Kamil Jastrzębski: Jeszcze zrobimy potężny hałas
15 października 2021 Krzysztof Brągiel Sport

Kamil Jastrzębski: Jeszcze zrobimy potężny hałas


Co słychać u ubiegłorocznego mistrza Polski w maratonie? Z Kamilem Jastrzębskim porozmawialiśmy o tym, jak złamana kość pozbawiła go szans na walkę o igrzyska olimpijskie, dlaczego o prawidłową diagnozę starał się przeszło miesiąc, czy rekord Polski Henryka Szosta jest zagrożony, w jaki wynik celuje podczas grudniowego maratonu w Walencji i jak w zaledwie 2 treningowe miesiące, pobiegł 1:05 w półmaratonie?


Nie minął jeszcze rok, jak zdobywałeś tytuł mistrza Polski, ale w międzyczasie zdążyło się dużo wydarzyć… Co się z Tobą działo po grudniowym zwycięstwie w Oleśnie?

Zrobiłem trzy tygodnie roztrenowania i ruszyłem z treningiem pod minimum olimpijskie. W styczniu poleciałem do Kenii i niestety złamałem kość krzyżową w stawie krzyżowo-biodrowym.

Od razu było wiadomo, że to złamanie? Widziałem w Twoich zimowych relacjach z Kenii, że początkowo próbowałeś się rehabilitować na miejscu.

Po pierwszym rezonansie powiedziano mi, że to naderwany mięsień i powrót do zdrowia zajmie tydzień, dwa. Dlatego zostałem w Afryce. Ale ból zamiast znikać, jeszcze bardziej się pogłębiał. Trafiłem do ortopedy, który z kolei powiedział, że to kontuzja, którą będę leczył trzy miesiące. Dostałem wytyczne, żeby nie chodzić po górkach, nie robić żadnych ćwiczeń siłowych. Mogłem pływać i ewentualnie spacerować po płaskim. Stwierdziliśmy z Hubertem (chodzi o Huberta Duklanowskiego, wieloletniego trenera Kamila – red.), że wracam do Polski. Zrobiłem USG, rezonans, chodziłem od jednego lekarza do drugiego. Dostałem informację, taką jak na początku w Afryce, że to naderwany mięsień. Mogłem robić trening siłowy i biegać w wodzie. Powrót miał zająć 3 tygodnie. Zrobiłem wszystko jak kazali, po czym wyszedłem kontrolnie pobiegać i dalej był problem… 30 sekund i nie mogłem podnieść nogi.

A zegar tykał…

Dokładnie. Byłem zdeterminowany, zmotywowany. Cały czas wierzyłem, że będę w stanie przygotować się do wiosennego maratonu i powalczyć o igrzyska.

Jak ostatecznie udało się ustalić, że to złamanie?

Od Adama Kszczota dostałem kontakt do doktora Jana Sokala z Łodzi. Już po USG powiedział, że według niego nie jest to sprawa mięśniowa. Po testach funkcjonalnych doktor był już pewny, że chodzi o układ kostny. Zostałem skierowany na rezonans stawu krzyżowo-biodrowego. Wyszło, że kość jest pęknięta.

Niesamowite, że mistrz Polski w maratonie musi przez długie tygodnie bujać się bez prawidłowej diagnozy…

Dopiero po miesiącu zacząłem być leczony we właściwym kierunku. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że trafiałem na lekarzy niby z polecenia, każdy super wychwalany…

Jak wygląda rehabilitacja przy takim złamaniu?

