Na podwórku żeby zagrać z chłopakami w piłkę należało przeprowadzić wcześniej odpowiedni proces selekcji składów. Jeśli już udało się zebrać dostatecznie liczną grupę chętnych do gry – co w latach 90 tych nie stanowiło problemu – wybierano kapitanów dwóch przeciwstawnych drużyn. Wyboru dokonywaliśmy demokratycznie, a mianowicie tłum wykrzykiwał ksywki dwóch najlepszych zawodników – np. Szycha i Mały, niech oni wybierają! W podwórkowym wydaniu demokracja nigdy się nie myliła, zawsze wskazywano obiektywnie najlepszych. Kapitanowie stawali się w tym momencie również selekcjonerami i naprzemiennie dobierali do swoich składów graczy. Zanim jednak to tego doszło należało wyznaczyć pierwszeństwo wyboru – kapitan mogący wybierać jako pierwszy zyskiwał znaczącą przewagę. Następował proces – rozkręcania. Liderzy stawali twarzami do siebie na odległość wyciągniętych rąk, łapali się dłońmi w mocnym uścisku a miejsce chwytu stawało się osią wokół której przeprowadzano – rozkręcanie. Kręcono się tak przez kilka sekund, nagle zrywając uścisk i odskakując od siebie na dystans kilku metrów, pozwalając sile odśrodkowej wyrzucić ciała. Kapitanowie stawali jak rewolwerowcy z klasycznych westernów i wtedy właśnie zaczynano prawdziwą walkę o pierwszeństwo – tip topy. Zbliżano się do siebie dostawiając stopę do stopy, but do buta. Raz jeden, raz drugi stawiał tip topa, a zwyciężał ten którego podeszwa ułożyła się na bucie drugiego gdy stali już niemal nos przy nosie.

Sobotni City Trail był dla mnie jak ten tip top, malutki krok do przodu. Malutki, niepozorny, w zasadzie można by go przeoczyć, ale wierzę, że finalnie – dużo zmieni.

Wiecie, ja naprawdę rzadko startuję, dość powiedzieć że w okresie od 25 czerwca do 30 września wystartowałem dopiero po raz trzeci. Możliwe że z tego powodu każde zawody są dla mnie dużym wydarzeniem, podchodzę do nich jakbym biegał pierwszy raz w życiu, albo ostatni. Cały tydzień poprzedzający City Trail starałem się za wiele o starcie nie myśleć, odpędzałem nieznośne wyobrażenia i wizje dotyczące tego jak może rozegrać się bieg i nawet dobrze mi ta mentalna ucieczka od trudnego tematu wychodziła. Niestety w sobotę rano jakby wszystko od czego próbowałem się odpędzić wróciło z efektem jojo. Przygniótł mnie przedstartowy stres. Lęk, że mogę pobiec daleko od życiówki wypełnił moje żyły i neurony. 17:29 z końcówki marca do pobicia, wynik, który kilka tygodni później urodził 34:18 na dychę.

Z tych nerwów zacząłem jeść. W piątek przed samym pójściem spać wciągnąłem pączka nadzianego wiśnią w czekoladzie. W sobotę rano dwie bułki z dżemem, herbata i na godzinę przed wyjściem spory kubek kawy. Czułem, że wieczorny pączek i wypita na ostatnią chwilę kawa zadomowiły się w żołądku na dobre, a jakiekolwiek próby wyproszenia ich za drzwi, jak nieproszonych gości, kończyły się niepowodzeniem. Nerwy rosły, chodziłem do toalety najpierw w domu, potem do toi-ki przy linii startu a ciągle ciążyło mi coś w głębi brzucha. No nic to, najwyżej skończę w krzakach, bo czasu już nie ma – pomyślałem.

Na starcie biegowa śmietanka Warmii i Mazur, no i ja :) Lekko przede mną Rafał z którym ścigałem się choćby w marcu podczas ostatniego biegu CT w poprzednim sezonie, po lewej Sławek, który od maja i półmaratonu w Białymstoku nieustannie pokazuje mi swoje plecy. Dostrzegłem też pana Przemka z mojej kategorii wiekowej. Miałem wielką ochotę wygrać z całą trójką. Zapowiadał się mocny bieg.

Start!

