Antoni Niemczak: Biję brawo i czekam na więcej
27 czerwca 2021 Kuba Pawlak Sport

Antoni Niemczak: Biję brawo i czekam na więcej


Przy okazji 97 PZLA MP w Lekkiej Atletyce na poznańskim Golęcinie spotykamy Antoniego Niemczaka – byłego wieloletniego rekordzistę Polski w maratonie, którego ustanowione w 1990 roku w Chicago 2:09.41 jest dziś trzecim wynikiem na polskiej liście ALL-TIME. Czy jego zdaniem maratońskie jaskółki zwiastują wiosnę dla spragnionych kibiców królewskiego dystansu?


Miło widzieć pana na Mistrzostwach Polski. Jak wrażenia? 

Antoni Niemczak: Na mistrzostwach Polski byłem ostatnio około piętnastu lat temu, więc dla mnie to sentymentalne odświeżenie dawnych lat.

Czy śledzi pan obecną scenę biegów długich w Polsce?

Jestem na nie skazany. Do Albuquerque w Nowym Meksyku, gdzie prowadziłem ośrodek dla biegaczy, długasi przyjeżdżają od ponad 20 lat, więc można powiedzieć, że to już kilka pokoleń. Oczywiście śledzę polski maraton, a ostatnia wiosna wlała w moje serce ogromną nadzieję. Patrzyłem na to co się działo w kwietniu z ogromną przyjemnością. Można nawet powiedzieć, że w końcu po dużym regresie było co podziwiać. Biję brawo i czekam na więcej.

A co pana zdaniem stoi za tą pozytywną zmianą. Czemu lub komu zawdzięczamy to, że coś drgnęło w naszym maratonie? To talenty, szkolenie czy może technologia

W technologii jest trochę prawdy i tego nie unikniemy. Kiedyś skakano na bambusowych tyczkach, a teraz sportowcy mają lepiej. W bieganiu jest podobnie, choć kiedyś wydawało mi się, że nie ma to większego znaczenia. Gdy ja biegałem buty bywały lepsze lub gorsza, ale wszystkie jednak były z grubsza takie same. Słyszałem, że te obecne dynamizują krok i sprawiają, że biega się lekko, miło i przyjemnie, choć z drugiej strony trudno mówić o przyjemności na 38. kilometrze maratonu (śmiech).

Kiedy nastąpił regres w maratonie, o którym pan wspomniał?

Był taki czas gdy Yared Shegumo zdobył srebro w Mistrzostwach Europy (Zurych 2014 przyp. red.), świetnie biegał Chabowski i oczywiście Heniu Szost i dobrze to wyglądało, ale później nastąpił jednak regres. To jest tak, że kiedyś musi przyjść odbicie i liczę, że ta sinusoida właśnie idzie w górę. Pomijając technologię i „latające buty”, zebrała się fajna grupa chłopaków i doskonała dziewczyn, których miejmy nadzieję ta fala poniesie i jeszcze mocniej pójdą do przodu.

Chyba podobnie było za waszych czasów?

Dokładnie. Na przełomie lat 80. i 90. zebrała się grupa chłopaków biegających po 2.13-2.12, do której zalicza się to moje 2.10 z Dębna w 86 roku i poszła taka fala. Byłem ja, był Leszek Bebło, Grzegorz Gajdus, no i Heniu, którego tak poniosło, że wyskoczył jeszcze o klasę wyżej.

Trenowaliście wtedy w grupie czy ma pan na myśli rywalizacje na zawodach?

Tak, trenowaliśmy w grupie. Tu w ogóle nie ma o czym mówić, bo właśnie to jest siła. Jest rywalizacja, zdrowa harmonia i taki trening daje dużo więcej niż układ, w którym jest tylko trener i zawodnik.

Czyli obecnie dla obiecującego polskiego maratończyka najlepszą drogą byłoby wojsko?

Na to wygląda, ale za moich czasów było podobnie. Ja byłem w Śląsku Wrocław. A Oleśniczanka to już zupełnie osobny temat. Cała plejada z Wiesławem Kirykiem, Bogusławem Mamińskim, Bogusławem Psujkiem, Bogumiłem Kusiem czy Tomkiem Kozłowskim. To była grupa, z którą przyjeżdżaliśmy do Szklarskiej Poręby, bo wtedy nie było mowy o jakimś Albuquerque i innych wyskokach, i z tego były wyniki.

Jak się panu podobały dzisiejsze zawody i rywalizacja na najdłuższym dystansie 5000m?

Bardzo podobał mi się Olek Wiącek. Fantastyczny chłopak i materiał na wielkie bieganie. Takie rzeczy się widzi… ma odjazd i chęć…

Jak ocenia pan cały bieg i poziom zawodów?

Jak mówiła mi babcia: tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Nie widziałem tu wielkiej rywalizacji.

A za waszych czasów jak wyglądała konkurencja na Mistrzostwach?

Wystarczy przypomnieć sobie 1984 rok i Mistrzostwa Polski w Lublinie. Ja tam pobiegłem dychę w takim pół-samotnym biegu, gdzie oderwałem się na piątce (29:04,70 przyp. red.). Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak przechwałki, bo mówię to na swoim przykładzie dlatego, że ten najlepiej znam. Po tej dyszce za dwa dni była piątka, gdzie trener nakazał pobiec jakiś przyzwoity wynik. Nas było trzech ze Śląska Wrocław więc chłopaki pomogli mi do trójki, a na ostatnią dwójkę zabrałem się i wyszło z tego 13:41.

Jak dziś patrzyłem na luz i swobodę w biegu Wiącka, to myślę że ma papiery na bieganie przedziale 13:30-13:50.

