To jest technologiczny doping
25 czerwca 2021 Krzysztof Brągiel Sport

To jest technologiczny doping


Przez dwa lata jedyną osobą w Polsce z maratońskim minimum olimpijskim była Karolina Nadolska. 18 kwietnia tego roku wszystko zmieniło się za sprawą Mistrzostw Polski w Dębnie, podczas których wskaźniki uzyskały aż 3 nasze reprezentantki. Nie wzbudziło to jednak u rekordzistki kraju na 10000 metrów wątpliwości, czy to ona powinna pojechać na igrzyska. Wysoką formę potwierdziła 5 czerwca, z czasem 1:11:29 wygrywając półmaraton w hiszpańskim Granollers. Zapraszamy na rozmowę z Karoliną Nadolską, która bez ogródek mówi, co myśli o organizacji igrzysk w dobie pandemii i nowoczesnych butach z karbonową płytką. 

„Włożono nam do wkładek trochę technologicznego EPO i testosteronu (…) Nie wiem czy chcę być dalej w tym biznesie” – powiedziała nam Polka. 


Krzysztof Brągiel (Bieganie.pl): Udało się już wrócić z Europy do Alamosy?

Karolina Nadolska: Ciągle jestem w drodze. Granice Stanów Zjednoczonych dla obywateli Unii Europejskiej są cały czas zamknięte. Od dłuższego czasu próbuję się dostać do Stanów trochę okrężną drogą przez Meksyk. Wszystko dlatego, że jest to kraj uznawany przez rząd amerykański za bezpieczny, jeśli chodzi o pandemię. Jako obywatelka Europy mogę wjechać do Stanów, jeśli wcześniej spędzę 14 dni w Meksyku i właśnie tak zdecydowałam się zrobić. Zostało mi jeszcze 7 dni takiej kwarantanny i będę mogła wrócić do rodziny, która czeka w Alamosie. Byłam tam z mężem i córką, ale musiałam zjechać do Europy na start, żeby pokazać, że żyję i jestem zdrowa. Na plus jest to, że aktualnie przebywam w miejscowości San Luis Potosí, 2000 metrów nad poziomem morza, więc nadal są to wysokie góry, nie tracę treningowo w kontekście przygotowań olimpijskich.

Taki numer. Dziwiłem się, że powrót po starcie w Katalonii tak długo trwa, ale teraz już wszystko jasne. Porozmawiajmy w takim razie o tym co wydarzyło się 5 czerwca, czyli półmaratonie w Granollers. Jeśli ktoś miał wątpliwości czy Karolina Nadolska jest w olimpijskiej formie, to wynik 1:11:29 pokazuje, że jak najbardziej. To był mus, żeby potwierdzić dyspozycję? 

Na pewno wszystko się dla mnie skomplikowało po wiosennych maratonach, gdzie nagle zrobiło się dużo osób z kwalifikacją na igrzyska. Wiadomo było, że jestem bez startów. Nieładnie byłoby się nie pokazać. Miałam wynik z Hanoweru z 2019 roku (2:27:43 – red.) i zarzucano mi, że to dawno, choć przecież takie było okienko kwalifikacyjne.
Ja nie nadszarpnęłam żadnego regulaminu. Ale pojawiły się głosy, że mam stary wynik, więc wystartowałam. Choć nie ukrywam, że podróż do Europy kosztowała mnie sporo zdrowia. Musiałam na szybko organizować jakiś start, a umówmy się, że Katalonia, północ Hiszpanii, czerwiec – to nie są sprzyjające warunki. 23 stopnie na starcie, 25 na mecie, pełne słońce, 70 procent wilgotności, ale nie miałam tak naprawdę wyboru. Wyszło 1:11:29 (tylko 6 Polek w historii biegało szybciej – red.) z pełnego treningu, myślę, że przyzwoicie.
Czy jestem w formie olimpijskiej? Jeszcze nie. Nie byłoby dobrze, gdybym była w optymalnej formie na 2 miesiące przed igrzyskami. W każdym razie, myślę, że rozwiałam co niektórym wątpliwości czy to na pewno ja powinnam polecieć do Sapporo. 

nadolska4

Mówi pani, że byłoby nieładnie się nie pokazać w kontekście wyników, które padły w kwietniu w Dębnie, gdzie aż 3 zawodniczki wypełniły minimum olimpijskie. A czy był jakiś oficjalny przykaz Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, że musi pani wystartować? 

