„Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście” – powiedział w jednej z ostatnich scen filmu „Chłopaki nie płaczą” Laska. Wczorajszy start w City Trail mogę streścić podobnie – Życiówki nie było, ale i tak poszło zajebiście!

To był ostatni tydzień mojego roztrenowania i byłem ciekaw jak sobie poradzę po 14 dniach „odpoczywania” podczas mocnego biegu. W czwartek jeszcze zrobiłem całkiem żwawe rozbieganie – 10 km po 4:25, a piątek był już totalnie regeneracyjny (nie licząc chodzenia po sklepach, bo #blackfriday). W sobotni poranek czułem się średnio na jeża, a najbardziej dokuczał żołądek. Za oknem zgodnie z prognozami – tempka na plusie, ale wiatr hulał.

Nad jeziorem Długim byłem już przed 9 rano, trochę pomarzłem, trochę pokibicowałem dzieciakom podczas ich rywalizacji i w końcu po 10 przyszedł czas na rozgrzewkę. Nieśmiało zacząłem truchtać i na szczęście z każdą minutą samopoczucie rosło. Po 15 minutach biegu zrobiłem swoją klasyczną szybszą minutówkę, która jest dla mnie jak papierek lakmusowy. Po takiej przebieżce mniej więcej wiem co będzie grane już na samym starcie. Poszła bardzo luźno, tlenowo swobodnie, mięśniowo bez bólu. Czas grał na moją korzyść. Z każdym kolejnym wymachem ramion, z każdym następnym skłonem czułem jak ładuje się mój wewnętrzny akumulator. Na linii startu stanąłem całkiem pewny swego.

fot. City Trail

fot. City Trail

Jeszcze tylko głębszy oddech, jeden skłon, rzut okiem na zegarek i ruszyliśmy. Od razu zacząłem całkiem mocno biegnąc w okolicach 7 miejsca. Warunki jeśli chodzi o nawierzchnię były bardzo sympatyczne. Przez ostatnie dni nie padało, więc noga ładnie trzymała się terenu. Co ciekawe wiatru nie czułem, byliśmy na tyle dobrze osłonięci. Pierwszy kilometr na naszej trasie jest stosunkowo łagodny, dopiero na 800 metrze zaczyna się trochę uprzykrzający życie podbieg a sama nawierzchnia obfituje tam w koleiny. W międzyczasie spadłem na 8 miejsce, ale trzymałem kontakt z dwójką przed sobą. Bezpośrednio przede mną biegła liderka kobiet, Ola Lisowska, która jest mega mocną zawodniczką ze świetnymi życiówkami. Ostatnio czytałem na maratonachpolskich.pl że wygrała Bełchatowską 15 – tkę z czasem 54:06, więc wiedziałem, że jest w formie. Mnie tymczasem trochę przytkało na 1 km, ale z każdym kolejnym krokiem łapałem lepszy rytm. Na 2 km zacząłem napierać, noga podawała jak wściekła. Szybko przeskoczyłem z 8 na 6 pozycję. Biegło się rewelacyjnie. Warunki okej, nawierzchnia okej, tylko ten wiatr, który przecież gdzieś tam krążył w końcu postanowił się ujawnić. Za 3 km wybiega się z lasu na bardziej odsłonięty teren bezpośrednio przy jeziorze. Ledwo wybiegłem z wygodnego schronienia jakie dawały drzewa a już oberwałem mocniejszym podmuchem. O Boże, jak ja tego nie lubię...Pomyślałem. No i zaczęła się zabawa. Wiatr vs Ja. I tak w zasadzie wiało aż do 4 km, gdzie znowu skręca się trochę w las, a przede wszystkim zmienia kierunek biegu, co już wystarczyło, żeby wiatr przestał być problemem. Cały czas trzymałem 6 miejsce, ale prawdziwa weryfikacja miała właśnie nastąpić – ostry i dość długi podbieg za tabliczką z 4 kilometrem. Jak ja go wezmę, siłę robiłem ostatni raz we wrześniu…?! Poszło wyjątkowo dobrze. Pewnie trochę to zasługa kibiców, których przy tym podbiegu jest zazwyczaj sporo, ale w każdym razie zagryzłem zęby, skrzywiłem się w grymasie bólu i już po chwili byłem na szczycie. Teraz już tylko 200 m płaskiego, zbieg, 300 metrów płaskiego, zakręt na mostek i w lewo do mety. Końcówkę wreszcie pocisnąłem na maksa. Zamknąłem oczy i ile fabryka dała, jak za dawnych lat na bieżni.

Za linią mety trochę mną zatoczyło, małą pożyczkę tlenową musiałem chwilę spłacać. Jednak stosunkowo szybko doszedłem do siebie.

20161126_105918_Moment(3)

Heh, dobra relacja, prawda? Tyle zdań, a jeszcze ani słowa o czasie. Czasami czas…masło maślane…czasami czas jest drugorzędny. Tak było teraz. Wynik bardzo dobry – 17:52, tylko 7 sekund zabrakło do życiówki, 6 miejsce OPEN (tak wysoko jeszcze na CT nie byłem). Ale bardziej jestem zadowolony ze stylu, z samopoczucia na trasie, ze stabilizacji formy, z walki, z tego, że za metą był ból ale też satysfakcja.

W końcu moje biegi są powtarzalne, nie notuję sinusoidy, czuję się dobrze na treningach i na zawodach. Bardzo mi tego brakowało.

Tymczasem wchodzę od poniedziałku w realizację planu. 24 tygodnie do Półmaratonu Białystok.

Oby zdrowie dopisało, a resztą się zajmę.

Baju baj!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+