Co musi się wydarzyć, żeby takich perspektywicznych chłopaków było więcej

Zmieniły się uwarunkowania i nie będzie to łatwe. Bieżnia i przełaje straciły na rzecz ulicy. Chłopcy, którzy rywalizują na stadionie mają z tyłu głowy to, że za chwile są biegi uliczne z nagrodami i aspekt finansowy nie jest tu bez znaczenia.

A wasze pokolenie na to nie patrzyło?

Skłamałbym mówiąc, że nie. To wszystko jednak musi być sensownie poukładane, aby nie przeszkadzało w rozwoju. To jest rola trenera, bo jeśli ktoś chce zgarnąć pełną pulę w komercyjnych zawodach to musi się solidnie przygotować.

U nas wyglądało to tak, że był okres na bieżnie i przełaje, a później on się kończył i dopiero zaczynaliśmy myśleć o ulicy. Przygotowanie pod maraton i bieganie „przy okazji” nie zadziała na korzyść zawodnika. To nie ta droga.

A co oznaczało zgarnąć pełną pulę na zagranicznych zawodach w waszych czasach. Jak to można odnieść do dzisiejszych nagród?

Trudno to nawet opisać. W latach 80-tych każdy dolar w kieszeni miał swoją wagę. W Polsce biegi uliczne jeszcze raczkowały, a w takich Stanach były już duże pieniądze. Ja pierwszy raz pojechałem na maraton nowojorski w 1984 roku gdzie za 7. miejsce dostałem 7,5 tysiąca dolarów. Za tę sumę można było kupić mieszkanie. Myślę, że to wyczerpuje temat pieniędzy. Ale w tym samym roku nabiegałem dublet na Mistrzostwach Polski i to mi nie przeszkodziło, aby być dobrym w maratonie. Bieżnia i przełaje mogą pomóc, a nie przeszkadzać w drodze do maratonu.

Antoni Niemczak bieganie

A skoro mowa o drodze do maratonu, to ile trzeba biegać na dychę, żeby realnie myśleć o minimum na Igrzyska?

Odpowiedź nie jest taka prosta. Są różni zawodnicy. Taki Henryk Szost patrząc na jego życiówki na 5 i 10 kilometrów nigdy nie powinien pobiec 2:07 w maratonie (13:58.89 i  28:31.90 przyp. red.). Choć gdyby stanął na bieżni w tym dniu, w który nabiegał swój maratoński rekord to być może pobiegłby 28:10.

Jak pan ocenia polski system kwalifikacji do olimpijskiego maratonu? Jest kilka kryteriów, ale nie do końca wiadomo które są ważniejsze: czasy, medal Mistrzostw Polski, dyspozycja….

Podoba mi się to, jak wygląda to w Stanach czyli trialsy. Tam nikt nie wywinie numeru, bo jak nie pojedzie trzeci kosztem czwartego, to bierze dobrego adwokata i sprawa trafia do sądu.

Nie można zmieniać reguł w trakcie gry, ale w idealnym świecie powinno być jasne, że kto marzy o Tokio, powinien stawić się na Mistrzostwach Polski w Dębnie i tam wywalczyć kwalifikację. Wtedy byłoby wszystko jasne i nawet gdyby ktoś pobiegł 2:06 w innej części świata, nie uzyskiwałby kwalifikacji. Podniosłaby się również ranga Mistrzostw kraju.

A teraz jest jak jest i wszyscy drapią się w czoło, że nie wiadomo kto pojedzie. Chabowski i Nowicki zrobili świetne wyniki i biję im brawo, ale gdyby biegli tu to wszystko byłoby przejrzyste. A może nawet padłoby 2:09.

Niektórzy martwią się o wyjazd do Tokio, a jeden z największych biegowych talentów ostatnich lat Krzysztof Różnicki wspólnie z trenerem rezygnują z udziału w Igrzyskach z uwagi na młody wiek zawodnika. Popiera pan taką decyzję?

Tu sprawa jest prosta. To nie jest już nawet błąd tylko wielbłąd. Dziwię się jego trenerowi oraz wszystkim, którzy stoją za taką decyzją. Nawet gdyby nie przeszedł eliminacji to powinien jechać, aby obcować z najlepszymi, podpatrywać, nabrać manier, zbudować pewność siebie.

Życzę mu aby biegał jak najdłużej i jak najlepiej, bo to chyba jeden z największych talentów polskich biegów średnich, ale nigdy nie możemy być pewni co będzie za 3 lata.

Czyli pana zdaniem jest prowadzony zbyt bezpiecznie?

Nie wiem. Można mówić o tym w treningu, choć tu wydaje mi się, że musi mocno pracować, skoro biega tak szybko. Przy startach to już inna kwestia. Jeśli teraz biega 1:44, to może jest to materiał na 1:41? Moim zdaniem to jest etap, gdy trzeba mentalnie zrobić z niego zawodnika, aby wyszedł z roli juniora. Taki chłopak powinien wkrótce podejść do Marcina Lewandowskiego przed startem i dyskretnie powiedzieć – Panie Marcinie…- nie wiem czy ze względu na szacunek są na ty czy na pan (śmiech), – mam dla pana wiadomość. Dzisiaj będzie pan oglądał mój numer startowy na plecach.

Jeszcze jedno pytanie na koniec naszej rozmowy. Czy patrząc okiem maratończyka widzi pan wśród obecnie biegających zawodników kandydatów na pobicie rekordu Henryka Szosta? Kto ma na to największe szanse i dlaczego?

Odpowiedź będzie krótka. Nikt.

Kuba Pawlak

Naczelny szafiarz Bieganie.pl. Często ryzykuje karierę redaktora dla dodatkowych 15 minut drzemki. Mając na szali sportową formę i czipsy, zawsze wybiera paprykowe. Biega dla pięknych i wygodnych butów. Naczelny szafiarz na Instagramie