Izabela Paszkiewicz: Jest forma, więc trzeba korzystać
26 października 2021 Krzysztof Brągiel Sport

Izabela Paszkiewicz: Jest forma, więc trzeba korzystać


Czy uzyskane w ostatnią niedzielę w Kole 31:49 będzie uznane jako rekord Polski? Jak przeżyła brak powołania na igrzyska olimpijskie? Dlaczego trener Marek Jakubowski ochrzania ją, żeby nie biegała za szybko? Jak się startuje, gdy jednego dnia w Terespolu masz 6 stopni, a kilka dni później w Berlinie 24? Rozmawiamy z Izabelą Paszkiewicz, która po tegorocznych życiówkach w maratonie (2:27:41) i półmaratonie (1:10:13), dołączyła w weekend do elitarnego klubu sub 32 na uliczną dychę.


Gratuluję świetnej życiówki i złamania 32 minut na dychę. Było z kim biegać w Kole, czy musiałaś radzić sobie w pojedynkę?

Dziękuję za gratulacje. Na początku była grupka mężczyzn, ale później już za nimi nie leciałam. Chociaż cały czas miałam kontakt wzrokowy. Praktycznie od 4 kilometra była samotna walka z czasem. Piątkę pyknęłam chwilę za oznaczeniem i wyszło 15:42. W zasadzie nie kontrolowałam międzyczasów, bo oznaczenia i tak nie były do końca dokładne. Na ostatniej prostej rzuciłam jeszcze okiem na zegarek, a tam 30:18, mówię – Boże, złamię 32 minuty!

Po biegu szybko pojawiły się obawy, czy na pewno wynik będzie ratyfikowany, jako rekord Polski. Wiesz coś więcej?

Próbowałam dowiadywać się u pana Janusza Rozuma i pana Tadeusza Dziekońskiego. Coś jest chyba nie tak z ważnością, jeśli chodzi o atest trasy. Atest musi być aktualizowany co 5 lat, a w Kole skończył się bodajże w kwietniu… Ale może się jednak uda i uznają mi rekord Polski. Najważniejszą kwestią, z tego co ustaliłam, jest obecność sędziów i pod tym względem nie było lipy. Najważniejsze, że udało się pobiec poniżej 32 minut. Jeśli będzie to uznane jako rekord Polski, to tylko wisienka na torcie.

Z takim planem przyjechałaś do Koła, żeby rozmienić 32:00?

Nie mieliśmy żadnych założeń z trenerem. Po prostu dostałam zaproszenie, a że jest forma, to chciałam jeszcze wystartować, pobiec w okolicach 32 minut i wygrać. Żartujemy sobie dzisiaj z trenerem, że jak nie planujemy, to wychodzi lepiej.

Szybko udało się zregenerować po półmaratonie w Poznaniu…

Bardzo dobrze się czułam. Może wynika to z tego, że w Poznaniu po piętnastce mocno zwolniłam przez kolkę. Nie „wyjechałam się” do końca. Inna sprawa, że miałam bardzo luźny tydzień. Rozbiegania, rytmy, dzień wolny. Odnowa, sauna, masaże. Nic wielkiego nie robiłam. Może to dało efekt. Chciałam już w tym sezonie zrobić rekord Polski w maratonie, chciałam w półmaratonie – nie udało się. Na 10 kilometrów zabrakło mi w sierpniu 5 sekund. Cieszę się, że w końcu dopięłam swego. Jeśli udałoby się jeszcze ten wynik oficjalnie zapisać, byłoby fajnie.

Trener był zaskoczony, czy raczej zareagował w stylu: ok, robota wykonana?

Teraz już nie było takiego zaskoczenia. Ale pamiętam, że jak w czerwcu mówiłam, że chcę atakować rekord Polski na dychę, to niedowierzał. Jak w sierpniu pobiegłam 32:12, to wtedy chyba mu trochę „kopara opadła”. Ale tak generalnie to trener ma we mnie dużą wiarę. Zawsze powtarza, że jak zdrowie będzie, to będą duże wyniki. Zna moje przejścia z kontuzjami. Dlatego na mnie chucha i dmucha. Czasami mnie ochrzania: „Nie biegaj tak szybko, bo się rozwalisz”. Odpowiadam: „Trenerze, jak mam świat gonić, skoro nie mogę zasuwać?”. Śmieję się, że obchodzi się ze mną jak z jajkiem.

W listopadzie chcesz jeszcze zaatakować rekord Polski na piątkę?

