Nie dokręcam pod blokiem
7 stycznia 2021 Krzysztof Brągiel Lifestyle

Nie dokręcam pod blokiem


Zanim został trenerem biegania, handlował bułkami. Zanim zdobył uprawnienia trenera lekkiej atletyki, ukończył technikum, jako mechanik samochodowy. Biega od ponad 20 lat i mentalnością bliżej mu do biegaczy sprzed boomu. Z Jackiem Sobasem porozmawialiśmy o dokręcaniu pod blokiem do pełnej dychy, pierwszych biegowych butach kupionych na straganie, sprinterskiej stopie, poziomie biegów górskich, a przede wszystkim – o frajdzie z biegania. 


Krzysztof Brągiel (Bieganie.pl): Poznaliśmy się w zupełnie innych czasach. Kiedyś do takich dzieciaków jak my, którzy przemierzali chodniki, ubrani w rajtuzy, rzucało się czym popadnie – na szczęście najczęściej wyzwiskami. Dziś widok chłopa w legginsach nikogo szczególnie nie dziwi. Jeszcze 20 lat temu nikt też nie myślał, że będzie można zarabiać na trenowaniu biegaczy amatorów. Tymczasem teraz bycie trenerem biegania pozwala się normalnie utrzymać. Trochę się pozmieniało, co? 

Jacek Sobas: Tak, przecież jak byliśmy dzieciakami, to nasz trener Jan Bułkowski był bardziej społecznikiem. Przede wszystkim pracował w szkole, dorabiał SKS-ami, a w klubie zarabiał grosze. I jeszcze te grosze w dużej części wydawał na zawodników.

KB: Twoja droga do bycia trenerem jest nieoczywista i trochę pokręcona. Po podstawówce poszedłeś do Zespołu Szkół Żeglugi Śródlądowej w Koźlu… No nijak to się ma z pracą trenerską (śmiech). 

JS: W Żegludze spędziłem sześć lat. Pierwsze trzy byłem w szkole zawodowej, a kolejne w technikum uzupełniającym.

KB: Kim jesteś z zawodu? 

JS: Mechanikiem pojazdów samochodowych (śmiech). Ale tak naprawdę ta branża nigdy mnie nie interesowała. Do dziś nie mam ani prawa jazdy, ani samochodu. Po prostu po podstawówce trzeba było wybrać jakąś szkołę, padło na Żeglugę.

KB: Po technikum postanowiłeś jednak bardziej powiązać edukację ze sportem. Najpierw studiowałeś wychowanie fizyczne w szkole w Raciborzu, to się chyba nazywało PWSZ?

JS: Tak, na rok trafiłem do Raciborza, ale tam totalnie się nie odnalazłem. Nie mieli żadnej sekcji lekkoatletycznej, nie było zawodów akademickich… Rok się przemęczyłem i przeszedłem do Opola. Tutaj AZS działał prężnie, jeździliśmy na akademickie mistrzostwa Polski, bardzo dobrze się tam czułem i też odnalazłem, jako zawodnik.

KB: O Twoich studenckich wynikach jeszcze porozmawiamy, bo życiówki rzeczywiście zacząłeś kręcić fajne. Ale co do samej nauki – kończyłeś studia z konkretną specjalizacją?

JS: Licencjat to było wychowanie fizyczne, czyli można powiedzieć – praca w szkole. Na magisterce miałem już z kolei specjalizację – trener lekkiej atletyki. Byłem na roku z Marcinem Świercem czy Michałem Gąsiorskim, także towarzystwo miałem naprawdę biegowe.

KB: Marcin dobrze się uczył? 

JS: Świercu to był kujon (śmiech). Zawsze był świetnie przygotowany. Ale mogę powiedzieć, że na specjalizacji trenerskiej też sobie radziłem nieźle, nawet bez jakiejś wielkiej nauki. Dużo informacji czerpałem z własnego doświadczenia. Teoria z książek to jedno, ale najwięcej uczy życie.

jacek sobas

KB: Ok, skończyłeś studia z papierami trenera lekkiej atletyki w kieszeni i co dalej? Nie wiem jak to wygląda aktualnie, ale dekadę temu wyższe wykształcenie tak naprawdę nic nie gwarantowało, jeśli chodzi o rynek pracy. Jak to było u Ciebie? Mogłeś przebierać w ofertach? 

