Czy amatorzy biegania stosują nielegalny doping? – rozmowa z dr n. farm. Andrzejem Pokrywką
7 października 2021 Krzysztof Brągiel Zdrowie

Czy amatorzy biegania stosują nielegalny doping? – rozmowa z dr n. farm. Andrzejem Pokrywką


Czy można zażyć substancję dopingującą nieświadomie? W jaki sposób nieuczciwi sportowcy próbują oszukać system? Na które suplementy diety uważać, aby nie narazić się na nieprzyjemności podczas kontroli antydopingowej? Czyja wpadka najbardziej przysłużyła się w walce z oszustami? Kto powinien zostać oczyszczony z zarzutów? Dlaczego amatorzy są bardziej narażeni na doping, niż zawodowcy? Zapraszamy na rozmowę z dr Andrzejem Pokrywką, czołowym polskim ekspertem ds. antydopingu.


Można stworzyć mapę dyscyplin sportowych, które są bardziej podatne na doping i takich, gdzie to zjawisko występuje w marginalnym stopniu?

Taka mapa funkcjonuje. Powstaje np. na bazie danych publikowanych corocznie przez Światową Agencję Antydopingową. Wyłaniają się tutaj sporty, w których odsetek pozytywnych wyników badań antydopingowych jest wyższy, niż w innych. Natomiast czy to rzeczywiście odzwierciedla skalę problemu? Tutaj nie jestem optymistą. W wielu krajach bada się głównie piłkarzy, bo nie ma innych równie popularnych sportów. W takiej sytuacji pozostałe grupy sportowców nie są objęte kontrolą.

W mediach dużo mówi się zwłaszcza o dopingu w lekkiej atletyce czy kolarstwie, więc z punktu widzenia kibica, to są dyscypliny, gdzie problem jest najczęstszy. Tak rzeczywiście jest?

Czytałem kiedyś bardzo ciekawą pracę naukową, która podejmowała tematykę dopingu w oparciu o przekaz medialny. Przenalizowano doniesienia medialne na temat dopingu w okresie dwóch lat. Wzięto pod uwagę dwa wiodące dzienniki, Przegląd Sportowy i Gazetę Wyborczą. Co się okazało? Większość z publikowanych informacji dotyczyła trzech sportów, tj. narciarstwa biegowego, lekkiej atletyki i kolarstwa. Gdy zestawiłem te trzy najbardziej obecne w mediach dyscypliny w kontekście dopingu, ze statystykami Światowej Agencji Antydopingowej, okazało się, że to wcale nie w tych eksponowanych medialnie sportach był największy problem. To jest rzecz, na którą uczulam swoich studentów. W Polsce w kwestii wiedzy nt. dopingu funkcjonujemy odwrotnie do powiedzenia: „Jak cię widzą, tak cię piszą”, czyli: „Jak cię piszą, tak cię widzą”. Kształtujemy sobie obraz dopingu w oparciu o doniesienia medialne, a te nie zawsze w rzetelny sposób przedstawiają problem wspomagania farmakologicznego.

Abstrahując od doniesień medialnych, ale konkretne dyscypliny sportowe – takie jak wspomniana przez pana lekkoatletyka – jako, że bazują na wydolności i sile organizmu, powinny częściej stykać się ze zjawiskiem dopingu, niż inne. Ciężko jest mi sobie wyobrazić doping w curlingu…

Akurat w Pjongczangu (podczas zimowych IO w roku 2018 – red.) jeden z pierwszych przypadków dopingu odnotowano właśnie w curlingu i dotyczył brązowego medalisty, któremu ostatecznie medal odebrano. Wiele lat temu mówiło się o ogromnym problemie dopingu wśród francuskich szachistów. Później okazało się, że przebadano dwóch zawodników i akurat jeden miał pozytywny wynik. Jako anegdotę, choć autentyczną, mogę podać też historię sprzed kilkunastu lat, kiedy wg oficjalnych danych statystycznych najbardziej dopingową dyscypliną było wędkarstwo rzutowe, gdzie odnotowano ponad 20 procent pozytywnych wyników kontroli dopingu. Inna sprawa, że przebadana grupa mogła być nie do końca reprezentatywna. Pozostaje jeszcze pytanie na ile było to celowe wspomaganie, a na ile wynikające z nieznajomości przepisów. Od lat zajmuję się dopingiem nieświadomym i tych możliwości niecelowego złamania zasad jest coraz więcej.

