Adrian Przybyła: Chcę przebiec maraton tylko raz w życiu
6 października 2021 Krzysztof Brągiel Lifestyle

Adrian Przybyła: Chcę przebiec maraton tylko raz w życiu


Jeszcze trzy lata temu ważył 95 kg i nie widział sensu życia. Dziś biega 15 minut na 5 kilometrów, a w półmaratonie rozmienia 1:10. Adrian Przybyła rzucił kiedyś bieganie dla tenisa stołowego, ale biegowa pasja upomniała się o siebie w newralgicznym momencie jego życia. Dlaczego rozbiegania robi po 5:22/km? Jak zareagował, gdy dowiedział się, że syn choruje na Zespół Downa? Co łączy go z Marcinem Lewandowskim? Zapraszamy na rozmowę z ambitnym amatorem z Iławy, który dzieli ciężki trening z życiem męża, ojca i nauczyciela.


Jako nastolatek postanowiłeś porzucić bieganie na rzecz tenisa stołowego. Jak tak można? (śmiech)

To było na kolonii. Pierwszy raz wziąłem rakietkę do ręki i od razu wygrałem turniej. Wróciłem do Iławy i poszedłem na trening sekcji tenisa stołowego. Dostałem do stołu trzecioligowca, z którym przegrałem zaledwie 2:3 w setach. Było wielkie wow. Rzuciłem bieganie. Pamiętam, że mój trener Paweł Hofman strasznie ubolewał, że marnuję wielki talent. W każdym razie poszedłem w tenisa stołowego na maksa. Zawsze tak było, że za cokolwiek się brałem, robiłem na maksa. Udało się dojść do mistrzostwa Polski szkół średnich budowlanych w drużynówce. Później wszystko się w Iławie posypało, jeśli chodzi o tenis stołowy. Poszedłem na studia. Sport zszedł na drugi plan.

Rozumiem, że potem przyszła proza życia – studia, praca. Jeszcze 3 lata temu ważyłeś ponad 90 kg. Jak to się stało, że jednak wróciłeś do biegania?

Przełom nastąpił w kwietniu 2018 roku. Wszedłem na wagę, wyskoczyło 95 kg, przy wzroście 182 cm. Zorientowałem się, że jest źle. W ogóle nie układało mi się w życiu. Byłem po 7 letnim związku, który skończył się tym, że narzeczona zdradziła mnie na kilka miesięcy przed ślubem. Pewnie byłem w depresji, choć żaden lekarz tego nie stwierdził. Zacząłem biegać. Trochę, żeby sobie ulżyć, trochę, żeby schudnąć.

Z jakiego poziomu startowałeś? 

Pamiętam swój pierwszy sprawdzian na 5 kilometrów, na żużlu. Złapałem 22 minuty z kawałkiem. Miałem Endomondo, opaskę na ramieniu i w niej telefon. O zegarku z funkcją gps nawet wtenczas nie słyszałem. To było po 2-3 miesiącach regularnego biegania. Później były już zawody, Iławska Piątka, gdzie pobiegłem 18:59. Tam spotkałem drużynę Team Kopeć, która wygrała klasyfikację drużynową. Napisałem do Wojtka Kopcia, że chcę u niego trenować. Do dzisiaj jest moim trenerem i to się prędko nie zmieni.

Jak to się robi, żeby od zera w zaledwie 3 lata zejść do 15 minut na 5 km, czy 1:09 w półmaratonie?

To był stopniowy postęp. Samodzielnie robiłem 3-4 rozbiegania w tygodniu, bez jakichś akcentów. Nie miałem pojęcia o drugim zakresie, podbiegach, rytmach czy innych bodźcach treningowych. Wszystkiego uczyłem się od Wojtka. Startowaliśmy od 5 biegowych treningów w tygodniu, weszliśmy na 6, potem 7. W tym roku między lutym a sierpniem trenowałem już dwa razy dziennie. Policzyliśmy z żoną, że poświęcałem na sprawy związane z bieganiem 4 godziny dziennie. Chodziło nie tylko o same treningi biegowe, ale też ćwiczenia, kwestie związane z dietą, przygotowywanie posiłków, zabiegi regeneracyjne… Od stycznia znowu wejdę w ten rytm. Rozbiegania biegam wolno, od tempa 5:00/km w górę. Ostatnio zrobiłem piętnastkę po 5:22. Uważam, że widełki w zakresie 4:00 – 5:00 śr. na km nic mi nie dają. Szybsze rozbiegania mogą tylko zaszkodzić, gdy będę chciał robić mocne jednostki. Dzięki takiemu podejściu jestem zawsze wypoczęty, gdy trzeba się ,,zmęczyć”.

Adrian Przybyła

W wakacje bodajże na miesiąc wyjechałeś do Szklarskiej. Jak pogodziłeś to z normalnym życiem amatora, męża, ojca? 

