Trochę się na Was zawiodłem. No bo żeby tak nikt, zupełnie nikt. W końcu nie piszę od tygodnia, miesiąca, czy kwartału. To już 18 miesięcy jak bum cyk cyk i nikt nawet nie zapytał? No dobrze, spróbuję jakoś godnie wyjść z tej patowej i nieco niezręcznej sytuacji. Jako człowiek z dużym doświadczeniem w gadaniu sam do siebie, nie będę miał z tym większego problemu. Patrzcie i uczcie się, bo wiecznie żyć nie planuję.

Ej, kolo, ale dlaczego akurat faraon? Wszystkie inne nicki były już zajęte?

Ooo! Jak miło, że pytasz! ;-) A bo to wszystko wina Mateusza. Bynajmniej nie ojca. A działo się to w gimnazjum…

Pewnie też mieliście w klasie swoistych liderów opinii, ludzi, z których zdaniem liczono się bardziej niż ze zdaniem całej reszty. Kiedy ja mówiłem – ucieknijmy z ostatniej lekcji! Idea nie znajdowała większego uznania. Kiedy Mateusz mówił – darujmy sobie ostatnią lekcję! 3/4 klasy na wszelki wypadek uciekało już z ostatnich dwóch. Kiedy Mateusz zaczął nazywać mnie Faraonem, miesiąc później znało tę ksywkę już pół miasta.

A zaczął mnie tak nazywać oczywiście nie przez przypadek. Odkąd pamiętam bawił mnie ten nadęty ustrój starożytnego Egiptu, w którym jeden człowiek posiadał władzę absolutną. Ustrój, w którym wystarczyło krzywo spojrzeć na Boskiego, aby zostać rzuconym na pożarcie lwom. Ale z drugiej strony faraońskie samouwielbienie bardzo wpisywało się w moją zakochaną w sobie naturę. Zacząłem więc mówić o sobie jako o biegaczu, który ma władzę absolutną na bieżni, który jest dyktatorem prędkości i tyranem wytrzymałości. A że do tego zawsze miałem ciemniejszą karnację i nosiłem dłuższe włosy – śląski faraon jak malowany.

I piszę Wam o tym wszystkim oczywiście zupełnie od czapy. Tak naprawdę to chciałem się w tym wpisie pożegnać. Ale to tylko takie niewinne – „do widzenia”, bo tak do końca nie znikam, a jedynie zmieniam miejsce bytowania. Założyłem sobie bloga Road to PB na wordpressie, do którego – of kors – serdecznie zapraszam.

Dlaczego?

Sam nie wiem. Trochę męczyło mnie to spamowanie portalu swoją twarzą, czasami wstrzymywałem się z kolejnymi wpisami, żeby nie zaśmiecać witryny dyrdymałami. Zakładając swojego bloga będę mógł uprawiać tę pozbawioną humoru grafomanię bez większych wyrzutów sumienia. Wszak teraz wpisy trafiać będą jedynie do ludzi, którzy są zainteresowani czytaniem banialuk i nie mają nic przeciwko ewentualnym powikłaniom na duszy i umyśle (jakie po takiej lekturze są wielce prawdopodobne).

A tak w ogóle to pobiegłem na 5 km w Warszawie i poszło…Histeryczny wpis o tym jak poszło znajdziesz tu-ło

;-)

Nie mówię – do widzenia, mówię – do zobaczenia!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+