Grzegorz Kujawski: Mówili, że nie nadaję się do biegania
16 listopada 2021 Krzysztof Brągiel Sport

Grzegorz Kujawski: Mówili, że nie nadaję się do biegania


Za młodu wygrywał z Pawłem Czapiewskim. Po śmierci trenera Listosa postanowił jednak przedwcześnie zakończyć dobrze rokującą karierę. Po długim rozbracie ze sportem powrócił, jako biegacz amator. Pomimo 43 lat na karku, przebiegł w tym roku 10 km w 31:16, a maraton w 2:28. Jak przekonuje, jest jeszcze w stanie sporo urwać ze swoich długodystansowych życiówek. Rozmawiamy z Grzegorzem Kujawskim, czołowym polskim juniorem lat 90-tych.


Sprawdzę, czy masz dobrą pamięć. Co ciekawego porabiałeś między 10 a 13 lipca 1995 roku?

Aż tak daleko moja pamięć nie sięga, niestety.

A jeśli powiem Bath, Wielka Brytania… Zaczyna się coś przypominać?

A tak, biegałem. Jedne z ważniejszych zawodów w moim życiu.

Europejskie Igrzyska Młodzieży, złoto na 1500, brąz na 3000… Poza Tobą złoty medal dla naszej reprezentacji zdobył wtedy tylko Tomasz Ścigaczewski na wysokich płotkach. Musiałeś być jednym z najzdolniejszych juniorów w kraju…

Nawet powiedziałbym, że byłem w ścisłej czołówce europejskiej. A były to czasy, że było z kim biegać. Jestem rówieśnikiem Pawła Czapiewskiego (rocznik 1978 – red.), więc rywalizowaliśmy dosyć mocno. Nie chwaląc się, najczęściej wychodziłem z tych pojedynków zwycięsko.

Do jakich rezultatów doszedłeś nim rozstałeś się z bieganiem na lata?

Z tego co pamiętam 800 pobiegłem w 1:49.60, a 1500 w 3:42.01.

Poza sukcesem w Bath, masz też na koncie inne duże imprezy międzynarodowe?

Rok później wystartowałem w mistrzostwach świata juniorów. Skończyło się na półfinale i 16 miejscu. W kolejnym roku miałem wystartować w mistrzostwach Europy, gdzie byłem przymierzany do walki o złoty medal… Plany pokrzyżowała jednak kontuzja.

Kto Cię trenował?

Zaczynałem w Baszcie Bytów u trenera Wojciecha Wojgienicy. Później poszedłem na studia do Wrocławia, gdzie trenowałem pod okiem Edwarda Listosa, aż do jego śmierci. W zasadzie śmierć trenera zakończyła moją karierę.

Jak to się dokładnie stało, że rzuciłeś bieganie?

Po przeprowadzce do Wrocławia zacząłem mieć mocną alergię. Była do tego stopnia uciążliwa, że wykluczała mnie z sezonu letniego. Okres zimowo-wiosenny zawsze miałem dobrze przepracowany, wszystko szło super. Przychodził maj i się sypało. Lekarz nie był w stanie mi pomóc. Chodziłem z temperaturą, łzy lały się z oczu, nie mogłem trenować. Jak już dochodziłem do siebie, był sierpień, końcówka sezonu. Co ciekawe, jak wyprowadziłem się z Wrocławia, to dolegliwości ustąpiły. Innym powodem przerwania kariery były problemy finansowe. Nie pochodzę z bogatej rodziny, a stypendia nie były za wysokie. Po śmierci trenera Listosa klub nie za bardzo interesował się jego zawodnikami. Czułem się pozostawiony samemu sobie. Wyniki też nie były takie, jakich bym oczekiwał. Zakończyłem karierę w roku 2001, po ostatnim sezonie w kategorii młodzieżowca.

