Choróbsko niestety rosło w siłę. Żona się wkurzyła i wezwała konowała, który stwierdził zapalenie czegoś tam, zarażenie czegoś innego i zapytał czy przypadkiem nie próbowałem przechodzić choroby.

– No jasne, że próbowałem! Przecież nie będę w domu z chorymi dzieciakami siedział, bo to najkrótsza droga do szaleństwa! – W nagrodę za szczerość dostałem antybiotyk i zakaz aktywności fizycznych przez 5 do 8-śmiu dni…

Ekstra.

Niemniej się tak złożyło, że lekarz zawitał do mnie w piątek, a w niedzielę dostałem od kumpla propozycję by polecieć z nim w czwartek Rzeźnika, gdyż jego zespół coś się słabo zgrywał. Mogłem odmówić? Może i mogłem, ale nie chciałem.

Efekt był taki, że przerwałem terapię i w czwartek ruszyłem w Bieszczady, by następnie przeżyć wiele interesujących i silnie demotywujących przygód na trasie. Dodatkowo dostało mi się od dalszych znajomych za to, że ponoć krytykuję organizatorów (ciekawe, że dzisiaj pytania = krytyka), a startuję w zawodach. No nic, będę jakoś z tym żył.

Puenta ze startu jest taka, że:

1. Bare Access Trail się nie nadają (stopa mi leci do przodu) i całe szczęście, że odkryłem to teraz, a nie w Alpach.

2. Bieganie po kuracji antybiotykowej to mało sensowny pomysł. Bieganie po 8 godzinach w podróży – też raczej odradzam.

Ale równocześnie, 82km 13 edycji Rzeźnika nie poszło na marne. Owszem, wynik jest z ****, ale to co przeszła moja głowa to moje. A i ćwiczenie zbiegów przy nadwyrężonym kolanie było cenną lekcją. Podczas UTMB będę mądrzejszy o te bez mała 16 godzin trudnego trenigu.