doping

Sportowcy często tłumaczą się nieświadomością. Dla kibiców, niektóre „wymówki” mogą brzmieć zabawnie. Jakiś czas temu amerykańska biegaczka Shelby Houlihan tłumaczyła wykrycie w swoim ciele nandrolonu, mięsem wieprzowym ukrytym w burrito…

Zgadza się, że przypadków, kiedy sportowiec przyzna się do świadomego stosowania dopingu, jest niewiele. Jeżeli już ktoś taki się znajdzie, to częściej kieruje nim możliwość złagodzenia kary. My sportowców od dawna uczulamy na pewne kwestie. Już od igrzysk w Pekinie jak mantrę powtarzamy – wyjazd sportowy, to nie jest wyjazd kulinarny. Należy ograniczyć się do spożywania posiłków wyłącznie w stołówkach przygotowanych przez organizatora danej imprezy. O tym, że od kilkudziesięciu lat nieuczciwi producenci bydła, drobiu faszerują zwierzęta środkami anabolicznymi – powszechnie wiadomo. Powstaje pytanie, na ile ktoś ma świadomość, co go może czekać, jeśli spożywa steki. Inna rzecz, którą sportowiec powinien mieć z tyłu głowy to suplementy diety. Od ponad dwudziestu lat mamy problem z zanieczyszczeniem lub zafałszowaniem produktów z tej grupy, środkami dopingującymi. I co? Sportowcy znają ryzyko, a w zależności od uprawianej dyscypliny nawet 100 procent badanych zawodników regularnie stosuje takie produkty. Przy ewentualnym stwierdzeniu obecności środków dopingujących w organizmie sportowca, jak traktować takie przypadki? Jako doping nieświadomy, czy świadome podejmowanie ryzyka? Dzisiaj to już nie jest takie oczywiste.

W takim razie co z popularnymi, chociażby wśród biegaczy amatorów, suplementami – izotonikami, l-karnityną, carbo, aminokwasami? Powinno się przy każdym takim zakupie drobiazgowo czytać skład i zestawiać z listą substancji niedozwolonych?

To są produkty, z którymi akurat nie było póki co większych problemów, jeśli chodzi o skład jakościowy. Można też do tej grupy dołączyć żele energetyczne. Trudno wyobrazić sobie, aby sportowcy rezygnowali ze stosowania np. izotoników. Nie ma więc potrzeby, żeby obawiać się tego typu produktów, zwłaszcza gdy pochodzą od znanych producentów, istniejących od lat na rynku, działających w obszarze sportu. Chociaż nigdy nie zaszkodzi przeczytać skład. Z punktu widzenia biegaczy najbardziej niebezpieczne wydają się przedtreningówki. Niejednokrotnie stwierdzano w nich obecność składników niedeklarowanych przez producenta.

A jeśli chodzi o zwykłą dietę, czy jeśli przed zawodami zjemy makowca, to możemy mieć z tego powodu nieprzyjemności podczas kontroli antydopingowej?

Teoretycznie tak, praktycznie nie. Polska ustawa o przeciwdziałaniu narkomani jasno mówi, że na potrzeby przemysłu spożywczego, można uprawiać mak. Chodzi jednak o określone gatunki, tzw. bezmorfinowe. Natomiast sami robiliśmy kiedyś badanie, porównując mak certyfikowany, kupiony w sklepie z makiem nieznanego pochodzenia, kupionym na przysłowiowym bazarku. Ochotnicy, którzy spożyli mak z bazarku, mieli kilkanaście razy większe stężenie morfiny w moczu, niż badani, którzy spożyli mak ze sklepu. Przed igrzyskami w Rio mieliśmy nawet kilka takich przypadków w Polsce, kiedy to sportowcy musieli mocno się napocić, aby udowodnić, że morfina w ich organizmie to efekt spożycia produktów makowych.

