URLOP
Stavros – miejsce, gdzie nic się nie dzieje. Są dwie plaże, siedem tawern, dwa sklepy, trochę mieszkańców (rolników i/lub właścicieli pensjonatów). Nie wiem jak to wygląda w sezonie (czerwiec-sierpień), ale w drugiej połowie maja ta Grecka wioska jest ostoją spokoju, którego bardzo mi brakowało. Tu, po raz drugi z rzędu, wybrałem się z rodziną na urlop. Pewna pogoda, dobre jedzenie, niskie ceny, łatwy dojazd, piękne krajobrazy, ciekawe miejsca do biegowej eksploracji. Jeśli w takim miejscu miałbym się nie odbudować, to sezon mógłbym spisać na straty.

Dałem radę wrócić do regularnych treningów. Pięć jednostek w pierwszym tygodniu (razem 58,9km) i sześć w drugim (razem 71,5km). Duże znaczenie miała tu regeneracja, czyli wygrzewanie się na plaży, zabawa z synem w piachu i wodzie, wspólne wycieczki po górskich ścieżkach i krętych uliczkach Chanii. Praktycznie brak siedzenia! Teraz w pełni odczułem, co w dużej mierze zabija moją swobodę ruchu w trakcie biegu i spowalnia powrót do stanu równowagi po akcentach. Dwa tygodnie bez biurka i zacząłem odczuwać znaczącą różnicę. Miałem również świetną dietę – sałatki, świeże pomidory, pomarańcze, baranina, mousaka, boureki, souvlaki…wymieniać mógłbym bez końca. Było pysznie! Zwłaszcza, że żywiliśmy się w tawernach dla miejscowych, a nie tych przeznaczonych dla turysty z Niemiec.

To był bardzo dobry wyjazd dla całej rodziny! Udało nam się wyleczyć przewlekłe zapalenia zatok, które trapiły naszą trójkę. Wygrzaliśmy kości w słońcu, złapaliśmy mnóstwo energii i chęci do działania.

Klika historii stricte treningowych przytoczę niebawem, a teraz…

CZAS POWROTU DO RZECZYWISTOŚCI
Bardzo się tego okresu obawiałem. W ciągu całej jesienno-zimowo-wiosennej pluchy kilka, a może nawet kilkanaście razy byłem w stanie dobrze biegać przez czternaście dni, a potem przychodziły infekcje, przemęczenie, choroba dziecka oraz masa innych powodów, aby przerwać dobrze zapowiadający się cykl treningowy. Czemu teraz miałoby być inaczej? W końcu czekał mnie powrót do pracy, do codziennych obowiązków. Mniej czasu na sen, więcej stresu, kombinowanie z jedzeniem na mieście.

Tu pojawia się postać cichego bohatera. Nie będzie miała zdjęcia na linii mety, nie zbierze polubień pod statusem z nową życiówką na fb, nie zbije piątek z gratulacjami od znajomych. Ale wygląda na to, że przełamanie przyszło dzięki niej! Moja kochana Żona zarządziła dietę (nie ilościową, ale jakościową). Stwierdziła, że skoro zaliczyliśmy fizyczny i psychiczny „reset”, to nie możemy zaprzepaścić szansy na wprowadzenie rytuałów, które pozwolą nam zdrowo i szczęśliwie żyć. Wzięła dwie kartki papieru i wypisała na jednej menu na cały tydzień oraz listę zakupową ze składnikami potrzebnymi do sporządzenia potraw na drugiej.

Jest piątek – według planu mam wolne i odpoczywam. Po sześciu dniach treningowych z rzędu. Coś, co nie miało miejsca już bardzo dawno. Zazwyczaj robiłem wolne po dwóch lub trzech treningach. Cały tydzień czułem się świetnie. Regenerowałem się szybko, nie jadłem śmieciowego żarcia, nie chodziłem głodny lub przejedzony. Było nie tylko zdrowo, ale również bardzo smacznie. Wróciło uczucie lekkości, codzienna chęć do życia.

Zapału nie zabraknie nam również na przyszłość (przynajmniej tą bliższą), bo oboje zauważamy efekty. Udało się wrócić po urlopie do rzeczywistości bez załamania, utrzymaliśmy wakacyjną energię. A ja dalej jestem w biegowej grze, która toczy się o życiówkę na 10km!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+