Dokładnie w tym samym sezonie, gdy Ty kończyłeś karierę „Czapi” w Edmonton zdobywał brązowy medal mistrzostw świata…

Tak to rzeczywiście się ułożyło, że wielu moich kolegów z bieżni swoje największe sukcesy zaczęło odnosić, gdy moja kariera dobiegła końca. Paweł, Michał Kaczmarek czy Zbyszek Graczyk… Na pewno 23 lata to nie jest dobry moment, żeby rzucić sport, ale nie miałem innego wyjścia. Inna sprawa, że dostawałem sygnały z PZLA, że nie nadaję się do biegania. Mówiono mi, że mam krzywe nogi, że będę miał problemy z kolanami… Raczej nie było osób, które by mnie przy bieganiu chciały zatrzymać. Były to czasy dla młodych biegaczy trudne. Nie było Internetu i takiego dostępu do wiedzy, jak dzisiaj. Młody człowiek był zostawiony sam i jeśli nie trafił na dobrego trenera czy klub, to nie miał szans na nic.

Grzegorz Kujawski

Bazując na własnych doświadczeniach, co sobie dzisiaj myślisz obserwując zdolnych juniorów? Powinniśmy się cieszyć, kiedy nastolatkowie biegają na poziomie dorosłych, czy raczej martwić, że nie wytrwają do kategorii seniora? Mamy ostatnio wysyp zdolnych biegaczy z rocznika 2003 – Różnicki, Lewalski, Lesiewicz…

Raczej nie powiedziałbym, że duże wyniki w młodym wieku są jakimś wielkim problemem. Jak w 1996 roku pojechałem do Sydney na mistrzostwa świata juniorów, to dopiero oczy mi się otworzyły. Zobaczyłem jak biegają i trenują inni na świecie. Porównując z nami, można powiedzieć, że w Polsce bawiliśmy się w sport. U nas ciągle się mówiło: „Spokojnie, masz jeszcze czas”. Natomiast świat na nic nie czeka. Od najmłodszych lat się zapiernicza i nie ma zmiłuj. Jeśli chodzi o juniorów, o których wspomniałeś, jest to dla mnie zaskakujące. Porównując ilu jest dzisiaj trenujących juniorów, a ilu było ich kiedyś, mamy przepaść. Za moich czasów na obozie kadrowym juniorów i juniorów młodszych było około 100 osób. Mówię o samych biegaczach na 800, 1500, 3000 i ewentualnie 5000 metrów. Szkolenie było bardzo szerokie i mieliśmy z czego wybierać. Tym bardziej może dziwić, że dziś pula biegaczy jest dużo mniejsza a i tak pojawiło się kilka perełek. Może to kwestia lepszych warunków treningowych? Za moich czasów stadiony tartanowe w Polsce można było policzyć na palcach jednej ręki. Trenowało się na żużlu, albo asfalcie. Potrafiłem w rozklekotanych butach biegać dwusetki po asfalcie w 24 sekundy… Być może to była przyczyna mojej kontuzji Achillesa.

A nie jest tak, że spora część tych zdolnych juniorów, których spotkałeś w Sydney podczas mistrzostw świata jednak przypłaciło swoje „zapierniczanie” i ostatecznie nie zrobiła kariery seniorskiej? Śledziłeś może losy ludzi, z którymi wtedy się ścigałeś?

Jestem z tych roczników co: Rui Silva (3 zawodnik na 1500 m podczas IO w Atenach – red.), Noah Ngeny (mistrz olimpijski na 1500 m z Sydney – red.) czy Mehdi Baala (3 na 1500 m podczas IO w Pekinie – red.). Oni pokazywali się w kategoriach juniorskich i potem odnosili sukcesy w dorosłych karierach. Także wydaje mi się, że obciążenia nie były problemem.

Wracając do Twojej historii. Jak to się stało, że po latach od zakończenia wyczynowej kariery zdecydowałeś się wrócić do biegania, jako amator? To był impuls, czy element większego planu?