Śmieję się, że Kuba Nowak (KN jest organizatorem Otwartych Mistrzostw Polski Kobiet i Mężczyzn na 5 km, które odbędą się 7 listopada na PGE Narodowy – red.), nasz rodzynek w grupie treningowej, nie da mi odpocząć. Za 2 tygodnie w Warszawie postaram się powalczyć o nowy rekord na uliczne 5 kilometrów (RP wynosi 15:34 i należy do Grażyny Syrek – red.). Być może będę miała nawet pacemakera. Sama się zastanawiam czy jeszcze mi coś zostało w nogach? Ale z drugiej strony, co mi szkodzi? Jest forma, więc trzeba korzystać.

Forma jest stabilna. Pamiętam jak rok temu byłaś liderką naszej reprezentacji podczas mistrzostw świata w Gdyni, potem chyba wypadła jakaś przerwa na zaleczenie urazu i od wiosny już regularnie startujesz na wysokim poziomie.

To chyba pierwszy taki sezon, kiedy obyło się bez większych kontuzji. Chociaż z drugiej strony pamiętam, że jeszcze w czwartek przed Dębnem (chodzi o maratońskie MP, które odbyły się 18 kwietnia – red.) brałam zastrzyk. Podobno miałam złamanie talerza biodrowego. Wcześniej, w listopadzie byłam chora strasznie. Pamiętam, że bardzo się ucieszyłam, jak trener zdecydował, że jednak nie pobiegnę jesienią maratonu. Ale od dłuższego czasu jest spokój, zdrowie dopisuje. Można trenować, można startować i są rezultaty.

Izabela Paszkiewicz
Mistrzostwa Świata w Półmaratonie 2020

Jak przeżyłaś Dębno? Kamilowi Karbowiakowi zabrakło czterech sekund, żeby polecieć do Sapporo. Tobie trochę więcej, ale mimo wszystko igrzyska były na wyciągnięcie ręki.

Na początku byłam pewna, że nie jadę. Ogólnie miałam czwarty czas, dziewczyny lepsze, więc nie było tematu. Ale później zaczęłam dostawać sygnały od związku, że jednak będę brana pod uwagę. Minimum zrobiłam i po cichutku miałam nadzieję, że jednak pojadę do Japonii. Czuję się troszeczkę oszukana, bo narobiono mi dużo nadziei… Klub też działał i był w szoku, kiedy ostatecznie okazało się, że nie ma mnie w kadrze. Przez pierwsze dwa tygodnie chodziłam skołowana i rozbita. Nie mam pretensji do dziewczyn, ale myślę, że podchodziłyby do sprawy podobnie, gdyby były na moim miejscu…

Jak związek uzasadniał Twoje szanse na wyjazd na igrzyska? Chodziło o to, że wynik w maratonie Karoliny Nadolskiej był sprzed 2 lat?

Usłyszałam, że Karolina biegała dwa lata temu, więc musi się potwierdzić. Tymczasem później mówiła w wywiadach, że nikt w PZLA nie kazał się jej potwierdzać. Kiedy zadzwoniłam do związku, żeby się ostatecznie upewnić na czym stoję, to odniosłam wrażenie, że nie rozumiano o co mi chodzi. Coś w stylu: po co dzwonisz, przecież masz czwarty wynik? Wcześniej rozmowa była inna. Na pewno dla związku to była trudna sytuacja, wcześniej nie mieli takiego kłopotu bogactwa. Moim zdaniem, powinno się to uciąć na początku i powiedzieć jasno: Iza byłaś czwarta, jedzie Karolina. Nie byłoby dla mnie tematu. A tak, to czekałam, czekałam i nie wiem na co.

Może chcieli Cię trzymać „pod prądem” na wypadek, gdyby ktoś wypadł przez kontuzję?

Być może, ale jakiś niesmak pozostał. Może niepotrzebnie dzwoniłam się dowiadywać? Chcę podkreślić, że rozumiem Karolinę. Gdyby igrzysk nie odwołali, pojechałaby tam jako jedyna Polka, bo tylko ona miała minimum w roku 2020.

Na szczęście jeszcze wiele lat kariery przed Tobą, więc będzie szansa na niejedne igrzyska, co zresztą Karolina Nadolska pokazuje. Chciałem chwilę porozmawiać o maratonie w Berlinie, gdzie atakowałaś rekord Polski i skończyło się na życiowym 2:27:41. Dużo osób „umierało” w tym roku w Niemczech przez wysoką temperaturę. Warunki rzeczywiście dały się we znaki?

