Rzeźniczy tasak: T-14/13

Choróbsko niestety rosło w siłę. Żona się wkurzyła i wezwała konowała, który stwierdził zapalenie czegoś tam, zarażenie czegoś innego i zapytał czy przypadkiem nie próbowałem przechodzić choroby.

– No jasne, że próbowałem! Przecież nie będę w domu z chorymi dzieciakami siedział, bo to najkrótsza droga do szaleństwa! – W nagrodę za szczerość dostałem antybiotyk i zakaz aktywności fizycznych przez 5 do 8-śmiu dni…

Ekstra.

Niemniej się tak złożyło, że lekarz zawitał do mnie w piątek, a w niedzielę dostałem od kumpla propozycję by polecieć z nim w czwartek Rzeźnika, gdyż jego zespół coś się słabo zgrywał. Mogłem odmówić? Może i mogłem, ale nie chciałem.

Efekt był taki, że przerwałem terapię i w czwartek ruszyłem w Bieszczady, by następnie przeżyć wiele interesujących i silnie demotywujących przygód na trasie. Dodatkowo dostało mi się od dalszych znajomych za to, że ponoć krytykuję organizatorów (ciekawe, że dzisiaj pytania = krytyka), a startuję w zawodach. No nic, będę jakoś z tym żył.

Puenta ze startu jest taka, że:

1. Bare Access Trail się nie nadają (stopa mi leci do przodu) i całe szczęście, że odkryłem to teraz, a nie w Alpach.

2. Bieganie po kuracji antybiotykowej to mało sensowny pomysł. Bieganie po 8 godzinach w podróży – też raczej odradzam.

Ale równocześnie, 82km 13 edycji Rzeźnika nie poszło na marne. Owszem, wynik jest z ****, ale to co przeszła moja głowa to moje. A i ćwiczenie zbiegów przy nadwyrężonym kolanie było cenną lekcją. Podczas UTMB będę mądrzejszy o te bez mała 16 godzin trudnego trenigu.

 

Po krzakach. UTMB: T – 20

Tydzień nierówny. Wbrew temu co sądziłem, jednak poczułem w nogach Półmaraton Warszawski. Może to i tylko 21K ale przy mojej obecnej wadze zasuwanie takiego dystansu po asfalcie i bruku nie jest zbyt komfortowe.
Równocześnie to, co się działo po zawodach, okazało się nieco zbyt rozrywkowym. Efekt: regeneracja zajęła mi ponad 48 godzin. Nalewki… starość…

  • Wtorek: testowy drugi zakres 4K w 4:30 (prawa łydka rwie po połówce)
  • Środa: luźne 6K w 4:50 (łyda bez zmian)
  • Czwartek: po nocy 10K bez pary i z – jednak – rwącą łydką w 5:30
  • Weekend – dłuższe biegi na zerowych węglach. Doszedłem do wniosku, że skoro nie mam kondycji, to przynajmniej poćwiczę metabolizm (no i wypalę nieco sadła).

  • Sobota: ładnie weszło po wertepach 14K w 5:10 i średnim tętnem 133
  • Niedziela: wpierw trochę ogólnorozwojówki z rana, co by resztki glikogenu spalić. Popołudniem 20K w 5:20 – przez ponad 10 kilometrów pchałem ścianę (i przepchałem), więc w sumie cel się zrealizował. Koszty poboczne – bieg mnie wykończył psychicznie i do wieczora chodziłem jak na kacu.
  • W sumie 54 kilometry, w tym 35 w terenie..

    Pewnie dla większości z Was brzmi to śmiesznie mało, ale równocześnie to mój najbardziej rozbiegany tydzień od początku roku… (chodzenia i schodów nie liczę).

    No i ta waga. Ciągle waga. Owszem, nie wątpię, że robienie półmaratonu w terenie przy 88KG dobrze buduje siłę nóg, ale jednak.. 15KG mniej by się przydało. OK – 10KG. Czas na jakieś bardziej radykalne środki, bo mi ciągle zamiast redukcji masa się robi.

    Plan – biegać w mniej dni, ale dalej (20K,25K,30K), zaś w dni bez biegania wrzucić siłowe interwały. Może to coś pomoże tu popchnąć w dół? A trzeba, bo już niedługo spontaniczny start na WingsForLife. A tam twardo będzie.


    Na marginesie: ciągle dorastam do decyzji, by wrócić do dojazdów rowerem do pracy. Te codzienne 20K dobrze mi zrobi, ale pozostaje kwestia ogarnięcia się na miejscu (w zeszłym roku było łatwiej, w tym z jednej strony wyższe stanowisko, z drugiej brak łazienki – słabo się łączą z przepoconym strojem)

    #niemaniemogę. chyba

    Czołem!

    Nazywam się Jakub (Kuba/jabbur/100hrmax) i jestem alkoholikiem zdemotywowany.

    – tak powinienem zacząć ten wpis…

    Część z Was może mnie pamiętać. W dawnych wiekach (z dwa lata będzie) pisałem na Bieganie.pl o moich treningach pod maraton w 3:00 i udzielałem się na forum bieganie.pl.