Dokładnie na 23 dni. Z zawodu jestem nauczycielem wuefu, więc fajnie mi to współgra z bieganiem. Wykorzystuję wszelkie przerwy – ferie zimowe, wakacje, żeby jak najwięcej zrobić w tym czasie treningowo. Pojechaliśmy do Szklarskiej całą rodziną. Żona też biega. Nasz synek jest niepełnosprawny, więc przy okazji mógł pooddychać górskim powietrzem, a poza tym, miał wykupioną na miejscu rehabilitację.

A na co dzień, gdy nie ma wakacji, jak wkomponowujesz bieganie w plan dnia?

Nie tracę czasu na głupoty. Wstaję po 5, jem bułkę z miodem, albo banana i idę na pierwszy trening. Mimo, że wstaję wcześnie, to snu nie zaniedbuję. Staram się spać po 7-8 godzin, a przed zawodami jeszcze dłużej. Wolę nie mieć dla siebie wolnej chwili w ciągu dnia, niż oszczędzać na śnie, który uważam, za najważniejszą regenerację.

W tym roku notujesz szczególnie duży progres, ale widzę, że równocześnie bawisz się bieganiem. Ciekawe zawody zaliczyłeś w czerwcu w Elblągu. Najpierw wygrałeś na dychę, a potem na piątkę, czy na odwrót?

Najpierw była dyszka, gdzie wygrałem z Andrzejem Rogiewiczem, który wracał do sił po kontuzji. Półtorej godziny przerwy i wygrałem jeszcze na piątkę. Tam już nie było tak mocnej obsady.

Fajne zdjęcie opublikowałeś na Facebooku z 10 kilometrów w Lubawie, gdzie nadajesz tempo Kenijczykowi…

Nie dość, że mu rozprowadzałem, to jeszcze mnie popędzał: „Go, go, go!” (śmiech). Zmienił mnie na 4 kilometrze i potem już całkiem uciekł. Ale po drodze trójkę złapałem sobie bodajże w 9:05, gdzie życiówkę miałem 9:18…

W ostatni weekend września pobiegłeś 14:29 na 5 km w Gostyninie, ale tam zdaje się, że trasa była niedomierzona. Jaki wynik na piątkę uważasz aktualnie za swoją życiówkę?

Zabrakło 160 metrów. Zadeklarowałem na Facebooku, że mój cel na przyszły rok to 14:29, ale na atestowanej piątce. W tej chwili za życiówkę mogę uznać 15:07 z piątki w Różanie. Atestu oficjalnego tam nie ma, ale wiem, że trasa jest dokładnie zmierzona kółkiem.

Duży przeskok zaliczyłeś też w półmaratonie, 5 minut w ciągu roku?

Rok temu zrobiłem w Sochaczewie 1:14:25. W tym roku na ateście w Iławie 1:09:36.

Adrian Przybyła

Ile udało się stracić z 95 kg, od których zaczynałeś?

Dzisiaj po porannym treningu 64.8 kg. Pozbyłem się zbędnego balastu. To było dodatkowe 30 kg, które wprowadzało we mnie brak pewności siebie i brak sensu życia. Nie chcę już nigdy do tego wrócić.

Duży nacisk kładziesz na regenerację – igły, solanki, skarpety do drenażu limfatycznego. Profesjonalizacja pełną gębą. Jakie cele sobie stawiasz? Bo wygląda to wszystko jak u wyczynowców. 

Tak naprawdę wszystkie biegowe cele już osiągnąłem. Trzy lata temu moim marzeniem było biegać poniżej 17 minut na piątkę i łamać 35 minut na dychę. W tej chwili drugi zakres robię po 3:20-3:30 i już się nie mogę doczekać kolejnego. Będzie luźno, spokojnie i z uśmiechem. Aż boję dzisiaj podać konkretne wyniki, o których teraz marzę. Progres mnie zaskoczył. Cały czas czuję duży zapas prędkości.

Rzeczywistość przerosła oczekiwania…

Jak zaczynałem biegać miałem 27 lat i dawałem sobie czas do czterdziestki, żeby bawić się w wyczynowca. To nadal aktualne. Powiedziałem trenerowi, że do moich 40 urodzin będę jego zawodnikiem, a później potraktuję bieganie bardziej rekreacyjnie. Pytałeś wcześniej o regenerację. Ja nie mogę się rozsypać, bo nie wyobrażam sobie życia bez biegania. Chcę biegać na najwyższym poziomie przez kolejne lata, a do tego niezbędne jest odpowiednie dbanie o siebie, zabiegi, jedzenie bardzo dobrej jakości i cała reszta.

W dalszej perspektywie maraton?

W ogóle mnie ten dystans nie interesuje. Chcę przebiec maraton tylko raz w życiu. Zrobię to dla mojego synka z Zespołem Downa. Plan jest taki, że wystartujemy razem, będę pchał wózek. Julian waży 10 kg, wózek 11 kg, celuję w wynik poniżej 3 godzin… O szczegółach, gdzie i kiedy odbędzie się nasza próba, będę informował na Facebooku. To ma być prezent dla syna, coś wyjątkowego. Mój pierwszy i ostatni maraton w życiu.

