schemat jest podobny
biegnę
myślę
mam pomysł na wpis
wracam
biorę prysznic, włączam muzę, otwieram blog, sączę kawę
patrzę w monitor i…

…i nic
pustka totalna

odkładam na jutro, na za 3 dni, na za tydzień, miesiąc..
i takim sposobem mija prawie 1,5 miesiąca od ostatniego wpisu
PROKRASTYNACJA-tylko takie mam wytłumaczenie ;-)
wiecie, takie czasy, że wszystko jest nazwane, wytłumaczone, znalezione, na wszystko są badania, doświadczenia, wyniki, analizy…

szkoda tylko, że nikt nie potrafi przepowiedzieć przyszłości
i ostrzec mnie 31 grudnia 2016 roku słowani-nie Kasia, ty się skarbeńku nie zapisuj na ten maraton, bo go nie pobiegniesz!

Byłoby zupełnie prościej ;-)
teraz muszę (w sumie nie muszę) opisać, co się w międzyczasie wydarzyło, że dziś zamiast być w drodze do Dębna, znowu siedzę przy monitorze, znowu sączę kawę, znowu słucham muzy i piszę :-)

zaczęło się niewinnie
wlazłam przez przypadek na czyjeś konto na instagramie, jakiegoś biegacza chyba, nie pamiętam, zaczęłam przeglądać podobne konta, posty, zdjęcia, opisy, hasztagi
żeby było wygodniej, sama założyłam tam konto
w przeciągu kilku dni zostałam zalana pierdylionem motywacyjnych postów
wiecie, jak to działa, wystarczy zalajkować jedno zdjęcie, jedno konto i po 2 sekundach dostajemy propozycje miliarda identycznych…
tak kochani
żyłam 37 lat w nieświadomości, że instagram jest taką potęgą!
Zdjęcia owsianek, fitśniadań, fitkolacji, fitsłodyczy, gimnastyki, zdjęcie przed treningiem, zdjęcie po treningu, zdjęcie zegarka, buta, sosny, drogi, rzeki, medalu, pakietu, szybki skreen z endomondo że przebiegłam 6km w tempie 7.20, osiemset lajków, 400komentarzy, że wow, że super, że motywacja, że tego, owego
Potem było tylko gorzej. Kliknęłam na jakiś fitblog na rzeczonym instagramie…
…110 tysięcy zdjęć tej samej pozycji (wypięty tyłek z gołym brzuchem), tylko twarze inne, i fryzury i kolory leginsów, zdjęcie przed, zdjęcie po, na redukcji, przed redukcją, przed ciążą, po ciąży, że schudłam 10 kilo, że i ty możesz, bo ja mogę, że rusz się, znowu 380milionów lajków, znowu 7 pierdyliardów komentarzy, że wow, że super, że zazdro, że tego, owego

że największym życiowym sukcesem jest, że wstałam i wyszłam na trening, że schudłam i że jem zdrowe obiadki, że mam fit męża, fitdziecko, fitmózg

ja wiem
ja może jestem już stara
ja na pewno się nie znam
ale
ja się wtedy bałam zajrzeć na instagram ;-)
ta rzesza odbiorców na takie treści, zdjęcia, hasztagi wydała mi sie wtedy przerażająca…i jednocześnie smutno mi się zrobiło, że w ogóle jest na coś takiego zapotrzebowanie
że są takie kobiety, których jedynym sukcesem jest kratka na brzuchu i mają więcej lajków niż Joasia Jóźwik!
Uwierzycie??? ;-)

wiem, że bieganie jest ciągle egzotycznym i nietypowym zajęciem, ale żeby robić z każdego treningu, zawodów TAKIE wydarzenie ???

no dobra, ale ja w sumie nie o tym

kiedyś, pod jednym z moich postów Naczelny mi napisał, że powinnam napisać jakąś motywacyjną książkę o bieganiu, wiecie, że jest zapotrzebowanie na rynku, i tego, owego
patrząc na to całe podziemie instagramowe-rzeczywiście, miał rację
ludzie chcą patrzeć na zdjęcia, chcą czytać hasztagi, chcą motywacyjnych kopów, przepisów na fitprzepisy…no właśnie
a ja ani nie umiem zrobić porządnego selfie w lustrze z rąsi
ani nie jem fitposiłków
ani nie mam na brzuchu kratki
ani modnych leginsów
ani każdy trening mnie nie cieszy i nie jest udany
ani nie zabieram na treningi ajfona, nie dlatego, że go nie mam, tylko do głowy mi nie przyszło, żeby cykać fotki butów na tle porannej rosy na asfalcie na ulicy Morskiej, czy spoconej twarzy na tle sosny na wydmie po wieczornym rozbieganku ;-)

jedyne, co mogłabym teraz opisać to w zasadzie moje kłopoty z układem pokarmowym i to, jak sobie z nimi nie radzę, ale kto by chciał o tym czytać? O strachu, że mam guza, o badaniach, o czekaniu na wyniki, o wyborach, mieć, czy być, o złości, że nie jestem w stanie trenować, startować? Ludzie nie lubią czytać o tym, że ci nie idzie, że nic nie osiągasz, że się nie uśmiechasz, że 27 kilometrowe wybieganie przygotowujące cię do maratonu kończy się kilkudniowym rozstrojem jelit, że ryczysz, bo musisz się zatrzymać po raz 4ty, 5ty, 7my na zwykłym joggingu wokół komina, że żeby pobiegać wieczorem musisz zastosować szereg specjalistycznych diet składających się z suchych bułek i bananów, żeby nie skończyć w okolicznych krzakach, że rujnujesz każdy trening znajomym, z którymi przyszło ci do głowy się umówić wieczorem, bo zachciało ci się zjeść jabłko, czy orzeszki.. ;-)
nuda panie!

A kiedy wydaje ci się w końcu, że jednak dasz radę przetruchtać ten pieprzony maraton, bo opanowałaś w miarę sztukę niejedzenia przed treningiem zakazanych produktów, to nagle budzisz się rano 3 tygodnie przed maratonem z zapaleniem oskrzeli i walczysz o to, aby nie zemdleć przy wchodzeniu na 4 te piętro do mieszkania z powodu potwornego kaszlu. Z niedowierzaniem obserwujesz własne ciało, jak wiotczeje i przez 2 tygodnie traci wszystko to, co wytrenowałaś ciężko zimą, jesteś pod wrażeniem szybkości nabierania masy, bo twój mózg nie notuje tak szybko, że jak się nie biega, to nie trzeba TYLE jeść, co zwykle ;-)

do brzegu

powinnam teraz napisać, że przecież liczy się samo bieganie, jako ruch, jako sposób na życie, zdrowie, hobby, tego, owego, że i tak jest świetnie, że nie ważne są sukcesy i życiówki, że niejedne udane zawody przede mną, że dam radę jeszcze trenować, jak dojdę przyczyny moich kłopotów zdrowotnych…
…ale ja jeszcze nie umiem się z tym pogodzić, zaakceptowałam, owszem, bo wyjścia nie miałam, ale dziś jest mi cholernie żal tego, że jutro nie zawieszą mi tego pieprzonego medalu na szyi, że nie będę mogła poczuć bólu nóg, ciała, że nie poczuję dumy, że dałam radę pobić swój własny rekord, że nie będę mogła uścisnąć znajomych na mecie i razem się cieszyć z tego, jak nam poszło…

i nie, nie muszę być dzielna, chcę się troszkę pożalić, że to niesprawiedliwe, że dlaczego ja, że tego, owego ;-)
może mi ulży, co? :-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+