JS: Jak zaczynałem studia to pomysł był taki, żeby wrócić do rodzinnego Kędzierzyna i uczyć w szkole. Ale jak już zdałem ostatnie egzaminy i odebrałem dyplom okazało się, że etatów nie ma. Zacząłem szukać czegokolwiek i znalazłem w sklepie z pieczywem. Tam zarabiałem chyba 1200 złotych na rękę, pracując od poniedziałku do soboty. W pewnym momencie stwierdziłem, że rezygnuję z sobót, przez co pensja poleciała mi z 1200 na 1000… Ale potrzebowałem wolnego, bo postanowiłem założyć w Kędzierzynie „Biegam Bo Lubię”. To był chyba rok 2012 i cała akcja dopiero raczkowała. Wziąłem do pomocy Edka Rydzewskiego i prowadziliśmy cosobotnie, darmowe zajęcia biegowe.

KB: Jak długo trwała Twoja kariera sprzedawcy bułek? 

JS: Myślę, że dobre pół roku. Potem znalazłem ogłoszenie pracy w RunnersClubie we Wrocławiu, sklepie z rzeczami do biegania. Zadzwoniłem. Tydzień później mieszkałem i pracowałem już we Wrocku.

KB: W międzyczasie miałeś też pomysł, żeby pójść do policji. Dlaczego nie wypaliło? 

JS: To było zaraz po studiach. Egzamin zdawałem w Katowicach i jak większość ludzi nie przeszedłem Multiselect-u.

KB: A co to jest?

JS: Test psychologiczny.

KB: To jakie warunki trzeba spełnić, żeby go zdać? 

JS: Powiedzmy, że żeby zostać policjantem liczą się specyficzne cechy charakteru (śmiech). Po prostu bardziej trzeba wykonywać polecenia, niż myśleć samodzielnie. Są w internecie specjalne kursy, które tłumaczą jak przejść przez Multiselect. Sporo moich znajomych z roku też próbowało pójść do policji i poległo na tym teście.

KB: Wracając do RunnersClubu. Jak wspominasz tę pracę? Można powiedzieć, że doświadczenie w handlu miałeś, z tym, że zamiast pieczywa, trzeba było sprzedawać dużo droższe buty… 

JS: Dobrze wspominam. To była praca połączona z pasją. Cały czas miałem kontakt z biegaczami i to mi otworzyło furtkę do późniejszego prowadzenia zawodników. Na początku pomagałem z planami znajomym, później zgłosił się do mnie klub Pro Run Wrocław, żebym prowadził im treningi. Można powiedzieć, że byłem tam przede wszystkim człowiekiem od prowadzenia rozgrzewek, a ktoś inny rozpisywał plany. Ale krok po kroku, zacząłem działać jako trener. Najpierw koleżeńsko, później za parę groszy… Nie ukrywam, że początkowo wydawało mi się dziwne, że ktoś będzie mi za to płacił.

KB: Twoje początki w roli trenera pokrywają się z okresem boomu na bieganie w Polsce. Zaczęły masowo pojawiać się grupy treningowe, sklepy biegowe, rosła frekwencja na biegach… Można powiedzieć, że same zmiany na lepsze z perspektywy takiego zapalonego biegacza jak Ty. Ale może widzisz jakieś minusy tej mody na bieganie? 

JS: Kiedyś ludzie bardziej szanowali i doceniali sprzęt. Żeby kupić sobie buty trzeba było jechać na zawody i liczyć, że rozstawi się ze swoim obwoźnym straganem Bednarek. Teraz są biegowe sklepy stacjonarne, jest internet. Dzisiaj to, że masz dobry sprzęt do biegania to oczywista oczywistość. Kupujesz sobie co chcesz i kiedy chcesz. Kiedyś trzeba było się naprawdę postarać, żeby cokolwiek znaleźć.

KB: Pamiętasz swoje pierwsze buty do biegania? 

JS: Pamiętam jakieś Sprandi za pięć dych. Ale jeśli chodzi o buty biegowe z prawdziwego zdarzenia, to w 2003 roku kupiłem swoje pierwsze Asicsy. Biegałem w nich tak długo, aż się rozpadły.

KB: Gdzie je „upolowałeś”? 

JS: To było przy okazji biegu na 10 kilometrów w Głuchołazach. Przyjechał Bednarek i rozstawił się ze swoim stoiskiem. Pamiętam, że kupiłem je przed samym startem. Popatrzyłem na swoje stare Sprandi, potem na nowe Asicsy i stwierdziłem: „Nie no, nie będę biegł w starych”. Założyłem nówki sztuki i pobiegłem. Na mecie okazało się, że jest plama krwi na bucie, ale tak poza tym, biegło się wygodnie.