Słońce dawało już na rozgrzewce. Ale powiedziałam trenerowi, że nawet pogoda nie popsuje moich planów. Jak jest forma, to czuję, że nic nie przeszkodzi. W późniejszej fazie biegu były nawet 24 stopnie. Poprosiłam o pomoc Mariusza Giżyńskiego, który był moim pacemakerem. Prowadzenie na 2:26 miała też Niemka, ale szybko zorientowaliśmy się, że jest dużo wolniej. Po 13 kilometrze Mariusz zdecydował, że ruszamy. Mięśniowo dostałam w kość. Od 35 kilometra była tylko walka o to, żeby się schłodzić. Była umieralnia. Ostatnie 7 kilometrów bardziej mi się dłużyło, niż początkowe 35. Stopy piekły. Temperatura była tym bardziej odczuwalna, że u mnie w Terespolu na kilka dni przed maratonem było raptem 6 stopni. Chodziłam na treningi w czapce i rękawiczkach. W Berlinie do rekordu Polski zabrakło, ale jest rekord życiowy.

Kiedy Ty w ostatnią niedzielę wkraczałaś do klubu sub 32 na dychę, Letesenbet Gidey otworzyła klub sub 63 w półmaratonie. Jakie wrażenia po wyczynie Etiopki?

Oglądałam na żywo. Głowa mała. Dla mnie to jest szok i niedowierzanie. Ale, no co? Trzeba, trzeba. Jak Japonki mogą, Brytyjki mogą, my też możemy biegać na wysokim poziomie. Buty butami, ale robotę trzeba zrobić. 1:02? Nie mam słów.

U nas mężczyźni rzadko biegają 1:02… Jak 2 lata temu Krystian Zalewski zaczął regularnie łamać 1:03, był pod tym względem rodzynkiem w Polsce…

No tak, 1:02:52 to jest szok dla mnie, więc tym bardziej nie dziwię się chłopakom i ciekawe, co mają w głowie, gdy widzą takie wyniki. Nie zazdroszczę.

Wracając do Ciebie, to chyba dobrze, że po tegorocznych życiówkach w półmaratonie i maratonie masz niedosyt. W Poznaniu kolka, w Berlinie upał. W bardziej optymalnych warunkach te wyniki wydają się mocno zagrożone…

W Poznaniu myślę, że było dla mnie też troszeczkę za szybko. Piętnastkę mieliśmy tempem na 1:08. Nie byłam na to przygotowana. Jeszcze nie byłam. Powiedziałam trenerowi, że następnym razem wytrzymam ostatnią szóstkę. Nie było już tej świeżości. Za mną długi sezon. Pamiętam, że jak w sierpniu w Berlinie „zapaliłam” pierwszą piątkę w 16:07, to czułam luz. W Poznaniu było 16:25 i czułam, że nie jest komfortowo. Z kolei Karolina miała „dzień konia”. Gdyby koleżanka z Kenii nie zrobiła nam psikusa i nie zerwała tempa, to myślę, że przy równym biegu Karolina by to wygrała i może nawet zrobiła 1:08. Mam nadzieję, że wbrew zapowiedziom nie skończy kariery, tylko będzie jeszcze bić rekordy życiowe w kolejnych sezonach. Chodzi o to, żeby było nas jak najwięcej…

No właśnie, u kobiet ekipa zrobiła się ostatnio bardzo mocna i co ważne – stabilna. Aż 4 zawodniczki swobodnie łamiące 2:30 w maratonie, z czego to wynika?

Pandemia, pandemia (śmiech).

Myślisz, że faktycznie tu jest przyczyna?

Trochę się śmieję. Trudno mi powiedzieć. Zetknęłam się z takimi opiniami, że mało startów, więc można było skupić się na trenowaniu. W każdym razie fajnie, że coś się ruszyło, bo stało to w miejscu. Mam nadzieję, że będziemy się nakręcały i będą z tego wyniki. Wierzę, że będziemy goniły Europę. Tak jak powiedziałam – Japonki mogą, Brytyjki mogą, więc myślę, że my też.

Powiedz na koniec o planach na końcówkę sezonu. Start 7 listopada na 5 km będzie ostatnim w tym roku?

Tak naprawdę gdyby nie Kuba (Nowak – red.) to już miałabym roztrenowanie. Ale, że to jest nasz przyjaciel z grupy treningowej, to pobiegnę na jego zawodach. Cztery dni później są mistrzostwa Polski na 10 km ale już na sto procent postanowione, że tam nie wystartuję. Została tylko piątka 7 listopada, a później 2 tygodnie bez biegania. W przyszłym roku mistrzostwa Europy, mistrzostwa świata… Zapowiada się bardzo intensywnie, więc trzeba wreszcie porządnie odpocząć.

Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.