Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

na biało

na biało

Ciemno, choć jasno od kilku latarni – i od bieli jeziora. Nieliczni goście zajazdu Turist śpią wśród starej boazerii, śpi kot na schodach, mróz – minus dwadzieścia siedem - rysuje kwiaty na szybach. Pusto. Cicho i wszędzie tak daleko. Jezioro jeszcze matowe, zalśni razem ze wschodem. Chucham parą i emocjami, biegnąc ostrożnie w głąb nieogarniętej biało-szarej przestrzeni, zaglądając raz po raz w twardą, przeraźliwą ciemność lodu pod nogami. Tam, gdzie śnieg odwiało lub ktoś odgarnął, by uczynić ślizgawkę, tam jest czarno. Boję się tam patrzeć i wyobrażać sobie.

Jeszcze kilka tygodni temu nie myślałam o tym, że się tu znajdę tego styczniowego, sztywnego z zimna poranka. Nie miałam wbitej do paszportu rosyjskiej wizy, nie miałam biletu w jedną stronę na przejazd transsyberyjską legendą relacji Moskwa – Władywostok. Nie miałam też najmniejszej ochoty na mróz, bo przywykła do tropików, omijam zimę już od wielu lat, by nie dać jej zjeść mnie i przetrawić sokami depresji. Tymczasem los chciał, a ja zaraz zapragnęłam tego samego, by przypadła mi w udziale zima najczystsza, taka z czapami śniegu, grubymi soplami i futrami jak Zza Muru. I z tym tajemniczym, budzącym wyobraźnię, tęsknotę i lęk jeziorem – morzem, o którym już każdy biegacz usłyszał, bo Ice Marathon jest przecież legendą i elementem kanonu zarazem.

A więc Bajkał, skuty lodem po zęby. I ja, też po zęby zakutana, bo z taką zimą nie ma żartów. Nie przygotowałam się zbyt dobrze do tego biegu, pakując w pośpiechu graty tysiące kilometrów stąd. Nie mam odpowiednich butów, właściwych technicznych warstw. Nic sobie z tego nie zamierzam robić. Ustroiłam się jak choinka w połączenie najbardziej praktyczne, jakie udało zbudować z zawartości mojego plecaka. Byle ciepło. Grube rękawice pożyczyłam od M., on śpi w najlepsze pod autentyczną pierzyną, a ja ruszam w mój, tylko mój poranek.

Na niebie pierwsze białe i pomarańczowe światła, jest tak pięknie, cicho, tylko czasem głos lodu, pamiętam ten dźwięk z lodowca pod Kazbekiem, ni to pomruk, ni stęknięcie z dawien, z prastarych początków, nie wiadomo skąd, bo jeszcze nikogo nie było, gdy ten pomruk się rodził. Zostawiam świeże ślady pomiędzy labiryntem już istniejących linii ludzkich dróg i interesów. Ewenków, Buriatów, Rosjan idących i jadących przez lód – dokąd? Przecież nie biegliby tak bez celu jak ja teraz, tylko dla nakarmienia głodu wrażeń. Ale teraz nie ma tu żywej duszy, nikogo kto te ślady mógł zostawić. Nie ma też mgły, z której mogliby się wyłonić jeźdźcy Kazana, co to całą armią zatonęli pod lodem; nie ma duchów czerwonoarmistów, które po dziś dzień razem z archeologami i nurkami szukają tu stu osiemdziesięciu ton zatopionego złota. Nie ma czarnych tengri, czyhających na moją duszę. Jeśli są, to głęboko, przy samym dnie, w ciemności.

Tu, na tej rozjaskrawionej nagłą czerwienią przestrzeni, jest tylko przejrzyste światło, mroźny początek wszystkiego, nieskażony wiekami ludzkich wierzeń, wojen i cierpienia. Powietrze jest czyste, że aż boli w płuca, choć tam daleko z kominów dniem i nocą smrodzi bury dym. Biel rozlewa się, wydłuża i skraca dystanse, mami. Bajkał ciągnie i wzywa, jak Sahara albo jak Pacyfik, a o świcie to wołanie jest nie wiadomo czemu najgłośniejsze. Trzeba mi prędko zawracać, rozgrzać palce u stóp, wypić czaj. Otrzepać się z czarów.

 

 

 ______________________________
Krysia Roszak. Profesjonalna powsinoga. Jeśli gdzieś jej jeszcze nie było, to niedługo będzie. W chwili, w której czytasz te słowa, zapewne zbiera lecznicze zioła na stokach wulkanu, lepi japońskie pierożki, gania owce na końskim grzbiecie, stoi na głowie lub gapi na zachód słońca. Gdzie tylko może, tam biegnie, bo szkoda jej czasu na zwykłą wędrówkę. Tym sposobem przebiegła już pół świata, łącznie z piekłem Miedzianego Kanionu, w co do dziś sama nie wierzy. Gardzi wszelkimi butami, nigdy nie założy garsonki, mieszka na jachcie. Bardzo chce jej się żyć.