Nie planowałem tego w ogóle. Troszkę zadziałała moja żona…

Dodajmy, że Twoja żona to olimpijska z Sydney. Co powiedziała? „Ruszyłbyś się trochę i coś zrobił ze sobą”? (śmiech)

Do mnie takie teksty nie trafiają, więc mogłaby sobie mówić (śmiech). Podeszła mnie sposobem. Wiedziała, że lubiłem grać w koszykówkę… Poprzez koleżanki dowiedziała się, że jest w Pucku grupa chłopaków, którzy regularnie spotykają się, żeby pograć i brakuje im jednego do składu. Jako stary koszykarz, oczywiście dałem się złapać. Fajnie się to rozwinęło. Zostałem liderem grupy. Zaczęliśmy jeździć na turnieje 3 na 3. No, ale w pewnym momencie ekipa nam się posypała. Jeden skręcił nogę, drugi złapał kontuzję… A ja byłem w ciągu, wybiegany, więc coś musiałem dalej z tym zrobić, żeby znowu nie zostać na tej przysłowiowej kanapie. Wymyśliłem sobie, że wystartuję w półmaratonie Puckim…

Tak na sucho, po samej gierce w koszykówkę? Czy jednak postanowiłeś się przygotować?

Nie no, oczywiście postanowiłem się przygotować. Do startu miałem 6 tygodni, stwierdziłem, że dam radę. Na pierwszym rozbieganiu zrobiłem 4 kilometry, tempem po 6:00/km i przez kolejne dwa dni nie mogłem się ruszyć. Ale skoro już zacząłem, musiałem dokończyć. Wystartowałem w tym półmaratonie i ukończyłem…

Jak poszło? Udało się złamać 2 godziny? (śmiech)

Przebiegłem po 4:12/km, więc całkiem nieźle.

To zupełnie inna rozmowa. 4:12 to jest bodajże 1:28 na mecie. Szybko udało się wskrzesić organizm do dobrej dyspozycji. Który to był rok?

2015. Oczywiście umierałem na mecie. Nogi tak bolały, że myślałem, że nie dojdę do domu. Pamiętam, że buty kupiłem sobie wtedy jakieś z łapanki, nie za drogie. Stwierdziłem, że może jednak mam predyspozycje do biegów długich, choć w czasach juniorskich lekarze i trenerzy, często mówili mi, że nie nadaję się do takiego biegania. Zacząłem wychodzić na treningi trzy razy w tygodniu, regularnie. W następnym sezonie zaczęły pojawiać się miejsca na podium w kategoriach wiekowych. Chęć do rywalizacji i rozwoju rozbudzała się coraz bardziej.

Grzegorz Kujawski

W tym roku udało Ci się pobiec 31:16 na 10 km, 1:09 w półmaratonie i 2:28 w maratonie. Jak wygląda Twój aktualny trening?

Trenuję praktycznie codziennie. Można powiedzieć, że jest to już profesjonalny trening. Kilometraż odstaje od tego, co robią zawodowcy, bo nie da się im dorównać, jednocześnie normalnie pracując. W tej chwili trenuję na objętościach rzędu 80-100 kilometrów tygodniowo. Jeszcze do zeszłego roku miałem pracę typowo siedzącą, w biurze, po 8 godzin dziennie. Od tego roku prowadzę własność działalność. Mam firmę elektromonterską, więc jest to praca bardziej fizyczna, ale nie mocno obciążająca.

Masz 43 lata, słuszny wiek. Co w treningu po 40-tce według Ciebie jest największą trudnością, wyzwaniem?