doping

Na igrzyska do Tokio nie poleciała najlepsza amerykańska sprinterka Sha’Carri Richardson, ponieważ zapaliła jointa. Dlaczego marihuana jest substancją zabronioną? Nie wydaje się, żeby poprawiała wydolność…

Nie ma tutaj prostej odpowiedzi. Amerykanie aktualnie toczą ostrą walkę o wyrzucenie preparatów z cannabis z listy substancji i metod zabronionych. Trzeba tutaj cofnąć się do dalekiej historii, kiedy marihuana i haszysz były zabronione przez Komisję Medyczną MKOl-u. Wówczas jasno zaznaczano, że jest to efekt wspomagania Światowej Organizacji Zdrowia w walce z narkomanią. Pamiętajmy, że aby uznać jakąś substancję za doping, musi ona spełnić dwa z trzech kryteriów: wpływa lub może wpływać na wynik sportowy, wpływa lub może wpływać niekorzystnie na zdrowie sportowca, jest niezgodna z duchem sportu. No więc, co jest niezgodne z duchem sportu? Najlepiej, jeśli wypowiedzieliby się etycy. Czy kanabinoidy mogą pomagać w uzyskaniu lepszego wyniku? W sportach ekstremalnych, gdzie po zapaleniu jointa, człowiek pozwala sobie na większe ryzyko – pewnie tak. Wracając do sprawy Richardson można powiedzieć, że światowe władze już zrobiły krok w tył. Tetrahydrokanabinol zaliczono do specyficznej grupy substancji dopingujących, tzw. substancji nadużywanych. Wiąże się to z tym, że jeśli sportowiec udowodni, że użył np. ekstazy bądź THC do innych celów, niż poprawa wyników sportowych, może otrzymać niższą karę.

Co jest dzisiaj na topie, jeśli chodzi o doping farmakologiczny? Kiedyś głośno było w mediach o EPO.

To, że coś jest szeroko stosowane, nie zawsze przekłada się na pozytywne wyniki badań antydopingowych. Identyfikacja niektórych substancji jest trudna. Czasami jest niemożliwe bezpośrednie udowodnienie zastosowania konkretnych środków, bo szybko się metabolizują i wydalają z organizmu. Tak naprawdę, nierzadko trzeba wręcz prowadzenia czynności operacyjno-śledczych, aby kogoś przyłapać na gorącym uczynku. Natomiast, oczywiście, portfolio identyfikowanych substancji zabronionych w sportach wytrzymałościowych, jest w miarę stałe i znane. Rzeczywiście jest to m.in. erytropoetyna i jej pochodne. Z kolei w sportach siłowych można wyróżnić środki o działaniu anabolicznym, przede wszystkim steroidy anaboliczno-androgenne, klenbuterol czy hormon wzrostu. To jest tak zwany twardy doping, nikt nie powie o tych środkach, że nie działają i nie wywołują pożądanych przez dopingowiczów efektów.

Powiedział pan o tym, że identyfikacja niektórych substancji jest trudna. Sportowcy są dzisiaj aż tak sprytni i często wymykają się systemowi?