Kiedy zaczęła się walka żołądek przeszedł w stan uśpienia, ustąpił miejsca adrenalinie i podnieceniu. Dobrze! Liderzy specjalnie się nie śpieszyli poza jednym zawodnikiem który wyrwał przed całą grupę na kilka, może kilkanaście metrów. Jest ciasno i trzeba uważać, bo zbocze wiodące do jeziora przy jednym fałszywym ruchu gotowe jest pochłonąć nieszczęśnika. W pewnym momencie robię szybszą rytmówkę wyprzedzając gościa przed sobą i schodząc do boku. W marcu na tym etapie trasy pojawił się nieprzyjemny tłuczeń, chciałem więc go obiec po skraju. Mogę lecieć póki co w okolicach 8 miejsca. Skręcamy w lewo prosto w las i pierwszy znaczący podbieg. 1 km 3:29, trochę za wolno, tempo na wyrównanie życiówki pod warunkiem, że je utrzymam a przecież trasa dalej wcale nie zrobi się łatwiejsza. Ktoś mnie wyprzedza, chyba Rafał, po chwili znowu ktoś napiera po mojej prawicy, chyba Sławek – to znaczy, to byli na pewno oni, ale już nie pamiętam który z nich ruszył pierwszy. Tracę w klasyfikacji i na domiar złego kolejny chłopak zaczyna atak zrównując się ze mną bark w bark. Pędzimy ostro na zbiegu w ramiona drugiego kilometra (2km – 3:26, międzyczas daje nadzieję). Stwierdzam, że trochę za długo już biegnę ostrożnie i stanowczo przyśpieszam. Uciekam rywalowi który naciskał na zbiegu i zabieram się za gonienie. Widzę w oddali Rafała i pana Przemka, który bardzo mocno zaczął. Rafał wyprzedza pana Przemka i wyraźnie ucieka. Ja zbliżam się do rywala z kategorii M30 powoli, nieśpiesznie, ale konsekwentnie. Dopadam go na chwilę przed tabliczką z 3 km (3:30), awansuję o jedno oczko. W tym momencie przez głowę przechodzi mi dokładnie takie zdanie – życiówki dzisiaj nie będzie. Na większości biegów City Trail 4 i 5 km wychodziły kryzysowo i co za tym idzie traciłem na tym odcinku dużo sekund. Tymczasem teraz musiałbym pobiec te dwa kilosy tempem poniżej 3:30/km. Dziwnym trafem czuję się jednak wyjątkowo rześko, postanawiam więc znowu trochę mocniej popracować i stopniowo, bez pośpiechu zbliżam się do Rafała. Wyprzedzam na sto metrów przed tabliczką z 4 km, nerwowo zerkając na zegarek w poszukiwaniu międzyczasu – 3:29! Nigdy tak szybko tego odcinka nie poleciałem, wpatruję się w cyferblat nie wierząc w swoje tempo…Tymczasem Rafał śmiga po prawej jakby nigdy nic i przejmuje liderowanie w naszym duecie. Zaczynamy słynny podbieg na olsztyńskiej trasie City Trail, ludzie o nim piosenki piszą – Highway to hell choćby. To o tym podbiegu jest. Stwierdzam że nie po to chwilę temu wyprzedzałem, żeby tak szybko samemu zostać ominiętym i ponownie ruszam do ataku. Znowu wyprzedzam i zapowiada się bardzo ciekawa końcówka bo chłopaki z przodu jakby słabli, w każdym razie są coraz bliżej. Gdzieś w oddali widzę Sławka. Teraz najgorszy technicznie etap pętli – ostry zakręt w prawo gdzie zawsze wywala mnie szerokim łukiem tak że prawie ląduję w krzakach, ostry zbieg po twardej i śliskiej kostce, kolejny zakręt o równe 90 stopni w prawo i długa luksusowa prosta chodnikiem. To już jest finisz, daję więc wszystko co mam i pędzę przed siebie długim krokiem. Czuję, że takiej mocy na tym etapie trasy jeszcze nigdy nie miałem. Goń, goń, goń! Mówię w myślach tonem nie znoszącym sprzeciwu. Tymczasem słyszę za sobą Rafała, jakby się brał za wyprzedzanie. Nie to nie do wiary, nie to być nie może – powtarzam w głowie. A jednak może. Ja pędzę, ale rywal pędzi bardziej i sprytnie przed ciasnym fragmentem po mostku nad jeziorem wbija się przede mnie. I to jest dla mnie po zawodach. Do teraz nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie – dlaczego pozwoliłem się wyprzedzić? W nodze jeszcze było, ale głowa zapaliła czerwone światło. Cisnę po mostku trzymając Rafała na dystans jednej sekundy, jesteśmy już naprawdę blisko kolejnych zawodników, ale meta udaremnia nam ewentualny pościg. Dobiegam zmęczony jednak cholernie szczęśliwy. 17:24, a ostatni km z największym podbiegiem w 3:28, całą trasę pokonałem jak po sznureczku.

5 sekund – o tyle szybszy był to bieg niż w marcu. Mało? Obiektywnie rzecz biorąc – bardzo mało. Ale był to najlepszy bieg podczas City Trail w moim życiu – równy, mocny, z walką, bez kryzysów, aktywny, rozsądny taktycznie, no i to co jest solą tej biegowej ziemi dla mnie – z NEW PB ;-)

9 miejsce OPEN, 2 w kat M30, a po wszystkim jeszcze 7 km rozbiegania do domu na fajnym samopoczuciu.

Tip top do przodu zrobiony!

PS. Wiem, że na zdjęciu wyglądam jakby mi ktoś otwierał parasol w tyłku, ale serio – tak wyglądam gdy czuję luz :)

PS2. Po weekendzie mam nadzieję mieć o czym pisać, bo będzie startowane, ale póki co…szaaa ;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+