    Jakub 100hrmax.pl Abramczuk

    Jakub 100hrmax.pl Abramczuk

    Czas upłynął, cele się rozmyły / zmieniły i moja aktywność przesunęła się gdzie indziej.

    Teraz powracam, ze spuszczoną głową. Gdyż, w międzyczasie spełniła się połowa mojego biegowego wyśnionego marzenia. Otóż dostałem się na UTMB (wiecie, ta wycieczka wokół Mont Blanc na dystansie 166K). Spełniła się jego połowa, jako że zakwalifikowanie się to jedno, pobiegnięcie (i dobiegnięcie) to drugie. I tu przechodzimy do sedna wpisu:

    • Od pół roku nie biegałem w górach (jedyny „wysokościowy” start to Everest Run i 3-cia lokata tam)
    • Od ŁUT 2015 nie startowałem na dystansie większym niż 25 km
    • Ważę jakieś 10 – 12 kg więcej niż bym chciał (po większym obiedzie dobijam do 90 kg przy 184 cm wzrostu, sporo w tym mięcha, no ale!)
    • W dzień siedzę przed kompem (praca), w nocy takoż (blog) i browarami kałdun podlewam
    • Zaś, zamiast napierać podbiegi, piszę durnowate poradniki o tym, jak dobrze przebiec pierwszy półmaraton

    – czyli nie mogę nawet napisać, że jestem w lesie, bo do lasu póki co nie dobiegłem. Natomiast, jako że pamiętam Was z moich przygotowań do Orlenu i Cracovii w 2014-tym roku –  wiem,  iż potrafiliście kiedy trzeba porządnie kopnąć w siedzenie, doradzić i sprowadzić na ziemię.

    Toteż wracam. Wracam i wierzę że z jednej strony to co będę pisał będzie warte Waszego czasu, ze strony drugiej – presja grupy zrobi swoje i wezmę dupę w troki. Czas na poważnie przyjrzeć się Alpom, zostało 20 tygodni.


     

    Aha, ten blog ma być stricte treningowy (taki mój plan). Wiwisekcje butów, mędrkowanie i inne takie będę wrzucał na 100hrmax.pl.

    Założenie jest takie: raz do dwóch razy w tygodniu zdaję Wam raport z moich treningów ( i wagi ), a Wy mnie wspieracie, opierdalacie i udzielacie cennych porad (kurka no, to mój drugi sezon w górach….)

    Moje ultra

    Moje ultra

    To jak, pomożecie? Proszę.

    Czas już ponapierać, jak świnia za truflami.

    Rzeźniczy tasak: T-14/13

    Choróbsko niestety rosło w siłę. Żona się wkurzyła i wezwała konowała, który stwierdził zapalenie czegoś tam, zarażenie czegoś innego i zapytał czy przypadkiem nie próbowałem przechodzić choroby.

    – No jasne, że próbowałem! Przecież nie będę w domu z chorymi dzieciakami siedział, bo to najkrótsza droga do szaleństwa! – W nagrodę za szczerość dostałem antybiotyk i zakaz aktywności fizycznych przez 5 do 8-śmiu dni…

    Ekstra.

    Niemniej się tak złożyło, że lekarz zawitał do mnie w piątek, a w niedzielę dostałem od kumpla propozycję by polecieć z nim w czwartek Rzeźnika, gdyż jego zespół coś się słabo zgrywał. Mogłem odmówić? Może i mogłem, ale nie chciałem.

    Efekt był taki, że przerwałem terapię i w czwartek ruszyłem w Bieszczady, by następnie przeżyć wiele interesujących i silnie demotywujących przygód na trasie. Dodatkowo dostało mi się od dalszych znajomych za to, że ponoć krytykuję organizatorów (ciekawe, że dzisiaj pytania = krytyka), a startuję w zawodach. No nic, będę jakoś z tym żył.

    Puenta ze startu jest taka, że:

    1. Bare Access Trail się nie nadają (stopa mi leci do przodu) i całe szczęście, że odkryłem to teraz, a nie w Alpach.

    2. Bieganie po kuracji antybiotykowej to mało sensowny pomysł. Bieganie po 8 godzinach w podróży – też raczej odradzam.

    Ale równocześnie, 82km 13 edycji Rzeźnika nie poszło na marne. Owszem, wynik jest z ****, ale to co przeszła moja głowa to moje. A i ćwiczenie zbiegów przy nadwyrężonym kolanie było cenną lekcją. Podczas UTMB będę mądrzejszy o te bez mała 16 godzin trudnego trenigu.

     

    Po krzakach. UTMB: T – 20

    Tydzień nierówny. Wbrew temu co sądziłem, jednak poczułem w nogach Półmaraton Warszawski. Może to i tylko 21K ale przy mojej obecnej wadze zasuwanie takiego dystansu po asfalcie i bruku nie jest zbyt komfortowe.
    Równocześnie to, co się działo po zawodach, okazało się nieco zbyt rozrywkowym. Efekt: regeneracja zajęła mi ponad 48 godzin. Nalewki… starość…

  • Wtorek: testowy drugi zakres 4K w 4:30 (prawa łydka rwie po połówce)
  • Środa: luźne 6K w 4:50 (łyda bez zmian)
  • Czwartek: po nocy 10K bez pary i z – jednak – rwącą łydką w 5:30
  • Weekend – dłuższe biegi na zerowych węglach. Doszedłem do wniosku, że skoro nie mam kondycji, to przynajmniej poćwiczę metabolizm (no i wypalę nieco sadła).