KB: To fakt w kwestii sprzętu zmieniło się dużo. A co z mentalnością biegaczy? Mam wrażenie, że kiedyś biegało się „na czuja”, a dzisiejsi biegacze są matematyczni. Monitorują wszystko – kilometry, tętno, kadencję, kalorie… 

JS: Faktycznie. Trochę brakuje w tym wszystkim luzu, swobody i takiej wolności. Teraz wszystko musi być wyliczone. Są amatorzy którzy mierzą sobie nawet zakwaszenie. Ja się jednak wywodzę z tej starej generacji, gdzie po prostu wychodziliśmy pobiegać i mieliśmy z tego frajdę. Nie interesowało mnie czy zrobiłem 9 i pół, czy 10 i pół kilometra. Jeśli już się coś kontrolowało, to żeby wyszło 50 minut swobodnego biegu. A teraz większość ludzi jak im GPS pokaże pod domem 9,90 km, to sto metrów dokręcają, żeby była pełna dycha.

KB: Mam uwierzyć, że Ty nie dokręcasz? (śmiech)

JS: Ja nie dokręcam pod blokiem (śmiech).

sobas bieganie

KB: Wspomniałeś o biegu ulicznym w Głuchołazach w 2003 roku. Z naszej biegowej paczki, byłeś pierwszą osobą, która zaczęła startować na ulicy. Pamiętam, że trochę z Ciebie żartowaliśmy, gdy z tych biegów przywoziłeś różne fanty. Dla nas to było dziwne, bo z zawodów klubowych  – przełajowych i na bieżni, jeśli już się coś przywoziło to dyplom i medal. 

JS: Rzeczywiście wygrywało się różne pierdółki. Raz to była walizka, innym razem magnetofon. Zresztą pamiętam, że magnetofon wygrałem na takim małym biegu w Baborowie i chyba byliśmy tam razem…

KB: Tak, za drugie miejsce dostałem radiobudzik. Wracając do Ciebie, to ulica w pewnym momencie stała się Twoją biegową odskocznią. Jednak jak poszedłeś na studia do Opola to wróciłeś do startów na bieżni i to z niezłym skutkiem. 1:54 na 800 m to już nie takie truchtanie. 

JS: Przekalkulowałem, że mam szansę na stypendium, o ile zrobię drugą klasę sportową. Przejrzałem tabele i stwierdziłem, że najłatwiej będzie na osiemsetkę. Trzeba było wtedy złamać 1:56. Udało się nabiegać 1:55 z hakiem pod koniec pierwszego roku i dostałem kasę. To było pewnie ze 3-4 stówki, ale zawsze jakiś grosz miesięcznie wpadał. Ja wtedy generalnie stałem finansowo dość cienko i czasami dorabiałem sobie, startując też na ulicy. Ale już bardziej przeliczałem, gdzie mi się opłaca jechać, żeby koszty dojazdu i ewentualna wygrana wyszły w najgorszym razie na zero.

KB: Zapas prędkości miałeś na pewno niezły. Niewielu czołowych polskich długasów pobiegło 800 w 1:54, czy 400 w 51.50 na 400. 

JS: Trzeba zaznaczyć, że ja na studiach bardzo często startowałem na osiemsetkę. Ale faktycznie, te 51.50 na 400 to już dość szybko jak na długodystansowca. Zwłaszcza, że jako junior głównie startowałem na 3000 i 5000 metrów. Uważałem się za wolnego zawodnika, bez predyspozycji szybkościowych. Byłem drobny, chudziutki, ale ostatecznie okazało się, że jakąś prędkość potrafię rozwinąć.

KB: Był w Kędzierzynie jeden trener, który dostrzegł Twój szybkościowy potencjał… Jak to było? Mówił, że masz sprinterską stopę? (śmiech)

JS: Trener Tarczyca (śmiech). Tak, twierdził, że 400 metrów to powinien być mój docelowy dystans i widziałby mnie w sztafecie na igrzyskach olimpijskich.

KB: Często w tamtym okresie wykorzystywałeś swój sprinterski finisz na biegach ulicznych?

