Jednym z ważniejszych programów telewizyjnych była dla mnie od dziecka prognoza pogody. A już gdy miały nadejść święta wyczekiwałem prognoz wyjątkowo poddenerwowany. Będzie śnieg, czy nie? Przyznam się bez bicia, że dość długo wierzyłem w Mikołaja, więc właśnie pod kątem jego przyjazdu monitorowałem zmiany w aurze. Święty na swoich saniach, żeby dotrzeć do mnie i innych dzieci z prezentami musiał wszak mieć śnieżną autostradę. Nie rozumiałem jak niby miałby tymi płozami ciągnąć po suchym asfalcie? Rodzicie próbowali tłumaczyć, że jego sanie są magiczne i unoszą się w powietrzu, ale powiedzmy sobie szczerze, kto by w takie bajki wierzył? Musiał być śnieg i basta!

Dobrze pamiętam szczególnie jedne śnieżne święta gdzieś w połowie lat 90 – tych. Chodziłem już do podstawówki, ale to były dopiero początki, przedział 1-3. Był to czas kiedy na ulicach polskich miast i wsi można było spotkać młodych chłopców w szalikach i koszulkach klubowych bawiących się kapiszonami. Ja pod choinką znalazłem właśnie ich atrybuty, zestaw prawdziwego mężczyzny, tylko że ulepszony. Zamiast małego pistolecika strzelającego kapiszonami, albo lekkimi drobnymi kuleczkami znalazłem gnata. Tak, to był gnat. Łamało się go w połowie, gdzie ukryte było miejsce na gumowe naboje. Miał może z metr długości i strzelał tak mocno, że mógł zrobić krzywdę. Prawdziwa strzelba, która nie tylko nie zmieściłaby się w kieszeni spodni, ale nawet ze szkolnego plecaka lufa wystawałaby wyraźnie.

Dostałem też szalik, ale jak się później okazało dość kłopotliwy. Szalik, którego nikt na Śląsku raczej by nie założył. Mamie jak podejrzewam spodobał się kolor, taki ładny, zielony. Już się domyślacie o jakim klubie mowa? To podpowiem, że swego czasu podkradał zawodników wysyłając im bilet do wojska i w ten sposób przechwytując rywalom. Tak, to był szalik Legii Warszawa, a dostałem go w czasach wielkich bitew z Widzewem. To tak jakby dać swojemu dziecku koszulkę z neonowym napisem – kopnij mnie. Ja ani tym bardziej rodzice nie za bardzo rozumieliśmy, że ten szalik był swego rodzaju przekleństwem. Chodziłem więc w nim z dumą do szkoły – jak to się ładnie poetycko mówi – na totalnej nieświadomce. I dobrze pamiętam pytania koleżanek – nie boisz się chodzić w tym szaliku? Ale czego miałem się bać, przecież nie można kogoś bić za rodzaj noszonego ubrania. Szybko zrozumiałem, że jednak można.

Złapali mnie pod szkołą choć byłem już po lekcjach. Szwendaliśmy się z kolegą Wojtkiem po osiedlu. Chłopcy ze starszych klas spędzali swoją przerwę przed szkolną bramą. Zerwali ze mnie szalik rzucili na chodnik, zaczęli po nim skakać i opluwać gęstą charą. Uciekłem z płaczem, a w zasadzie z rykiem na huśtawki przed swoim blokiem. Po jakimś czasie pojawił się Wojtek z moim szalikiem w rękach.

Przez kolejne kilka lat dość skutecznie uciekałem przed wszystkimi, którzy chcieliby mi szalik skroić. Ćwiczyłem się wtedy dość mocno w bieganiu, choć trudno było to nazwać treningiem.

Jednak któregoś razu uciec się nie dało. Na peronie numer 1 Kędzierzyńskiego dworca facet wyciągnął nóż. Gdyby nie to, że poza mną była jeszcze moja młodsza siostra i tato, to pewnie bym uciekł. A tak, szalik został niemal dosłownie – skrojony.

W tym roku na święta nie było szalików, ani pistoletów. Nie było też niestety śniegu. Były za to skarpetki, dużo skarpetek, naliczyłem – 8 par. I bardzo dobrze, bo nie ma biegania bez dobrze skrojonej skarpy. ;-)

….

Tyle wspomnień. Teraźniejszość biegowo wyglądała w poprzednim tygodniu zacnie, a było to tak:

Poniedziałek – regeneracja.

Wtorek – 12,5 km, w tym Siła Biegowa (10x100m skip A pod lekkie wzniesienie)

Środa – 12,3 km po 5:04/km

Czwartek – 12 km po 4:46/km na śr tętnie 136

Piątek – 10 km po 4:59/km

Sobota – 14 km po 4:26/km

Niedziela – 20 km po 4:23/km na śr tętnie 144

Suma → 81 km

I tym sposobem 4 tydzień przygotowań zaliczony.

Teraz tylko jakoś przetrwać wichury i w ogóle całą tę depresyjną pogodę.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+