  • Sobota: ładnie weszło po wertepach 14K w 5:10 i średnim tętnem 133
  • Niedziela: wpierw trochę ogólnorozwojówki z rana, co by resztki glikogenu spalić. Popołudniem 20K w 5:20 – przez ponad 10 kilometrów pchałem ścianę (i przepchałem), więc w sumie cel się zrealizował. Koszty poboczne – bieg mnie wykończył psychicznie i do wieczora chodziłem jak na kacu.
  • W sumie 54 kilometry, w tym 35 w terenie..

    Pewnie dla większości z Was brzmi to śmiesznie mało, ale równocześnie to mój najbardziej rozbiegany tydzień od początku roku… (chodzenia i schodów nie liczę).

    No i ta waga. Ciągle waga. Owszem, nie wątpię, że robienie półmaratonu w terenie przy 88KG dobrze buduje siłę nóg, ale jednak.. 15KG mniej by się przydało. OK – 10KG. Czas na jakieś bardziej radykalne środki, bo mi ciągle zamiast redukcji masa się robi.

    Plan – biegać w mniej dni, ale dalej (20K,25K,30K), zaś w dni bez biegania wrzucić siłowe interwały. Może to coś pomoże tu popchnąć w dół? A trzeba, bo już niedługo spontaniczny start na WingsForLife. A tam twardo będzie.


    Na marginesie: ciągle dorastam do decyzji, by wrócić do dojazdów rowerem do pracy. Te codzienne 20K dobrze mi zrobi, ale pozostaje kwestia ogarnięcia się na miejscu (w zeszłym roku było łatwiej, w tym z jednej strony wyższe stanowisko, z drugiej brak łazienki – słabo się łączą z przepoconym strojem)

    #niemaniemogę. chyba

    Czołem!

    Nazywam się Jakub (Kuba/jabbur/100hrmax) i jestem alkoholikiem zdemotywowany.

    – tak powinienem zacząć ten wpis…

    Część z Was może mnie pamiętać. W dawnych wiekach (z dwa lata będzie) pisałem na Bieganie.pl o moich treningach pod maraton w 3:00 i udzielałem się na forum bieganie.pl.

    Jakub 100hrmax.pl Abramczuk

    Jakub 100hrmax.pl Abramczuk

    Czas upłynął, cele się rozmyły / zmieniły i moja aktywność przesunęła się gdzie indziej.

    Teraz powracam, ze spuszczoną głową. Gdyż, w międzyczasie spełniła się połowa mojego biegowego wyśnionego marzenia. Otóż dostałem się na UTMB (wiecie, ta wycieczka wokół Mont Blanc na dystansie 166K). Spełniła się jego połowa, jako że zakwalifikowanie się to jedno, pobiegnięcie (i dobiegnięcie) to drugie. I tu przechodzimy do sedna wpisu:

    • Od pół roku nie biegałem w górach (jedyny „wysokościowy” start to Everest Run i 3-cia lokata tam)
    • Od ŁUT 2015 nie startowałem na dystansie większym niż 25 km
    • Ważę jakieś 10 – 12 kg więcej niż bym chciał (po większym obiedzie dobijam do 90 kg przy 184 cm wzrostu, sporo w tym mięcha, no ale!)
    • W dzień siedzę przed kompem (praca), w nocy takoż (blog) i browarami kałdun podlewam
    • Zaś, zamiast napierać podbiegi, piszę durnowate poradniki o tym, jak dobrze przebiec pierwszy półmaraton

    – czyli nie mogę nawet napisać, że jestem w lesie, bo do lasu póki co nie dobiegłem. Natomiast, jako że pamiętam Was z moich przygotowań do Orlenu i Cracovii w 2014-tym roku –  wiem,  iż potrafiliście kiedy trzeba porządnie kopnąć w siedzenie, doradzić i sprowadzić na ziemię.

    Toteż wracam. Wracam i wierzę że z jednej strony to co będę pisał będzie warte Waszego czasu, ze strony drugiej – presja grupy zrobi swoje i wezmę dupę w troki. Czas na poważnie przyjrzeć się Alpom, zostało 20 tygodni.


     

    Aha, ten blog ma być stricte treningowy (taki mój plan). Wiwisekcje butów, mędrkowanie i inne takie będę wrzucał na 100hrmax.pl.

    Założenie jest takie: raz do dwóch razy w tygodniu zdaję Wam raport z moich treningów ( i wagi ), a Wy mnie wspieracie, opierdalacie i udzielacie cennych porad (kurka no, to mój drugi sezon w górach….)

    Moje ultra

    Moje ultra

    To jak, pomożecie? Proszę.

    Czas już ponapierać, jak świnia za truflami.

    © 2017 Bieglog — PLATFORMA BIEGOWA

    Do góry ↑