JS: Zdecydowanie. Jak po studiach zacząłem więcej startować na ulicy to byłem znany z mocnej końcówki. Jeśli do 9 kilometra utrzymałem się w czołówce, to wiedziałem, że na finiszu sobie poradzę. Pamiętam jedne zawody w Namysłowie, gdzie Matner, Stajniak i Sobczyk już na starcie się zgadali, żeby początek ruszyć w trupa, bo jeśli zostawią mnie na końcówkę, to będą mieli ciężko. 

KB: Udała im się ta strategia? 

JS: Tak, ruszyli po 3:10 i po trzech kilometrach miałem dosyć.

KB: Piątki i dychy masz dobrze obiegane, a co z maratonem? Trochę miałeś z tym dystansem pod górkę póki co. 

JS: To jest chyba jedyny dystans, na którym wciąż czuję się niespełniony. Pierwszy maraton pobiegłem w Dębnie dopiero po 17 latach treningu i skończyło się tym, że zszedłem z trasy po 24 kilometrze. Potem trochę na wariata pobiegłem w Szczecinie, byłem trzeci z wynikiem 2:43. To był spontaniczny start, z decyzją praktycznie z dnia na dzień. Takim maratonem, do którego naprawdę byłem super przygotowany był Orlen w 2018 roku, gdzie pobiegłem życiówkę 2:32:14. Z tą różnicą, że tydzień wcześniej się zatrułem.

KB: Co zjadłeś?

JS: Pad Thaia.

KB: Ponawiam pytanie – co? (śmiech)

JS: Orzechy, makaron, jajko, krewetki. Może to w sumie przez krewetki się zatrułem. W każdym razie przez tydzień miałem problemy żołądkowe, mało jadłem, więc pojechałem do Warszawy z poczuciem, że maraton będzie kiepski. Na miejscu okazało się, że mamy też spotkanie FrontRunnerów Asicsa. Całą sobotę chodziliśmy po mieście, robiliśmy zdjęcia… Więc tym bardziej z tego 2:32 byłem zadowolony i uważam, że gdyby nie te wszystkie problemy to mogłem wtedy 2:28-2:29 polecieć. Na pewno chciałbym jeszcze raz pobiec maraton. Najfajniej byłoby wystartować w Kędzierzynie. Wypadałoby wreszcie wygrać u siebie, bo póki co tylko jeden mieszkaniec wygrał te zawody. Był to Edek Rydzewski.

KB: Wspomniałeś o FrontRrunnerach. Kto jak kto, ale Ty bardzo identyfikujesz się z Asicsem. Widać, że nie jesteś ambasadorem z przypadku. Jednak niektórzy zawodnicy do tego stopnia wierzą w moc konkretnych butów z karbonem, że nawet mając kontrakt z inną firmą, na zawodach startują w Nike. 

JS: No tak, teraz wszyscy chcą biegać w Nike i Adidasie, bo płytka. Ale z drugiej strony Sara Hall biegała w tamtym sezonie maraton na poziomie 2:20 w karbonowym prototypie Asicsa. Więc te buty też są już dobre. A co do podejścia ambasadorów, to pewnie pijesz do ostatnich mistrzostw Polski w maratonie. Ja wychodzę z założenia, że jeśli mam umowę sponsorską, to nie będę sobie robił jaj i biegał w innych butach. Czy naprawdę sprzęt aż tak nam pomoże? Jeśli czegoś nie wytrenujemy, to buty same nie pobiegną. Ola Lisowska pobiegła w Asicsach, była wierna marce, zrobiła życiówkę, została mistrzynią Polski. Można? Można.

KB: Ostatnio częściej, niż na ulicy startujesz w górach. Jak się czuje na trailowych trasach były stadionowiec i ulicznik? 

JS: Ludzie, którzy zaczęli mnie obserwować w social mediach niedawno, często myślą, że biegi górskie są moją specjalnością. A jak się czuję na górskich trasach? Trochę brakuje mi na pewno chamskiej siły na podbiegach i odwagi na zbiegach. Im mniej przewyższeń i więcej odcinków biegowych, tym dla mnie lepiej. Dlatego bardzo lubię chociażby Bieg Piastów w Jakuszycach.

sobas zima

KB: W górach raczej startujesz na krótszych dystansach. Setka Cię nie kusi? 