Myślę, że sam wiek nie jest dużą przeszkodą. Większym problemem może być staż treningowy. Im dłużej jesteśmy w treningu, tym większe zużycie fizyczne i psychiczne. Rozmawiałem z kolegami, którzy zaczynali ze mną w czasach juniorskich i biegają nieprzerwanie do dzisiaj. Oni już nie są w stanie psychicznie zmotywować się do treningu. Ja z kolei mam tak duży głód biegania, że mogę zrealizować praktycznie wszystko. Mało tego, im więcej trenuję, tym mam mniej problemów ze zdrowiem. Coraz mniej rzeczy mnie boli. Początkowo organizm nie był przygotowany do pracy i często coś pobolewało. To już minęło. Ostatnią kontuzję miałem 2-3 lata temu. Co ciekawe kontuzje w okresie juniorskim, kiedy byłem pod opieką sztabu medycznego z Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej, potrafili leczyć mi w 3 miesiące. Dzisiaj tę samą rzecz jestem w stanie wyleczyć sam w 2-3 tygodnie. Także, coś tu jest „nie halo”.

A regeneracja? Nie zwolniła wraz wiekiem?

Staram się wysypiać. Praktycznie nie śpię mniej, niż 7 godzin. Natomiast same obciążenia treningowe nie są na tyle duże, żebym nie był w stanie odpocząć. Tak jak wspomniałem, nie robię dużego kilometrażu. Natomiast takie treningi jak 10 x 200 m, nie są dużym stresem dla organizmu, po którym musiałbym długo odpoczywać. Oczywiście to daje w kość, szczególnie, że jak na amatora biegam to dość szybko. Ale, jeśli chodzi o regenerację – wystarczy godzinka, dwie i dochodzę do siebie. Natomiast podczas przygotowań maratońskich, jak przebiegłem 30 kilometrów long run-a, to miałem duże problemy, żeby się zregenerować. Lepiej trenować intensywniej, a krócej.

Co ciekawego mieścisz w swoim kilometrażu?

Dużo eksperymentuję. W tym roku wprowadziłem trening typowo szybkościowy. Taki jaki wykonywałem będąc średniodystansowcem. Krótkie odcinki, 100, 200 metrowe, biegane na submaksymalnych prędkościach. Muszę przyznać, że dało mi to niespodziewane efekty. Jeszcze w zeszłym roku miałem ogromne problemy, żeby na zawodach przebiec kilometr w 3 minuty. Teraz mam taki zapas prędkości, że nie sprawia mi to najmniejszych problemów. Rok temu biegnąc po 3:00/km myślałem, że zgubię nogi. Jeśli chodzi o inne środki treningowe, to poza okresem zimowym praktycznie nie biegam drugich zakresów. Zimą są, bo pogoda jest jaka jest i szybciej po prostu nie da się biegać.

Grzegorz Kujawski

Jeśli chodzi o interwały, coś jeszcze biegasz poza dwusetkami?

Biegam, ale na stosunkowo krótkich odcinkach. Może dwa razy w roku zdarza się, że robię „dwójki”. Zazwyczaj biegam maksymalnie na odcinkach kilometrowych.

Jak wyglądają Twoje tysiączki?

Zawsze zakładam sobie, że zrobię 10 razy 1000, ale najczęściej kończy się na 6-8 powtórzeniach. Jest to biegane na bardzo krótkiej przerwie – 1:20, 1:30 i dosyć żwawo. W tym roku będąc w swojej najwyższej dyspozycji biegałem średnio po 3:04, osiem razy. Natomiast ja nie jestem typem zawodnika-treningowca. Mi na treningach wszystko przychodzi bardzo trudno. Nawet nie tyle, że się zniechęcam, ale jak się zmęczę to kończę trening i idę do domu, bo wiem, że nie przyniesie mi to korzyści.

W jaki sposób obudowujesz takie tysiączki innymi treningami? Następnego dnia luz?

Robię sobie dzień lekkiego rozbiegania, ale równie dobrze mógłbym mieć mocną jednostkę.

Zaskakująco dobrze reagujesz…

Jestem specyficznym zawodnikiem. Przykładowo, nigdy nie mam tak zwanych zakwasów. Jedynym treningiem, którym mogę doprowadzić mięśnie do takich bólów są długie, szybsze wybiegania np. trzydziestka tempem 3:30/km. I to też nie raz, tylko musiałbym to zrobić dwa razy w krótkim okresie. Poza tym, nie mam czegoś takiego jak problemy mięśniowe. Nawet biegając w kolcach, dwusetki, czterysetki – nie mam zakwasów.