Na pewno potrafią kombinować. Zmienili np. metody stosowania danych środków. Kiedyś przyjmowano dawki suprafarmakologiczne, ale rzadziej. Dziś popularne stało się na mikrodozowanie, ale z małymi przerwami pomiędzy kolejnymi dawkami. Można czasami w taki sposób oszukać kontrolę. Jednak dzięki paszportom biologicznym, mamy dzisiaj skuteczne narzędzie, żeby długofalowo obserwować zawodników. To nie jest tak, że dzisiaj analitycy tylko gonią króliczka. W wielu przypadkach są oni o krok z przodu. Wiele lat temu Światowa Agencja Antydopingowa podpisała umowę o współpracy z wiodącymi koncernami farmaceutycznymi, które dzielą się wiedzą na temat substancji, które są dopiero opracowywane, jako potencjalne środki lecznicze. WADA przekazuje tę wiedzę laboratoriom, które opracowują stosowne metody identyfikacji tych związków w próbkach biologicznych a następnie monitorują ich wykorzystywanie przez sportowców. Tę współpracę dobrze pokazuje przypadek tzw. exercise pills. Stosowanie tzw. pigułek wysiłku, dało bardzo obiecujące efekty w badaniach na modelach zwierzęcych. Upraszczając, u myszek parametry wydolnościowe i masa mięśniowa poprawiały się, pomimo braku treningu. Jednak ostatecznie te substancje nie weszły do świata medycyny, bo w trakcie badań przedklinicznych stwierdzono szereg działań niepożądanych. Pojawiły się natomiast na czarnym rynku i były reklamowane jako niewykrywalne. Zakładano, że skoro związki te fizycznie nie ujrzały światła dziennego w postaci produktów leczniczych, to służby walczące z dopingiem też nie będą miały pojęcia o ich istnieniu. Tymczasem laboratoria były przygotowane. Sportowcy powpadali.

doping

Cały czas mówimy o sportowej elicie, która podlega permanentnej kontroli. A co z dopingiem w świecie amatorów?

Od dawna powtarzam, że problem dopingu tak naprawdę najmniej dotyka sportu profesjonalnego. Zawodowcy są nadzorowani, podlegają regularnym kontrolom, a jeśli już stosują doping, rzadko kiedy doprowadzają swój organizm do wyniszczenia. W piśmiennictwie naukowym można znaleźć liczne dowody na stosowanie dopingu w populacji sportowców amatorów. W 2010 roku Komisja do Zwalczania Dopingu w Sporcie zapytała uczestników Maratonu Warszawskiego, czy rozważali kiedykolwiek zażycie środków dopingujących. 95 procent odpowiedziało, że absolutnie nie, jednocześnie połowa badanych była przekonana, że inni uczestnicy maratonu są pod wpływem dopingu. Warto podkreślić, że problem wspomagania farmakologicznego nie dotyczy wyłącznie sportowców. Znane są prace opisujące nadużywanie różnych środków w populacji studentów, lekarzy czy nawet muzyków filharmonii. Od lat w wielu krajach funkcjonuje pojęcie „doping w miejscu pracy”, a badaniom antydopingowym poddawani są pracownicy zawodów zupełnie niezwiązanych ze sportem.

Zarzucić komuś doping można w ciągu chwili, ale już konsekwencje takiego niepotwierdzonego podejrzenia mogą być dla zawodnika miażdżące i ciągnąć się latami. Pamięta pan sportowca, któremu niesłusznie przepięto łatkę dopingowicza?

Z naszego podwórka, taką osobą jest na przykład olimpijczyk Adam Seroczyński, który podczas igrzysk w Pekinie miał pozytywny wynik kontroli dopingu na obecność klenbuterolu. Powszechnie było wiadomo, że w niektórych krajach, w tym w Chinach, jest problem z tuczeniem zwierząt klenbuterolem. Jednak Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie odrzucił apelację zawodnika, argumentując, że skoro podczas igrzysk tylko u Seroczyńskiego wykryto klenbuterol, wskazuje to na świadome działanie. Choć zaznaczono, że nie można też wykluczać, że substancja pochodziła z mięsa. W każdym razie – dyskwalifikację utrzymano. Tymczasem, cztery lata temu niemiecka stacja ARD, a konkretnie słynny dziennikarz śledczy Hajo Seppelt dotarł do tajnego dokumentu MKOl-u. Wynikało z niego, że po powtórnej analizie części próbek pobranych od sportowców podczas igrzysk w Pekinie, takich przypadków z klenbuterolem było dużo więcej. Ale ponieważ część z nich dotyczyła jamajskich lekkoatletów, MKOl bojąc się afery, utajnił wyniki. Mamy więc dowody potwierdzające, że tłumaczenie Adama Seroczyńskiego było prawdziwe, ale do dzisiaj formalnie nie oczyszczono naszego kajakarza z zarzutów o stosowanie dopingu i nie uznano wyniku, który osiągnął podczas olimpijskiej rywalizacji. Bardzo mnie boli, że ta sprawa nadal nie doczekała się stosownej reakcji Światowej Agencji Antydopingowej czy MKOl-u.