Nie, nie miałam absolutnie żadnego przymusu. Ani po Dębnie, ani wcześniej nie dostałam informacji, że muszę się potwierdzić. Start w Hiszpanii wynikał z mojej potrzeby pokazania osobom, które miały jakieś zastrzeżenia, co do mojej osoby, że jestem zdrowa i jestem w treningu. Chciałam być lojalna w stosunku do Polskiego Związku Lekkiej Atletyki ale też rywalek, które uzyskały minima na igrzyska olimpijskie. 

Po maratonie w Dębnie mówiło się, że pewne wyjazdu na igrzyska mogą być: Ola Lisowska i Angelika Mach, natomiast wątpliwości budziła trzecia osoba. Sam Zbigniew Rolbiecki zaznaczył w rozmowie z naszym portalem, że u panów sytuacja jest klarowna, natomiast u kobiet już niekoniecznie. Wedle wypowiedzi szefa bloku wytrzymałości PZLA walka o ostatnie premiujące kwalifikacją olimpijską miejsce miała toczyć się między panią a Izabelą Paszkiewicz…

Mam drugi wynik, dlatego nie wiem dlaczego ja i Iza miałyśmy toczyć jakąś walkę. Cały czas byłam druga (w okresie kwalifikacyjnym lepszy wynik, niż 2:27:43 Karoliny Nadolskiej uzyskała jedynie Aleksandra Lisowska 2:26:08 – red.), a przecież Dębno nie było trialem, przepisy nic nie mówiły o tym, że trzeba tam wystartować i być w pierwszej trójce. Absolutnie nie pojawiły się u mnie wątpliwości, że powinnam jechać na igrzyska. Ale rzeczywiście trochę moje plany się zmieniły w związku z tą sytuacją. W normalnych warunkach nie wracałabym na wariackich papierach do Europy, tylko szukała krótszego startu w Stanach. Podkreślę jeszcze raz, uznałam, że w sytuacji, gdy minimum mają 4 kobiety, nie wypada mi nie wystartować i się nie pokazać.

Przez 2 lata dziennikarze w artykułach na temat występów polskich długodystansowców zaznaczali, że jedyną osobą, która uzyskała minimum olimpijskie w maratonie jest Karolina Nadolska. Nagle, jednego dnia, wszystko się odmieniło. Co pani poczuła, gdy zobaczyła wyniki z Dębna? 

Pierwsza refleksja? Trochę mnie zdziwiły. Nigdy nie było takiej sytuacji, że mamy więcej minimów, niż miejsc. Druga refleksja była taka, że buty zrobiły swoje. Nie ma co przypisywać tym wynikom wielkich postępów związanych z treningiem. Mówię to otwarcie i z pełną świadomością. Z resztą nie tylko ja, analizują to biomechanicy, fizjolodzy, potwierdzają badania naukowe. Jeżeli jesteś w formie, są optymalne warunki i założyłeś buty z karbonową płytką, zyskujesz na tym między 2 a 3 minuty, a niektórzy nawet więcej.

nadolska2

Próbowałem dojrzeć na filmiku z półmaratonu w Hiszpanii w jakich butach pani biegnie, ale niewiele było widać… 

Jak już panu mówiłam podczas ostatniej rozmowy dotychczas biegałam w zwykłych butach za 50 dolarów z wyprzedaży. Ale dzisiaj mam też buty z karbonem. Przyjaciel mi je sprezentował, bo stwierdził: „Karolina, ty masz taki styl biegania, że te buty dadzą ci mega bodziec”.
Podam przykład. Biegałam na stadionie w Alamosie 10 razy kilometr po 3:25-3:27. Na ostatni odcinek zdecydowaliśmy z trenerem a zarazem mężem, że założę buty z karbonem. Proszę mi uwierzyć, że czułam się jakbym biegła na sprężynach. Ostatniego tysiączka pobiegłam z takim samym nastawieniem jak poprzednie, spokojnie, żeby się nie podpalać. Wyszedł w 3:09. Na wysokości 2300 metrów nad poziomem morza. Bez spinania się. Od 2008 roku jeżdżę do Alamosy i to był mój najszybciej przebiegnięty tam tysiączek, a mam 40 lat.

