Od ponad roku regularnie sobie ćwiczę. Zacząłem od „więziennej kalisteniki” i na razie dopłynąłem w rejony gimnastyczne. Powiedziałbym – zabaw z gimnastyką (bo trudno to jednak nazwać prawdziwym treningiem). W którą stronę pójdę dalej jeszcze nie wiem i w sumie na razie nie bardzo mnie to interesuje. Piszę o tym, żeby podzielić się pozytywnym doświadczeniem. Nie sądziłem, że coś oprócz biegania jest w stanie dać tyle sportowej satysfakcji.

 

Nawyk regularnych ćwiczeń próbowałem wyrobić w sobie wiele razy. Brałem się za programy typu szóstka Weidera, czy sto pompek. Jak można się domyślić, prędzej czy później uznawałem, że takie ćwiczenie jest bez sensu. (Uważam tak do tej pory)

 

Z czasem uwolniłem się od myślenia w kategorii ilości powtórzeń, serii i tak dalej. Z mojego punktu widzenia takie podejście prowadzi donikąd. Oczywiście też wykonuję ćwiczenia w seriach, po ileśtam razy, z jakąś tam przerwą, ale to są środki prowadzące do celu, a nie cel sam w sobie. A celem jest nauka i doskonalenie kolejnego ćwiczenia. Właśnie to daje mi najwięcej satysfakcji. Im bardziej złożony ruch, tym fajniej.

 

Bieganie kusi wyborem drogi na skróty i trzaskaniem wszelkich akcentów od razu, bez żadnej bazy, najlepiej co tydzień. Progres i tak jakiś będzie. Nawet sensowne amatorskie bieganie polega w sumie na bieganiu tego samego co wyczynowcy, tylko mniej i wolniej. Tu jest inaczej. Ucząc się nowych ćwiczeń nie da się przeskoczyć od razu do zaawansowanych (cokolwiek to znaczy na naszym poziomie) elementów. To banał, ale zrozumiałem go dopiero po jakimś czasie. Nad progresjami pod konkretne ćwiczenia trzeba pracować spokojnie, tygodniami, a nawet latami (jeśli zamarzy nam się planche, czy rozpięcie na kółkach). Jeśli się nad tym zastanowić, to przecież nie ma dokąd się spieszyć.

 

W nagrodę za cierpliwość i systematyczność dostajemy doskonale opracowaną metodykę. To było dla mnie wielkie zaskoczenie. Chyba każde ćwiczenie jest rozbite na progresje i wprawki, dzięki którym można się go nauczyć. Przez lata gimnastyka wypracowała konkretne protokoły nauki. Nie trzeba wyważać otwartych drzwi i szukać własnych sposobów. Chcesz robić poziomkę. Proszę bardzo, oto progresje i plan. Wystarczy być systematyczność. Oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że ćwicząc trzy razy w tygodniu nie wszystko da się osiągnąć, ale naprawdę można wypracować bardzo dużo.

 

Zupełnie naturalne jest pytanie, czy taki trening poprawia wyniki w bieganiu. Moim zdaniem nie wprost. Na pewno jeśli zależy nam tylko na bieganiu, to nie ma sensu uczyć się stać na rękach (mam na myśli, że można lepiej zainwestować ten czas i energię). Może jednak okazać się, że życie nie kończy się na bieganiu. Wtedy pojawia się sporo „pośrednich” korzyści. Ja na przykład jestem teraz średnio 2 kg lżejszy niż kiedyś. Raczej w bieganiu to nie przeszkadza. Na pewno poprawiła się moja propiocepcja, co samo w sobie nie czyni mnie szybszym, ale daje nowe możliwości w pracy nad techniką biegu. I wreszcie, jestem silniejszy w zakresie czegoś, co można nazwać stabilizacją centralną. Ale, tak jak podkreślałem, to tylko dodatkowe bonusy.

 

W młodości niczego na poważnie nie trenowałem, więc z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jestem teraz sprawniejszy niż kiedykolwiek w życiu. To bardzo budująca myśl, nawet jeśli nie potrafię zrobić nic specjalnego. Dzisiaj na przykład pierwszy raz stanąłem na rękach przy ścianie. Cieszy jak życiówka.

 

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+