrze. Na pięć minut przed startem wychodzę, zimno, ale za 10 minut będzie już dobrze. Start, wybieg ze stadionu, trochę slalomu, kilkaset metrów agrafka i zaczyna się długa prosta o której pisałem wcześniej. Biegnie się lekko, tempo  jak w planie, ale żebym się jakoś specjalnie hamował to nie powiem. Rondo, krótka prosta, agrafka i wbiegamy na drugą długą prostą i tu już czuć ten przeciwny wiatr. Tempo spada. Pierwszy kilometr 3:51, drugi 3:47 a trzeci już 3:57. A potem już było tylko gorzej. Jak sobie robiłem założenia co do taktyki to myślałem, że kluczem będzie dotrwanie zgodnie z założeniami do 8km a później już musi być ok. Nie dotrwałem nawet do 3 kilometra. Już w tedy wiedziałem, że nic dobrego z tego biegu nie wyjdzie. Najpierw starałem się utrzymywać tempo, żeby zmieścić się w 39 minutach – później już 40 było zagrożone.

Mordęga pod wiatr, zakręt i prosta przy stadionie i zaraz drugie kółko. Wcześniej woda – biorę kubek, jeden łych i gardło mi zamroziło, jakby zatkało, że aż trudno oddycha. Na szczęście szybko przechodzi. Na drugim okrążeniu zaczyna padać deszcz. Najpierw drobny, z czasem coraz grubszy i intensywniejszy i bardzo bardzo zimny. Z wiatrem lecę jeszcze ciut szybciej niż  4 minuty na kilometr, ale po nawrocie już jest dużo gorzej. Akurat wtedy deszcz i wiatr chyba daje z siebie wszystko. Dwa kilometry bardzo słabo. Ostatnie 300 metrów trochę się pościgałem i ten ostatni kilometr w 3:51. Na mecie 39:42 na zegarku. Oficjalnie 39:41 netto i 2 sekundy wolniej brutto. Na mecie łapie mnie atak kaszlu, że płuca chciałem wypluć. Nie było to najwspanialsze przeżycie w moim życiu, uwolnienia endorfin też nie poczułem.

23376550_1572081746186319_5093507961663524743_n

Na nic więcej nie było mnie stać w tym dniu, bieg fatalny, warunki fatalne, fatalne samopoczucie zaraz na mecie. Ja myślę, że organizm i podświadomość chcą mi powiedzieć, że może dosyć tego biegania na jakiś czas. Trzeba zrobić przerwę. Nie od samego biegania, ale na pewno od trenowania i ścigania się ze samym sobą.

Zdjęcia pochodzą od: iTurek.pl, Turek.net.pl oraz Justyna/Łukasz Wałowscy.

 

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+