JS: I tak i nie. Z jednej strony, raz w życiu chciałbym spróbować. Z drugiej strony, widzę, że starty na długich dystansach bardzo mnie eksploatują. Mogę sobie wystartować tydzień w tydzień w półmaratonie i jest okej. Ale jak pobiegnę pięćdziesiątkę, raz, drugi, trzeci to czuję się mocno wyeksploatowany i długo dochodzę do siebie.

KB: To ciekawe, bo jak widzi się Twoje miesięczne przebiegi to kilometrów wykręcasz bardzo dużo. Podsumowałeś już poprzedni rok? 

JS: 7130 kilometrów.

KB: Szybko licząc – po 600 miesięcznie. Coś tam się ruszasz (śmiech). 

JS: Lubię biegać. Rano wstaję, piję kawę, idę na trening. Robię 15-20 km. Później pół dnia spędzam przed komputerem, pisząc plany treningowe. Jest godzina 16, mam już dosyć komputera i chcę się przewietrzyć. No to co robię? Wychodzę na Wały, robię 6-8 km i od razu czuję się lepiej. Dlatego trochę się tych kilometrów później uzbiera. To nie jest tak, że ja celowo dokładam objętości, żeby się poprawiać, żeby stać się lepszym. Ja to po prostu lubię robić. Zresztą pamiętam, że kiedyś napisałeś na swoim blogu, że z całej naszej paczki tylko ja kochałem biegać.

KB: To było szczególnie widoczne po tym, że nie miałeś jakichś spektakularnych wyników, a mimo to się nie zrażałeś. 

JS: No tak, z całej naszej grupy byłem najsłabszy. Był Alex, Rudy, Warhoł, Mehlich, Ty – każdy w swojej kategorii wiekowej coś osiągał. A ja tak naprawdę będąc juniorem zdobyłem może jeden medal mistrzostw województwa, podczas gdy dla Was to była normalka.

KB: Może po prostu 1985 to był wyjątkowo mocny rocznik i ciężko było się przebić. 

JS: 85, 86, 87 – to faktycznie były mocne roczniki. Popatrz na naszych czołowych długasów ostatnich lat. Chabowski 86, Kozłowski 85, Gardzielewski 86, Kłeczek 85, Brzeziński 87.

KB: Dobrze, że podrzuciłeś temat naszej czołówki. Jest trochę przepychanek między biegaczami górskimi a ulicznymi. Swego czasu Marcin Chabowski wygrał półmaraton podczas Tri City Trail i w komentarzu po biegu poddawał pod wątpliwość, czy poziom w biegach trailowych rzeczywiście jest wysoki. Ty łączysz te dwie rzeczywistości. Jak to jest – górale są mocni, czy nie? 

JS: Byłem na tym biegu w Trójmieście i faktycznie Marcin zaczął tam trochę kozaczyć. Moim zdaniem, gdyby wystartował w poważnym biegu górskim z dużymi przewyższeniami, to by w nim nie zaistniał. To, że biega 28:30 na dychę, nic by mu nie dało, bo w górach nie potrafiłby pokonać trudnego, technicznego zbiegu. Nie jest tak, że biegacz z ulicy sprawdzi się w trailu. W tamtym roku w biegu na Wielką Sowę wystartował Artur Kozłowski i po 5 km zszedł. Był czwarty i nagle zobaczył, że ludzie którzy biegają od niego 3 minuty wolniej na dychę, uciekli. Ale też ta zasada działa w drugą stronę. Nie każdy biegacz górski dobrze pobiegnie na ulicy. Bardzo jestem ciekawy co Bartek Przedwojewski nabiega w tym roku na dychę, bo zapowiedział, że wystartuje na bieżni. Na Azorach wygrał z Jimem Walmsleyem, który ma życiówkę 13:52 na 5000 m. Życiówka kosmiczna w porównaniu z tym ile Bartek biega piątkę. Ale na Azorach Przedwojewski wlał mu w sumie 7 minut. Ja bym biegów górskich z ulicą nie porównywał. To są dwie zupełnie inne konkurencje.

KB: Wróćmy do punktu wyjścia, czyli trenowania innych. Sam miałeś kilku trenerów, od kogo czerpiesz najwięcej w swojej pracy?

