A kto umarł, ten nie żyje - powiedział Bogusław Linda w Psach. Myślę, że spokojnie pan Władysław Pasikowski mógłby do swojego scenariusza zrobić mały przypis – *fraza nie dotyczy biegaczy. Dwa tygodnie temu zaliczyłem co prawda zgona na Podlasiu, ale wciąż żyję i szukam zaginionej formy.

Cip, cip, cip? A może taś, taś, taś? Jak się nawołuje formę? Pierwszym moim pomysłem było rzucenie krótkiego żołnierskiego – ho no tu, do ch%ja wafla! Ale przekonałem się już nieraz, że nerwowe ruchy w sytuacjach kryzysowych nie są najszczęśliwszym rozwiązaniem. Pozostało więc postawić na spokój i cierpliwość.

No weźże podejdź, nie dygaj – od dwóch tygodni nawołuję formę mniej więcej w taki sposób. Rozbiegania, rytmy, rozbiegania i nic więcej. Kilometraż między 73 a 77 km tygodniowo i zacząłem czuć, że powoli odżywam.

W ostatnią sobotę wystartowałem pierwszy raz po „połówce” w biegu na 10km o puchar Wyspy Giżyckiej. Jak poszło? Zapraszam na relację!

Na trzecim kilometrze puściłem rywala i mimo usilnych prób odrobienia straty w drugiej części dystansu musiałem zadowolić się tylko drugim miejscem. Czas 35:17, dystans niepełny.

Koniec relacji ;-)

Nie jestem zadowolony z wyniku, bo biegałem tej wiosny dużo szybciej. Ale jest jak jest. Cieszy sam bieg, bo był w miarę równy, co jest miłą odmianą dla upartego zwalniania w Białymstoku. Wygrałem gigantyczny puchar i parę złotych na nielegalne wspomagacze zza Buga, także mogłem choć tą drobiną słodyczy przegryźć gorycz porażki.

18740265_10207280619292117_8963605786788575319_n

fot. Pan Sławek ;-)

Dwa kolejne weekendy zapowiadają się startowo, więc będę miał okazję do tego, żeby odnaleźć swoją formę, która póki co postanowiła schować się gdzieś w cieniu.

Pomarudzone,

mogę więc z czystym sumieniem się pożegnać,

Papsony!

PS.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+