Adrian Przybyła

Trudno było się pogodzić z chorobą Juliana?

To był proces. Pierwsze niepokojące informacje dotyczące zdrowia dziecka pojawiły się dopiero na 3 tygodnie przed terminem porodu. Na wizycie kontrolnej lekarz powiedział, że brakuje wód płodowych i musimy pilnie jechać do Szpitala Wojewódzkiego w Olsztynie. Następnego dnia wieczorem żona urodziła. Cieszyliśmy się. Zawsze marzyłem o synu. Po tygodniu odebrałem w pracy telefon od zapłakanej Agnieszki. Rzuciłem wszystko i pojechałem do szpitala. Zobaczyłem ją w stanie, którego nigdy nie chciałbym widzieć u kobiety mojego życia. Przez łzy, ale jakoś zdołała powiedzieć, że Julian ma Zespół Downa. Zacząłem „rzucać mięsem”, chciałem rozwalić szpital. Wpadłem w furię. Zostaliśmy objęci pomocą psychologiczną, ale słabo to wyglądało. Psycholożka wprawiała mnie tylko w większy szał. Nikt nie był w stanie nam pomóc.

Jak długo trwał ten stan?

Kilka miesięcy. Nieraz było tak, że w szale i ze łzami w oczach musiałem zrobić sto pompek. Wyżywałem się na treningach. Bieganie bardzo pomagało. Julian urodził się w lutym 2020 roku, a w marcu ogłoszono pierwszy lockdown. Miałem wielkie marzenia, że będzie super biegał, że pobije moje życiówki, nie popełni tych samych błędów… Ale ja i tak go zarażę aktywnością fizyczną, czy to rowerem, czy pływaniem. Wiem, że rozwój psychofizyczny będzie miał wolniejszy od innych. Z tym się rodzi 1 na 900 dzieci. Zrobiliśmy nawet z żoną specjalne badania, bo lubię wszystko wiedzieć. Nie mieliśmy na to wpływu. To był przypadek, że jeden chromosom się nie połączył.

Możesz o sobie dzisiaj powiedzieć, że jesteś pogodzony z tą sytuacją?

Tak miało być. Wierzę, że nic się nie dzieje przypadkiem. Julian ma już 19 miesięcy. Robi się coraz większy, coraz cwańszy, zaraz zacznie nam biegać… Myślę, że jestem pogodzony.

Wspomniałeś o pandemii, która zbiegła się z narodzinami dziecka, ale też z Twoim powrotem do biegania. W mediach społecznościowych głośno mówisz o bezpodstawności różnorakich obostrzeń i restrykcji… 

Po prostu lubię w życiu polegać na faktach. Jeśli kolejni prawnicy uważali, że wprowadzane obostrzenia są nielegalne, to dlaczego miałem rezygnować z biegania? Kiedy zamknięto lasy, na treningi zabierałem konstytucję. 1 kwietnia, podczas pierwszego lockdownu, policja zajechała mi drogę, gdy próbowałem wbiec do lasu. Wytłumaczyłem im, że jestem biegaczem i realizuję niezbędną życiową potrzebę. Policjanci nawet mnie pochwalili i powiedzieli, że jestem świetnie zapoznany z regulacjami. Wmawia się w mediach, że takie osoby jak ja są niebezpieczne. Nie podoba mi się to, jest mi przykro, gdy słyszę takie rzeczy. Wyklucza się ludzi, segreguje. Półmaraton w Poznaniu ma być tylko dla zaszczepionych, bo pozostali są traktowani, jako niebezpieczni i nieodpowiedzialni. 8 lat byłem ratownikiem wodnym, uratowałem życie dwóm osobom. Procedury medyczne były takie, że moje bezpieczeństwo jest na pierwszym miejscu, a dopiero na drugim innego człowieka. Żadna ustawa nie może mi odebrać naturalnego prawa, aby swoje bezpieczeństwo stawiać na pierwszym miejscu.

To na koniec bardziej pozytywny temat. Run Goku Team – tak nazywa się Twoja biegowa drużyna. Nie trudno wywnioskować, że jesteś fanem Dragon Balla…

Jestem rocznik 91 i wychowałem się na tym anime. Pamiętam, że ludzie uciekali z lekcji, pustoszały podwórka. Był szał.

Wiesz, że podobną zajawkę ma Marcin Lewandowski?

Wiem o tym! Ma wytatuowanego Vegetę na prawym ramieniu. Marzę o tym, żeby kiedyś spotkać się z panem Marcinem.

Też masz jakiś Dragon Ballowy tatuaż?

Mam Songa. Każdy kto oglądał te anime, wie, że Songo dużo spał, dobrze jadł, ale też bardzo ciężko trenował. Songo to jestem ja. Chciałbym mieć takie przezwisko, ale głupio nadać je sobie samemu. W szkole mówiono na mnie „Zając”. Kiedy biegaliśmy na wuefie, wszystkim uciekałem.

Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.