Miało nie być biegów, zawodów, imprez aż do maja, bo natłok obowiązków nie sprzyja temu, żeby wygospodarować choćby kilka godzin zwłaszcza w weekendowym grafiku. Tak będzie jeszcze jakiś czas, stąd moja decyzja o nieco zluzowaniu z trenowaniem i zawieszeniu udziału w jakichkolwiek zawodach. Dzięki dobrej organizacji czasu oraz wyrozumiałości mojej piękniejszej polówki ten trening nie wygląda tak tragicznie jak zakładałem. Udało się też zrobić mały sprawdzian w biegu na 10km przed zbliżającym się biegiem Piastowskim. Poniżej relacja z moich pierwszych zawodów w tym roku.

Drugi bieg z cyklu Grand Prix Koła 2018, o puchar prezesa firmy Wood-Mizer obył się w ubiegłą sobotę. Pogoda słoneczna, trochę wiatru, w porywach dość drażliwego i ponad 200 osób na starcie w tym ja. Stan mojej formy mogę opisać podobnie jak w poprzednich wpisach. Ten mój niechlujny, bez ładu i składu trening powoduje, że bardzo swobodnie biega i się na wysokich dla mnie prędkościach, niestety za długo tak nie pobiegnę. Wymyśliłem sobie, że skoro 3 półtorakilometrowe odcinki z przerwą minuta czy dwie mogę swobodnie biegnąc w tempie 3’47-48’’ to dyszka po 3’43-45’’ to będzie dobry plan. W rozmowach ze znajomymi stwierdzałem również, że ta dyszka najprawdopodobniej skończy się po 7 kilometrze a później będzie zgon. Plan na ten bieg wyglądał wiec następująco: tempo w okolicach życówki na 10km i utrzymać to minimum do 7 km :)

Cała logistyka przedstartowa trochę mi się rozłożyła. Na rozgrzewkę wyszedłem nieco za późno, zrobiłem 1,7km truchtu, trochę ćwiczeń w tym truchcie a później ustawiłem się w kolejce do toitoja robiąc standardowy zestaw wygibasów. Kolejka posuwała się dość wolno, a ja jeszcze miałem przebrać koszulkę i cuchy zostawić w samochodzie. Ostatecznie na jakieś 60 sekund przed startem ustawiam się w drugim rzędzie i czekam na start. Trasa tak poprowadzona, że pierwszy (i ostatni) kilometr po asfalcie i kostce brukowej, w tym wbieg i zbieg na wiadukt, a później skręcamy w drogi gruntowe. Raz była to szeroka piaszczysta droga często uczęszczana a raz trawiaste drużki uczęszczane chyba tylko przez okolicznych biegaczy. Raczej płasko, nie licząc wiaduktu na początku i końcu. Wokół pola, nie zazielenione krzaki aronii i wiatraki. Na malownicze obrazki nie było co liczyć.

 

IMG_0172

Pierwszy kilometr mimo, iż po utwardzonej nawierzchni biegniemy spokojnie ostrożnie. Mi zegarek odbija w 3:50. Utworzyła się kilkuosobowa grupka prowadząca, w tym moja skromna osoba i zaczyna się czarowanie. Zbiegamy z asfaltu i grupa znacząco przyspiesza i się nieco rozciąga. Kto miał zostać to został, kto miał ciągnąć bieg ten ciągnął. Mogłem biec po te 3’45’’/km ale myślę, że w grupie zawsze raźniej i trzymam tempo grupy – nieco szybsze trzeba dodać. Przy drugim kilometrze zdziwiłem się bardzo. Odnotowałem 3:26 a mi się biegnie w miarę komfortowo.  Z prowadzącej grupki zrobiły się dwie, na czele Krzysiek N., który był poza zasięgiem jakiegokolwiek innego biegacza ze stawki i jeszcze jeden chłopak a później trójka w której byłem i ja, a Zanami kolejne pojedyncze osoby.