Na drugiej szali są dopingowicze z krwi i kości. Wśród aktualnie biegających etykietę jednego z najbardziej zuchwałych ma chociażby Justin Gatlin. Kogoś dodałby mu pan do towarzystwa?

Moją uwagę zwracają szczególnie te przypadki, które miały istotny wkład w zmiany sytemu antydopingowego. Przypadek Gatlina specjalnie niczego nie zmienił. Dużo ciekawsza jest historia Bena Johnsona, którego przypadek okazał się milowym krokiem w walce z dopingiem. Sentencje z jego wyroku, bo zawodnikowi wytoczono w Kanadzie proces za oszustwo związane z dopingiem, były w niektórych krajach wykorzystywane dla tworzenia reguł antydopingowych. Chodziło chociażby o zasadę, że jeśli trenujesz, korzystając z publicznych pieniędzy, to oszustwo polegające na stosowaniu zabronionych środków farmakologicznych się nie przedawnia. Lance Armstrong poległ właśnie w związku z tym przepisem. Jako, że jeździł w grupie US Postal i korzystał z publicznych pieniędzy, to z przewinień został rozliczony pomimo upływu wielu lat.

pokrywka6

W jednych z wywiadów wspominał pan Alfonsa Bukowskiego, który ponad sto lat temu był pionierem badań antydopingowych. Dziś prezydentem WADA jest Witold Bańka. Czy to wszystko oznacza, że Polska jest liderem, jeśli chodzi o walkę z dopingiem?

W zarządzie Światowej Agencji Antydopingowej jest jeszcze pan Andrzej Kraśnicki. Z kolei dyrektor POLADA, pan Michał Rynkowski, ostatnio wspólnie z innymi członkami Rady Europy, prowadził np. ewaluację systemu antydopingowego w Rosji. Ale czy jesteśmy faktycznym liderem? Chciałbym, żeby tak było. Na pewno system antydopingowy, który działa w Polsce, przede wszystkim w oparciu o reguły prawne związane z uchwalenie ustawy o zwalczaniu dopingu w sporcie, jest dziś przedstawiany w świecie jako wzorcowy. A pamiętam czasy, kiedy polskich analityków, pracujących wówczas w nieakredytowanym przez MKOl Zakładzie Badań Antydopingowych Instytutu Sportu, traktowano jako badaczy drugiej kategorii. Wyniki polskich analiz często były kwestionowane przez międzynarodowe federacje sportowe. Dziś jest to nie do pomyślenia.

Raczej nie jesteśmy liderem, jeśli chodzi o stosowanie dopingu. Rzadko słyszy się o polskich wpadkach, w przeciwieństwie do zawodników z Rosji, USA, czy biegaczy z Afryki…

Nie chcę powiedzieć, że nas nie stać na doping, ale dzisiaj naprawdę nie jest łatwo oszukać system. I nie chodzi mi jedynie o spryt w pozyskiwaniu nowych substancji czy unikanie kontroli, a bardziej o ogromne zaplecze finansowe i merytoryczne z tym związane. Pamiętam jak podczas spotkania z okazji XXX-lecia systemu antydopingowego w Polsce, Pan Tomasz Majewski wypowiedział bardzo ważne zdanie, które warto przywołać: „Polska jest beneficjentem walki z dopingiem”. W wielu dyscyplinach sportu jesteśmy w stanie rywalizować ze światem, tylko dlatego, że proceder dopingu faktycznie został ukrócony.

Andrzej Pokrywka

Dr Andrzej Pokrywka, pracownik Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, konsultant naukowy POLADA. Na stałe współpracuje z Centralnym Ośrodkiem Medycyny Sportowej w Warszawie, w którym jest głównym ekspertem ds. antydopingu.

Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.