Ten but robi wielką różnicę. Nie boję się powiedzieć, że jest to doping technologiczny. Uważam, że światowe władze lekkiej atletyki zrobiły krzywdę biegom długim. Włożono nam do wkładek trochę technologicznego EPO i testosteronu. Nie zgadzam się z tym, bo umniejszamy wartość wyników, uzyskanych w erze przed karbonową płytką. W Hiszpanii pobiegłam w butach z karbonem i pomimo ciężkich warunków, wysokiej temperatury powietrza i wilgotności, energetycznie czułam się dobrze i była to zasługa butów. Ciekawe jest dla mnie to, że zawodnicy nie są skorzy do tego, żeby przyznać, że te buty naprawdę pomagają. Nie zauważył pan?

Jest rzeczywiście popularna regułka, że buty same nie biegają i bez odpowiedniego treningu niewiele by pomogły.

Oczywiście sam but nie pobiegnie, ale tak jak powiedziałam – jeżeli mamy dyspozycję i warunki atmosferyczne, to buty pomagają i powiedzmy to sobie szczerze. Nie czarujmy się, że nagle weszłam na inny poziom treningowy, że w 2019 roku męczyłem, męczyłem i nie mogłem zrobić minimum… Aż tu nagle pojawiły się buty. No kurdę, powiedzmy jak jest.

Czytałam niedawno wywiad z Peres Jepchirchir, która zapowiada, że pobiegnie półmaraton w 1:02. No ludzie, przecież człowiek jest tylko człowiekiem, znamy się na tym i wiemy, że pewne rzeczy są niemożliwe. Ale pewnie faktycznie dzięki tym butom, tyle pobiegnie. Nie wiem czy chcę być dalej w tym biznesie. Najbardziej szkoda starych mistrzów, ludzi, którzy w ciężkich warunkach wykuwali swoją dyspozycję i mogli liczyć wyłącznie na swoje mięśnie i serce. W tym technologicznym pędzie zapomni się  o polskich nazwiskach w biegu maratońskim z czasów przed butami z karbonowymi płytkami i prętami. Co dzisiaj znaczy 2:04 Hailego? Niewiele. Za to co dwa dni bity jest rekord świata kobiet na 10000 metrów. Za chwilę będą biegać po 28 minut. Przecież normalnie byłoby to niemożliwe. Cała prostota biegania została zniszczona technologią.

A czy rozwój technologiczny nie jest po prostu naturalną koleją rzeczy? Kiedyś biegało się na mączce czy żwirze, wszedł tartan i zaczęto biegać szybciej. Można powiedzieć, że to niesprawiedliwe dla starych mistrzów, którzy swoje rekordy ustanawiali na dużo gorszej nawierzchni. 

A proszę spojrzeć na rekord Polski na 10000 metrów (27:53.61 Jerzego Kowola z 1978 roku – red.). Wszedł tartan, rozwój poszedł do przodu a rekord pozostaje nadal aktualny. Chociaż nie wiem co się zaraz wydarzy, bo już słyszę, że wkładają do butów nie tylko płytkę ale też jakieś pręty, cuda wianki.

Bieganie było zawsze prostą sprawą – jesteś ty, są twoje mięśnie, jest twoje serce i nie może być tak, że but znacząco pomaga. Będziemy do tych butów teraz wkładać i wkładać? Przypomnę, że World Athletics nie wyssało minimum 2:29:30 z palca, tylko miał to być wskaźnik, który ograniczy liczbę startujących na igrzyskach. Prognozowano tylko 80 miejsc, a okazuje się, że nawet kraje, które zawsze miały problem z kwalifikacją, mają po 4 zawodniczki z minimami. Często są to kobiety biegające 34 minuty na dychę. Zawsze mi się wydawało, że żeby biegać szybko maraton, musisz mieć szybką piątkę i dychę, a te buty pokazały, że wcale nie. Na długim dystansie dają taką przewagę, że można pomimo słabej dychy zrobić minimum w maratonie. Ja przebiegłam kilkadziesiąt dyszek po 32 minuty, kilkanaście niezłych półmaratonów, a w maratonie tylko 2:26:31. Jeśli mi zdrowie pozwoli i motywacja dopisze, chciałabym jeszcze w życiu pobiec mocny maraton w butach z karbonem, żeby udowodnić, że te buty dają dużą przewagę.

nadolska3

Schodząc z tematu butów, chciałbym porozmawiać o tym, co czeka maratończyków w Sapporo. Warunki zapowiadają się równie ciężkie jak podczas mistrzostw świata w Dosze, gdzie World Athletics zostało solidnie skrytykowane, że narażono zdrowie biegaczy. Jak się pani zapatruje na japońską pogodę?