Dużo treningu siłowego, oporowego, żeby się wzmocnić, obudować staw. Biegałem w wodzie, mogłem pływać na plecach, jeździłem na rowerze. Ogólnie dużo pracy z fizjoterapeutą. Wszystko skupiało się na tym, żeby kość krzyżowa pozostawała nieruchoma. Na szczęście było to złamanie bez przemieszczenia. Do końca ciężko powiedzieć, czy to złamanie czy pęknięcie. Tak naprawdę już na pierwszym rezonansie zrobionym w Kenii, widać kolorystyczną zmianę między lewą a prawą stroną, co dawało sygnał, że trzeba zrobić drugie badanie. Ale usłyszałem: biegaczom się takie rzeczy nie dzieją. Może i zazwyczaj nie dzieją, ale mi się przydarzyło.

Pamiętasz, co robiłeś 18 kwietnia?

Kibicowałem. Najpierw oglądałem bieg na holenderskim lotnisku, a później Dębno. Chciałem, żeby jak najwięcej zawodników zrobiło minimum, żeby poziom był wysoki. Jeśli w Polsce będzie z kim biegać na mocne wyniki, to tylko na tym zyskam.

Co czułeś oglądając innych w akcji? Powinieneś być tam razem z nimi i walczyć o minimum, szczególnie, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej wygrywałeś z Adamem Nowickim o minutę, a z Kamilem Karbowiakiem o dwie.

Jasne, że była złość i rozczarowanie. Jakieś rozbicie i natłok myśli. Był smutek, że nie mogę stanąć z chłopakami ramię w ramię i nawet, jeśli przegrać, to po uczciwej walce. Starałem się jednak to wszystko przekuć w motywację, żeby jeszcze w tym roku pokazać, że nic się u mnie nie zmieniło i nadal jestem bardzo mocny. Gdyby nie Hubert, ciężko byłoby mi przez to przejść. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.

jastrzebski2
Podium mistrzostw Polski w maratonie 2020

Kiedy ostatecznie udało się wrócić do treningu i ruszyć z przygotowaniami pod jesień?

Wracałem na raty. Pod koniec kwietnia skończyłem leczenie, ale już chwilę później przeciążyłem lewego Achillesa. Może za szybko chciałem wrócić. Wypadłem na kolejne trzy miesiące. W mocnym uderzeniu jestem dopiero od 12 sierpnia.

Jak wyglądały pierwsze treningi po powrocie?

Ciężko było przebiec 10 kilometrów. Robiłem marszobiegi, minuta na minutę. Po tygodniu były już 3 minuty biegu na minutę marszu. W międzyczasie pojechaliśmy do Spały i jakoś dziesiątego dnia od powrotu do treningów, pobiegłem dychę ciągłego po 3:40/km.

Poza Spałą był jeszcze jakiś obóz?

W sierpniu pojechaliśmy do Wałcza. Trener Jakubowski bardzo zachwalał ten ośrodek i rzeczywiście wszystko się sprawdziło. Szczerze? Najlepsze warunki w Polsce do treningu. Urozmaicone tereny, cisza, spokój, nowoczesna baza, basen, odnowa biologiczna, bardzo dobre jedzenie. Ze wszystkiego można korzystać i nie zawsze odpłatnie. Tutaj już była konkretna robota objętościowa.

Szybko poszło, bo pod koniec września zdążyłeś już wygrać półmaraton w Kraśniku z rekordem trasy 1:05:24. Jak się biegało w rodzinnych stronach?

Od początku do końca samotnie, na samopoczucie. Były dwie pętle, bez oznaczeń kilometrówek. Jak włączyłem zegarek na starcie, to później dotknąłem go już tylko na mecie, żeby zatrzymać. Żadnego kontrolowania po ile biegnę. Jak zobaczyłem 1:05:24 byłem w szoku. Obstawiałem bardziej 1:06:30, coś w tych okolicach. Wyszło mega dobrze.

Wysokie nagrody w Kraśniku?

1000 złotych. To był bieg w rodzinnym mieście, dostałem zaproszenie, fajnie było sprawdzić z jakiego poziomu startuję.