A jak z kwasem mlekowym?

Kwas jest ogromny po takich treningach, ale usuwany dosyć szybko. Już jako junior miałem tę właściwość, że bardzo dobrze radziłem sobie z kwasem. Nie miałem super pułapu tlenowego, wielkim problemem było dla mnie przebiegnięcie 5 kilometrów w drugim zakresie. Natomiast byłem w stanie bardzo długo biec na wysokim kwasie. Do tego stopnia, że na urządzeniach pomiarowych kończyła się skala, a Grzegorz dalej biegł i wyglądał normalnie.

Idźmy dalej ze środkami treningowymi. Siła biegowa, w jakiej formie?

Zamiennie. Jeden trening na podbiegach, drugi na skipach i wieloskokach.

Nie boisz się przeciążeń podczas wieloskoków?

Nie (śmiech). Już na tyle się wzmocniłem, że nie czuję dolegliwości bólowych.

Jak wygląda Twój klasyczny podbieg?

200-250 metrów, szybko lub bardzo szybko. Są to na tyle łagodne podbiegi, żeby można było rozwinąć prędkość i nie stracić techniki. Przerwy krótkie. Zbiegam z górki, zamiast schodzić.

Jak tak Cię słucham, dochodzę do wniosku, że nie lubisz się głaskać treningami… Krótkie przerwy, duże prędkości…

Wbrew pozorom to nie są ciężkie treningi.

No nie wiem… 200 metrów podbiegu szybko i bardzo szybko, na krótkiej przerwie. To kiedy trening jest ciężki? (śmiech)

Większość osób nie będzie w stanie wykonać takiego treningu ze względu na ograniczenia motoryczne. Natomiast, to nie jest obciążające dla organizmu. Szybko to przetrawiam.

Wyniki pokazują, że taki trening Ci służy. Jak oceniasz swoją niedawną dychę w Kole? 31:16, bardzo fajna życiówka, jak na 43-latka. Był zapas?

Zapas był duży. Z tego względu, że nie planowałem tego startu. Cały czas byłem w mocnym treningu, bez luzowania. Poza tym, ostatnie dwie noce przed zawodami były z problemami, za bardzo ich nie przespałem. Krótko mówiąc do Koła przyjechałem zmęczony. Biegło mi się dosyć dobrze, ale jednak czułem zmęczenie. Nie było tej świeżości, która pojawia się jak człowiek przejdzie tapering i jest przygotowany na 100 procent. Nogi nie ciągnęły jak na typowym, docelowym starcie.

Powiedz na koniec w jakie wyniki wierzysz, pomimo upływu lat? Jeśli trafisz z formą na start docelowy, tapering zagra jak trzeba, to ile jesteś w stanie pobiec na dychę? Rekord świata M40 Bernarda Lagata jest kosmiczny, bo 27:47, ale już w kategorii M45 bardziej przystępne 29:37.

Powiem tak, jeszcze w zeszłym roku, jak pobiegłem w Poznaniu 31:41, czułem się jakbym wypruł flaki. Wydawało mi się, że to jest szczyt moich możliwości. Natomiast tegoroczne przygotowania dały mi dużo motywacji do jeszcze szybszego biegania. Oswoiłem się z wyższymi prędkościami i wierzę, że jestem w stanie jeszcze sporo urwać z 31:16. W przyszłym sezonie na pewno będzie mocna hala. Będę chciał powalczyć na 3000 metrów. A w dalszej fazie, nie wiem czy nie maraton…

Zazdroszczę tej wszechstronności. W tym roku w kwietniu maraton w 2:28, później mistrzostwa Polski Masters, gdzie wygrałeś na 5000, 10000 i 3000 z przeszkodami, w hali widziałem, że startowałeś na 800…

Trener mówił, że z talentu biegam (śmiech).

Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.