JS: Od Ireny Czuty-Pakosz i Edka Rydzewskiego. To są maratończycy, którzy nauczyli mnie spokoju w treningu. Amatorzy często zaniedbują takie kwestie jak sen, czy regeneracja, więc lepiej, żeby trening był lżejszy, ładujący. A taki jest właśnie trening maratoński. W dłuższej perspektywie takie podejście przynosi lepsze efekty, niż ciężkie interwały, tempo i tak dalej. Niestety przez duży dostęp do planów treningowych, amatorzy inspirują się mocniejszym treningiem i dochodzi do sytuacji, że w jednym tygodniu upychają pięć ciężkich jednostek. Nie chodzi o to, żeby się przeładować. Do pewnych rzeczy trzeba dochodzić stopniowo.

KB: Jaki błąd biegacze amatorzy popełniają najczęściej? 

JS: Nie robią rozgrzewek. Niektórzy są zdziwieni, że muszą się rozgrzać przed zawodami. Przebiegają kilometr i idą od razu na start. Krążenia ramion, gimnastyka, przebieżki, to są absolutne podstawy, ale niektórzy amatorzy nie widzą w tym sensu. Inny błąd to bieganie za szybko.

KB: O tak, to jest Twój konik. Często widzę w mediach społecznościowych, że robisz rozbieganie po 5:30/km. 

JS: Mam taki hasztag – wolno truchtam, szybko biegam. Biegacze amatorzy nie potrafią truchtać. Niektórzy uważają, że jak się nie zmęczą na wybieganiu, to było złe wybieganie. Wybieganie robi się, żeby odpocząć. To jest trening regeneracyjny pomiędzy akcentami. A zdarza się, że zawodnik z poziomu 45 minut na dychę robi rozbieganie po 5:20/km i mówi, że to była aktywna regeneracja.

KB: No, ale czy takiego gościa jak Ty, z życiówką 32:00 na dychę, wolne szuranie nie denerwuje? 

JS: Wolnego biegania nauczyłem się, biegając z zawodnikami. Prowadząc z Przemkiem Chatysem i Karoliną Obstój Akademię Biegania, spotykamy na swojej drodze ludzi na rozmaitym poziomie. Zdarzyło mi się pobiec z zawodniczką 20 km w tempie 8:30/km. Dla niej to był duży wysiłek, a dla mnie truchtanie z nóżki na nóżkę. Ale właśnie tego typu treningi nauczyły mnie cierpliwości. Teraz jak idę na rozbieganie po 5:30/km, to przy 8:30/km już wcale nie wydaje się tak wolno. Zmienia się perspektywa.

KB: We Wrocławiu macie wyjątkowo dużo trenerów biegania. Wspomniałeś już Waszą trzyosobową Akademię Biegania, ale działają też chociażby: Jacek Wosiek, Arek Gardzielewski, Andrzej Witek, Paweł Matner, Piotr Ślęzak… Tort jest duży, bo biegaczy nie brakuje, ale też sporo chętnych, żeby sobie kawałek ukroić. Jak myślisz, co decyduje, że z tej szerokiej oferty część osób wybiera właśnie Ciebie? 

JS: Każdy szuka czegoś innego. Wydaje mi się, że do ludzi może przemawiać mój brak spiny na wynik. Sporo moich klientów nie ma parcia na życiówki. Chcą mieć przede wszystkim frajdę z biegania, wyskoczyć raz na jakiś czas na obóz w góry, powoli iść do przodu, ale bez ciśnienia. Wcześniej, jak dużo biegałem na ulicy, to więcej miałem osób, których interesowały życiówki. To była klasyka, że ludzie chcieli bić rekordy życiowe od piątki po ultra i to najlepiej w pół roku.

KB: Jest dużo fajnych powiązań w Twojej historii. Za dzieciaka bardzo chciałeś biegać i dziś z biegania żyjesz. Pierwsze biegowe buty, jakie sobie kupiłeś to Asicsy – zostałeś FrontRunnerem. Pamiętam, że też bardzo pasowały Ci obozy w Szklarskiej, a teraz Karkonosze są Twoim drugim domem, bo albo tam startujesz, albo jeździsz z zawodnikami. Coś jeszcze zostało do zrealizowania z dziecięcych marzeń? 

JS: Chciałbym pojechać do Iten. Zobaczyć, jak tam jest, jak się tam żyje. Za dzieciaka byliśmy wszyscy zafascynowani biegaczami z Afryki, więc tym bardziej fajnie byłoby zobaczyć ten świat z bliska. Z relacji ludzi, którzy byli w Kenii, przebija prostota tamtejszego życia. A ja właśnie takiej prostoty i wewnętrznego spokoju szukam.

Zdjęcia: Filip Gomułkiewicz

Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.