Kasa lepsza, niż niedawno w Olsztynie, gdzie Adrian Przybyła za zwycięstwo w Ukiel Półmaratonie skasował 500 złotych… Wracając, mówisz, że 1:05 pozytywnie zaskoczyło. Co ciekawego robiłeś przed Kraśnikiem na treningach?

Dużo bazowaliśmy na zabawach biegowych. Ostatni tego typu trening przed startem to: 2×6 minut, 3×4 minuty i 4×2 minuty. Sześciominutówki mniej więcej w przedziale 3:01-2:57/km. Teraz będzie konkretniej. Chcemy zbudować konie mechaniczne, bo 5 grudnia planuję pobiec maraton w Walencji. Jestem już zgłoszony.

Pojedziesz do Hiszpani z konkretnym celem wynikowym?

Wszystko wyjdzie z treningu. Na pewno pojadę po rekord życiowy (życiówka Kamila to 2:12:58 i pochodzi z rozegranego w trudnych warunkach maratonu w Oleśnie – red.). Wierzę w to, że jeszcze zrobimy potężny hałas.

Jak oceniasz szansę na to, że ktoś w najbliższym czasie zbliży się do rekordu Polski w maratonie? Po promyczku nadziei, który dała wiosna i 5 mężczyzn z wynikami na poziomie 2:10, tej jesieni nikt – jak na razie – nie poszedł za ciosem.

Uważam, że w przeciągu trzech, czterech lat ktoś zbliży się do rekordu Polski. Mam nadzieję, że będę to ja. Moen pobiegł 2:05, Japończycy biegają 2:06, więc Polacy też są w stanie. Co do wiosennych startów naszych biegaczy, dużo mówiło się o tym, że to zasługa butów. Nie zgadzam się z tym. Takim stawianiem sprawy ujmuje się zawodnikom ich ciężkiej pracy. Jakby buty same biegały, to nie trzeba byłoby robić treningów przesuwających granice. Buty są wygodne, poprawiają ekonomię biegu i tyle.

Jakie życiówki musiałbyś mieć na krótszych dystansach, żeby biegać maraton poniżej 2:08?

Wybitnej połówki nie trzeba mieć, co pokazuje przykład Henryka (życiówka H.Szosta w półmaratonie wynosi 1:02:35 – red.). Myślę, że w moim wypadku wystarczyłoby biegać dychę w okolicach 29:00.

Wielu kibiców poza Krystianem Zalewskim, właśnie w Tobie pokłada nadzieję, że ktoś poprawi 2:07:39. Jak się z tym czujesz – jest więcej motywacji czy presji?

Bardzo mnie cieszą takie opinie i dodają motywacji. Są ludzie, którzy bardzo mi kibicują i wierzą, ale jest też liczne grono, które już dawno postawiło na mnie krzyżyk.

Powiedz na koniec jak w ostatnim roku wyglądała Twoja sytuacja jeśli chodzi o szkolenie – możesz liczyć na refundację ze związku, czy wszystko na swój koszt?

Mogłem mieć zrefundowane trzy obozy do maja, ale że miałem kontuzję, to się nie załapałem. Aktualnie przygotowuję się za własne pieniądze. Plus taki, że wszystkie wydatki związane z leczeniem zostały pokryte przez PZLA.

Po zimowych perypetiach ze zdrowiem stałeś się bardziej wyczulony na wszelkie drobne bóle?

Coś w tym jest. Ostatnio wyszedłem pobiegać i poczułem spięcie w łydce. Przerwałem trening po 1.5 kilometra. Zadzwoniłem do Huberta i powiedziałem, że może panikuję, ale odpuszczam trening i idę do fizjoterapeuty, żeby to sprawdzić. Okazało się, że to zwykła sprawa napięciowa i następnego dnia już normalnie trenowałem. Także tak, mam pod tym względem jakąś blokadę psychiczną. Lampka kontrolna zapala mi się szybko, ale może to i dobrze. Wcześniej miałem tak, że jak coś mnie zakłuło, to biegałem dalej.

Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.