30262150_1508529749256691_6608977091037757440_n

Do 4 kilometra nie odczuwałem znaczącego zmęczenia, wszystko było względnie komfortowo. Pierwsze oznaki kryzysu przy dobiegnięciu do półmetka, ale szybko sobie z tym poradziłem. Nadal biegniemy w trójkę, choć zawodnik, który dyktował tempo zaczynał już uciekać o kilka metrów. Takiego mocnego początku 10km to ja nie miałem jeszcze nigdy, do 6 kilometra średnie tempo biegu zegarek pokazywał poniżej 3’40’’/km czyli to już był najlepszy moment, żeby „wykonać zamierzony plan” i zacząć umierać.

30412492_1508529735923359_8716662154733813760_n

Grupki już nie było, najpierw uciekł jeden później drugi zawodnik i zacząłem samotny bieg. Wiatr odczuwalny ale to żeby jakoś specjalnie przeszkadzał. W tym momencie głowa już odpuściła bieg, niby tętno nie za wysokie, oddychać idzie tylko jakby mięśnie nie chciały przenosić masy. Zakładałem te 7 kilometrów dobrego biegu i tyle było. Tempo spadało ok. 3’50’’/km. Jeszcze przed siódmym kilometrem niczym TGV śmignął obok mnie Marcin, zawodnik z którym zawsze ścigaliśmy się, z różnym skutkiem, w kategorii wiekowej. Śmignął i nawet nie było jak się go łapać, pokazał, że w tym dniu jest w dużo lepszej dyspozycji.

 

Siódmy kilometr w 3:52, ósmy w 3:52 a dziewiąty w 3:58. Nawet nie mogę powiedzieć, że było jakoś specjalnie ciężko, po prostu jakby nie był nie chciało mi się biec. Biegłem na 6 pozycji. Za mną nikogo nie widać, nikogo nie słychać. Natomiast panowie przede mną też już chyba mieli trochę dosyć tego biegu bo zachowany został pewien constans i dystanse między kolejnymi zawodnikami się nie zmieniały. Ostatecznie na mecie zawodnicy z miejsc 3 – 6 zmieścił się 20 sekundach. Oczywiście jak zacząłem ostatni kilometr to w głowie zaświtała myśl, że jeszcze coś tu można zdziałać, że jeszcze można się pościgać, jakieś resztki sił jeszcze zachowałem. Taki plan mieli jednak wszyscy zawodnicy przede mną mimo że tempo wzrosło to dystanse między nami pozostały bez zmian. 10 kilometr w 3:38 i mały dobieg 180 metrów w trzydzieści kilka sekund. Na mecie melduje się z czasem 37:51 (netto 37:49) co pozwala mi na zajęcie 6 miejsca open i 3 w M30.

Podsumowując jestem dokładnie w tym miejscu w którym myślałem, że jestem, czyli żadnego zaskoczenia. W domu pod prysznicem przeszły mi przez głowę myśli, że przy rozważniejszym prowadzeniu biegu można było by to pobiec dużo lepiej. Że gdybym nie odpuścił na tym siódmym kilometrze i wytrzymał jeszcze z kilometr to można byłoby zawalczyć o wyższe lokaty, że coś tam, że gdzieś tam. Ale później stwierdziłem, że nie ma co gdybać, jest bardzo dobry wynik, jest informacja gdzie jest forma w tym momencie i co tu więcej chcieć. Jasne, że świetnie by było, gdyby tempo z pierwszych 6 kilometrów dało się utrzymać do końca biegu ale przy tym co obecnie trenuję pewnych rzeczy nie przeskoczę. Trzeba się wydłużyć, przebiec dobrze połówkę w maju  i wtedy pomyślec nad kolejnymi krokami w kierunku realizacji „drugiej pięciolatki”.

A zapomniał bym o najważniejszy. No Name Team – drużyna założona w zeszłym roku z myślą właśnie o tym żeby bawić się w rywalizacji drużynowej GP Koła stanęła wreszcie na pierwszym miejscu podium.  Były drugie i trzecie miejsca ale pierwszy raz udało się wygrać rywalizację w biegu GP. Rywalizację oczywiście traktowaną zabawowo, bo jest to taki smaczek każdego biegu, ale całość w świetnej atmosferze, która integruje coraz więcej kolskich (i nie tylko) biegaczy.

IMG_0685

 

 

Żródło zdjęć: Anna Kułakowska – okrągłemiaso.pl oraz Marcin Żurawik, który wyjątkowo robił za fotografa :)
Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+