Podczas ostatnich mistrzostw świata w Doha na maratonie kobiet było 71 procent wilgotności i widzieliśmy jak to się kończyło dla większości zawodniczek. Przewidywania na Sapporo są takie, że będzie między 28 a 30 stopni i 86 procent wilgotności. To są warunki nie do życia, a co dopiero biegania długodystansowego. Uważam, że w Japonii duże znaczenie będzie miała logistyka związana z chłodzeniem organizmu. Te zespoły, które będą miały tę kwestię najlepiej rozpracowaną, najwięcej osiągną. Poza tym, na pewno trzeba będzie zacząć dużo wolniej, niż tempo na rekord życiowy.

Do Japonii wybiera się pani prosto z Alamosy?

Chcielibyśmy przylecieć do Sapporo prosto ze Stanów Zjednoczonych. Jak na razie, z rozmów które prowadzimy wynika, że jest to możliwe.

Są plany PZLA, żeby w Sapporo zrobić jeszcze obóz aklimatyzacyjny przed samym startem… 

Słyszałam o tym pomyśle. Z tego co wiem miałby trwać dwa tygodnie i w moim przekonaniu to jest za długo. Nie wiem jak pozostali maratończycy do tego podchodzą, ale ja chciałabym przylecieć do Sapporo na osiem dni przed startem. Tak zjeżdżałam ze Stanów na maratony do Osaki czy Jokohamy. Przypomnijmy, że żyjemy w pandemicznej rzeczywistości. Będziemy siedzieć w pokojach, bez kontaktu z innymi, nawet posiłki będą samotne. Myślę, że to dla układu nerwowego dodatkowe obciążenie. Moim zdaniem, te igrzyska organizowane są trochę na siłę, Japończycy co chwilę zmieniają regulamin, dopisują nowe podpunkty. Codziennie będziemy mieli robione testy, a to dodatkowa presja i straszna niepewność. Zwłaszcza, że można mieć wynik pozytywny a wcale nie mieć wirusa. Umiejętność radzenia sobie ze stresem okołostartowym będzie równie ważna jak sam bieg.

Jak wyglądają przygotowania? Wdrażacie z trenerem coś nowego przed igrzyskami czy idziecie starą sprawdzoną ścieżką?

Nic nie kombinujemy. Podążamy swoim schematem. Jedyne co, to zwracamy szczególną uwagę na przyjmowanie płynów na treningach – piję więcej i częściej. Będziemy też testować gadżety chłodzące: czy nie obcierają, jak je zmieniać na punktach, jak dopasować i tak dalej. Jeśli chodzi o sam trening, na pewno nie szlifujemy specjalnie prędkości, bo wiemy, że w Sapporo i tak ich nie wykorzystamy. Prędkości w Japonii się nie sprzeda, bo warunki na to nie pozwolą. Duża objętość jak najbardziej tak, ale wszystko na niższych intensywnościach.

O jakie gadżety chłodzące dokładnie chodzi?

Na przykład icepacki. Trzeba będzie je umiejętnie rozłożyć na ciele, żeby się trzymały i zmieniać co kilka kilometrów.

Trochę będzie w takim razie do dźwigania…

Nie wiem ile to może ważyć, kilogram? Mogę dźwigać i stracić parę sekund na całej logistyce związanej ze zmienianiem takich żeli, bo uważam, że w ostatecznym rozrachunku więcej to da, niż bieg bez chłodzenia.

A ponoć maraton był przenoszony z Tokio do Sapporo, żeby długodystansowcy mieli lepiej, chyba jednak nie do końca tak będzie? 

Maskowanie rzeczywistości. To jest różnica między 2 a 3 stopnie Celsjusza. Ale zawsze mogą powiedzieć: „Przenieśliśmy was w najlepsze warunki, jakie mogliście mieć, więc co narzekacie?”. Nie wiem czy pan słyszał, ale już MKOL wystosował pismo, w którym informuje, że będziemy musieli się podpisać pod dokumentem, że: „Jestem świadomy, że mogę ponieść śmierć na skutek wirusa, pandemii i udaru cieplnego”. Zabezpieczają się, bo wiedzą co tam czeka zawodników.

Tym bardziej trzymam kciuki za udany występ. Oby te trudne warunki, w których nie tempo biegu będzie najważniejsze, zadziałały na korzyść. 

Serdecznie dziękuję za rozmowę. Na pewno rozwaga i pokora będą kluczem, żeby osiągnąć w Japonii przyzwoity wynik. 

Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.