Połówkami po lesie: T-18

Wciąż powoli się rozkręcam. Doszedłem do tego, że jestem w stanie przebiec w ciągu tygodnia dwie połówki i jedną piętnastkę plus kilka treningów uzupełniających na siłę i rdzeń. Staram się robić to w układzie:

  • środa: 15K
  • piątek: 20K (teren)
  • niedziela: +24K (teren)

Może mało imponujące, ale moje ocierające się o 90 kg ciało potrzebuje jeszcze czasu na adaptację do obciążeń podczas długich biegów. Mając tego świadomość (i świadomość potrzeby ćwiczenia efektywności biegania w tlenie) kupiłem hulajnogę – potwora. Potwór działa i po tym, jak odpuściłem sobie OWM, zrobiłem na nim 50K po nocy.

Ulta na hulajnodze

Ulta na hulajnodze

Uda dostały w kość, głowa się nieco przepaliła łydki i kostki odpoczęły, wszystko zgodnie z planem – dobra jednostka treningowa z tego wyszła.


 

Teraz pierwsza poważna próba. Na sobotę znajomi zaprosili mnie na 50K po górach Świętokrzyskich – na takim dystansie i w takich okolicznościach przyrody żadna ściema nie przejdzie, sam jestem ciekawy co mi z tego wyjdzie.

Swoją drogą nie wiem czy dobrze zrobiłem, że nie wystartowałem w Orlenie. Jak się czyta to, to całkiem prawdopodobne, że to była ostatnia okazja na start w tej imprezie.

Ehhh…

Po krzakach. UTMB: T – 20

Tydzień nierówny. Wbrew temu co sądziłem, jednak poczułem w nogach Półmaraton Warszawski. Może to i tylko 21K ale przy mojej obecnej wadze zasuwanie takiego dystansu po asfalcie i bruku nie jest zbyt komfortowe.
Równocześnie to, co się działo po zawodach, okazało się nieco zbyt rozrywkowym. Efekt: regeneracja zajęła mi ponad 48 godzin. Nalewki… starość…

  • Wtorek: testowy drugi zakres 4K w 4:30 (prawa łydka rwie po połówce)
  • Środa: luźne 6K w 4:50 (łyda bez zmian)
  • Czwartek: po nocy 10K bez pary i z – jednak – rwącą łydką w 5:30
  • Weekend – dłuższe biegi na zerowych węglach. Doszedłem do wniosku, że skoro nie mam kondycji, to przynajmniej poćwiczę metabolizm (no i wypalę nieco sadła).

  • Sobota: ładnie weszło po wertepach 14K w 5:10 i średnim tętnem 133
  • Niedziela: wpierw trochę ogólnorozwojówki z rana, co by resztki glikogenu spalić. Popołudniem 20K w 5:20 – przez ponad 10 kilometrów pchałem ścianę (i przepchałem), więc w sumie cel się zrealizował. Koszty poboczne – bieg mnie wykończył psychicznie i do wieczora chodziłem jak na kacu.
  • W sumie 54 kilometry, w tym 35 w terenie..

    Pewnie dla większości z Was brzmi to śmiesznie mało, ale równocześnie to mój najbardziej rozbiegany tydzień od początku roku… (chodzenia i schodów nie liczę).

    No i ta waga. Ciągle waga. Owszem, nie wątpię, że robienie półmaratonu w terenie przy 88KG dobrze buduje siłę nóg, ale jednak.. 15KG mniej by się przydało. OK – 10KG. Czas na jakieś bardziej radykalne środki, bo mi ciągle zamiast redukcji masa się robi.

    Plan – biegać w mniej dni, ale dalej (20K,25K,30K), zaś w dni bez biegania wrzucić siłowe interwały. Może to coś pomoże tu popchnąć w dół? A trzeba, bo już niedługo spontaniczny start na WingsForLife. A tam twardo będzie.


    Na marginesie: ciągle dorastam do decyzji, by wrócić do dojazdów rowerem do pracy. Te codzienne 20K dobrze mi zrobi, ale pozostaje kwestia ogarnięcia się na miejscu (w zeszłym roku było łatwiej, w tym z jednej strony wyższe stanowisko, z drugiej brak łazienki – słabo się łączą z przepoconym strojem)

    © 2017 Bieglog — PLATFORMA BIEGOWA

    Do góry ↑