10. PZU Półmaraton Warszawski – 1:42:05, średnie tempo 4:50 min/km. Sto dwie minuty.

No cóż, już po samym tytule można wywnioskować, że nie poszło do końca tak jak powinno. Zresztą wiele rzeczy poszło w tym biegu nie tak, jak powinno. Z winy zarówno mojej, jak i z przyczyn niezależnych. Zacznę jednak od pozytywnych wieści – dowiozłam życiówkę, poprawiając się o 1:40min. To dwa razy więcej niż między jesienią 2013, a wiosną 2014. ;) Postęp więc jest, plan minimum zrobiony. No i z niższej poprzeczki łatwiej będzie zrobić kolejną życiówkę – zawsze coś, nie?

Impreza była duża:

WP_20150329_08_51_46_Pro

Dwie minuty do zakładanego czasu dodały mi kolejno: szarpanie tempa, słaba głowa, słońce, podbieg, wiatr. Ale po kolei.

W okolicy startu byłam przed dziewiątą. Rano, widząc mgłę jeszcze wahałam się, jak się ubrać, ale na godzinę przed startem zaczęło się przejaśniać, więc decyzja była prosta – biegnę na krótko. Im bliżej dziesiątej, tym robiło się cieplej. Patrzyłam na tych ludzi w kurtkach, czapkach i rękawiczkach i już wiedziałam, że będą tego żałować. Pokręciłam się trochę po parku, potruchtałam i poszłam na start. Zaufałam zającowi. Czytałam, że człowiek z doświadczeniem, nie pierwszy raz prowadzi i w ogóle. I to był błąd. Dwa pierwsze kilometry poszły zdecydowanie za wolno, coś około 4:55-5:00 (a miało być równe tempo, nie NS). Tłum na pewno nie pomagał, ciężko było biec szybciej, ale to trochę błędne koło – zająca trzyma się spora grupa, którą ciężko wyprzedzić, tworzy więc tłum, który powoduje zatory, itd. Na marginesie stwierdzam, że ulice na początku były jednak zbyt wąskie dla tej masy ludzi. Przy takiej liczbie start falami to jedyne sensowne rozwiązanie. Tego zabrakło.

Wracając do biegu… Na trzecim kilometrze lekkie przyspieszenie – 4:42. Trzeba było powoli nadrabiać stratę. Trzymałam się grupy, bo w kupie raźniej jak wiadomo. Czwarty… 4:32. Nosz kurrr… I wtedy w zasadzie było po zawodach. Nie wiem, czy winić zająca, czy siebie, bo z jednej strony, oni po coś są, a z drugiej nie biegam od wczoraj i mogłam to ogarnąć. Zwolniłam nieco, na 5km meldując się po 23:48, czyli niemal idealnie. Ale czułam, że już na tym etapie zmęczenie było zbyt duże, szarpanie tempa mnie osłabiło i przestałam wierzyć w 1:40. Głowa siadła, przyznaję.

Ale druga piątka to nie był jeszcze moment, w którym miałby się odbić kiepski początek. Weszła w 23:40, na 10km wylądowałam więc w 47:28 – pięknie. Na tę chwilę zając, z którym startowałam był dobrze przede mną – szacuję, że między 30s a 1min. W tej części dało mi się we znaki słońce, które przypiekało dość mocno. W sumie powtórzyła się w tej kwestii sytuacja z zeszłego roku – kiedy jestem po zimie, nieprzyzwyczajona do wyższych temperatur, o wiele gorzej znoszę 14 stopni i pełne słońce – w sierpniu pewnie nie odczułabym dwudziestu. I znowu – byłam już zbyt zmęczona, jak na niespełna półmetek.

Na trzeciej piątce było już bardzo ciężko. Zaczęłam tracić. Biegłam, ciekawa, na jak długo starczy mi sił. Starczyło gdzieś tak do czternastego, a potem spuchłam. Czas odcinka – 23:44, niby nieźle, ale to efekt nadrobienia na zbiegu na trasie łazienkowskiej około 12-13km. Czternasty to już 4:55, a piętnasty 5:03 (tu doszło picie). W międzyczasie złapała mnie kolka, ale to standard – przeszarżowałam początek i to musiało się tak skończyć.

Na czwartej piątce zdychałam, nie byłam już w stanie biec szybciej niż jakieś 4:55. Osiemnasty kilometr i tępy, długi podbieg – 5:21. Czułam się jak po wirowaniu w pralce. I to cholerne słońce, i podmuchy wiatru. Przestało mi też zależeć. Wiedziałam, że 1:40 nie złamię, wiedziałam też, że zrobię życiówkę i nie chciało mi się już walczyć o kilkadziesiąt sekund. Psychika mi siadła bardzo, ale twierdzę, że nawet jakbym się mocno postarała, to bym tego nie dowiozła – może dałoby radę wykręcić coś w granicach 1:41. Odcinek 15-20km – 25:14…

Podbieg ograbił mnie z resztek sił. Nogi poruszały się jak w smole. Nie potrafiłam nawet zdobyć się na finisz rodem z dyszek i ostatni kilometr zrobiłam w 4:46 – to było wszystko. Byłam szczęśliwa, że to już koniec.

Cały ten bieg to była droga przez mękę. Może ze 20 minut w sumie biegło mi się dobrze. Nie tak zapamiętałam półmaraton, zawsze pierwsze ~14km to był luz. Dziś była walka od początku. Dobrze mieć to za sobą. Nawet teraz czuję, że ta połówka dała mi chyba w kość najbardziej z dotychczasowych. No i na dobre wyleczyłam się z zająców. Mam ochotę rzucić to bieganie na jakiś czas, odpocząć. W planach miałam jeszcze dychę za trzy tygodnie, a przerwę dopiero potem, ale teraz nie jestem pewna, co zrobię.

 

Skoro zaczęłam pozytywnie, to tak też zakończę – po pierwsze, robię się chyba sławna, bo jeden z biegaczy rozpoznał mnie w okolicach depozytów (pozdrawiam ;) ). Po drugie… przy tej okazji nie odmówię sobie przyjemności małego porównania kolejnych wiosennych warszawskich połówek, począwszy od debiutu:

2013 – 1:57:51

2014 – 1:49:29

2015: – 1:42:05

:)

3