NB 1080v12
 
1 stycznia 2009 Redakcja Bieganie.pl Sport

Iza


BLOG
FORUM

Jak było?

iza_p1.jpg
izap_2.jpg
izap_3.jpg

Minęło już prawie 6 godzin od finiszu, mogę napisać. Pierwszy "kłopocik" to to, że się Julia zgubiła już w sektorze. Martwiłam się, bo chciała biec z nami, a została sama. Pierwsze 10 kilometrów jak na skrzydłach, trochę za szybko, jak na planowanie Piotrka, ale frunęliśmy. Po drodze spotykamy Życzliwego Sąsiada z żoną, widzimy też ich synka z dziadkami na chodniku. Piotrek, na szczęście, niósł ze sobą izotonik, nauczeni poprzednimi startami woleliśmy mieć coś do picia ze sobą. Pomogło. W tunelu zgubiliśmy trochę rytm, pobiegliśmy za szybko, wszystko przez, albo dzieki bębnom, które bębniły elektryzująco i fantastycznie, i to echo, które niosło po tunelu. Było pięknie. Na wybiegu z tunelu jakiś zawodnik zasłabł 🙁 Biegniemy dalej, przed nami podkręcanie tempa, tak było w założeniu. Pod Sanguszki chwilę podchodzimy, wcześniej zrobiliśmy trzy krótkie przejścia do marszu, w punktach i dodatkowo przy wyjściu z tunelu, bo trochę mi brakowało tchu po tych bębnach. Większość Sanguszki podbiegamy. Wbiegamy już na decydujące kilometry, mamy spory zapas czasu, wiemy, że damy radę zmieścić się w czasie, ale…nie mam już siły na przyśpieszenia. Zaczynam odpadać…jeszcze dwa kilometry. Mój mały dramat rozegrał się na 20-stym kilometrze, tuż za tabliczką 19. Rozbolał mnie brzuch, mocny skurcz w jelitach, bardzo bolesny. Na chodniku stoi pani Malina, krzyczy "Iza, dalej, dalej" pozdrowiłam ją, ale wiem, że nie dam rady finiszować, jak chciałam. Piotrek ma zapasy sił, ale zwalnia do mojego tempa. Mijamy kolejny zakręt, mój Boże, gdzie ta meta…przecież powinna być już niedługo…pamiętam mapę…mały zakręt i ostatnia prosta…gdzie ten zakręt…nie klęłam tym razem, raczej rozpaczałam nad sobą. Oceniałam czy dam radę dobiec, czy może wejdę na metę, brakowało mi oddechu, było mi niedobrze. Mówię do Piotrka, żeby biegł dalej sam, spotkamy się na mecie, ja muszę przejść na chwilę do marszu, bo nie daję rady. Kategorycznie odmówił, przeszliśmy na jakieś 100 m do marszu, pomogło. Zrobiliśmy to około 700 m przed metą. Wyznaczyliśmy sobie, że idziemy do pasów, potem zaczęliśmy biec dalej. Ostatnia prosta, szalony doping, widzimy metę. Po prawej stronie – Pani Renata, krzyczy: Iza, Iza…biegnę tylko siłą woli, jest adrenalina, nie ma energii, nie ma nic, wielka czarna dziura…Piotrek wyrywa na finiszu do przodu, wbiega tuż przede mną. Słyszę głos spikera: Wbiega Iza z Kobiecego Teamu Biegowego, dzięki Niej wiele kobiet zdecydowało się na bieg w półmaratonie…dalej nie słyszę, mam mdłości, rwie mnie, na szczęście nie mam czym wymiotować. Dostaję medal…całuję go…piękny, ciężki, o największej jak dotąd dla mnie wartości. Folia na plecach, idziemy dalej. Wchodzimy dosłownie na Malwinę i Damiana naszych trenerów z HP. Gratulują, pytają o czas, mówię, że chyba daliśmy radę złamać dwie godziny…są ze mnie dumni, Damian przytula…sami są mocno zmęczeni, chyba też dopiero co przybiegli…dalej widzę mieszkańca naszego osiedla, widywaliśmy się na treningach, podchodzi, gratuluje…
Odbieramy depozyt, idziemy do szatni. Po drodze, siadamy na murku, robimy fotki, które widzicie. Wychodzimy z szatni, kolejni znajomi, gratulują życiówki i tego, że wykonaliśmy założony plan. Idzie Julia, nasza Julia, co miała z nami biec i zgubiła sie już w sektorze przed startem. Śliczny wynik Julii 2:01:25…
Wracamy na metę, akurat wbiega Michalina…ależ byłaś szczęśliwa!!! Same endorfiny!!! Mija chwilka i wbiega na metę Jeff Galloway, wbiega w grupie Jeffa Ania. Idzie na bok, jest przy Niej synek. Podchodzimy z  Piotrkiem, Ania płacze…płacze ze szczęścia, zmęczenia, z emocji…z Niej endorfiny dosłownie "wypływają". Idziemy do samochodu. Mijamy się z Martą z teamu. Siadamy na ławce przy Uniwerku, jemy wafelki, pijemy…mam ochotę położyć się na ławce, ale zimna. Wysyłam SMS-a do Marka, Ali i Kasi…błyskawicznie przychodzi odpowiedź od Marka – Brawo. że miał czas odpisać…szacuneczek!!! Idziemy dalej, mijamy ludzi z medalami, uśmiechają się, dziś jesteśmy wyjątkowi, dziś my jesteśmy bohaterami. Przechodzimy obok kamienicy Wedla. Chcę czekolady. Należy nam się nagroda. Siadamy przy stoliczku. Dwoje lumpów, z workami na śmieci pod pachą, zmęczeni…piękni goście do pięknego lokalu. Podchodzi kelner, daje nam kartę. Tłumaczę nasz wygląd, uśmiecha się. Zamówienie przyjmuje inny kelner. Tłumaczę mu, że tak wyglądamy, bo właśnie skończyliśmy bieg. Jaki bieg? 21 km…ojej, to gratuluję. Gratuluje nam jeszcze raz na koniec, chyba zrobiliśmy na nim wrażenie. Przy stoliku zdjęłam czapkę…Piotrek spojrzał na mnie i powiedział: Wiesz co, lepiej ją załóż :-)))))))))))))
W domu dzieciaki przywitały nas oklaskami 🙂 Szybki prysznic i jedziemy na obiad z moimi rodzicami. Całą godzinę – tylko o bieganiu…w pewnym momencie powiedziałam, że możemy zmienić temat, jeśli chcą…nie chcieli, napawali się naszą radością. Byli z  nas dumni 🙂 dotykali medali, pytali o szczegóły.

Mam nadzieję, że zaspokoiłam ciekawość wszystkich czytaczy tego pamiętnika.

Na koniec jeszcze statystyka. Szykując się do tego biegu zrobiliśmy 650 km treningów. A odkąd mierzymy to, co biegamy – wybiegaliśmy właśnie 1020 km!!!

I jeszcze pytanie, ważne…dziś formalnie rozwiązuje się Kobiecy Team Biegowy. Zadanie spełniłyśmy, na liście startowej pojawiło się liczne grono kobiet i widać je było na trasie. Jednym z warunków uczestniczenia w tym przedsięwzięciu było pisanie bloga. Przez trzy miesiące czytaliście prawie codziennie moje wpisy…chcecie dalej to robić?

 2009-03-28

Ostatni wpis przed biegiem

Zrobiłam przebieżkę po blogach…ruch tylko u Michaliny, nie powiem natchnęła mnie…

Sprawdziłam też pogodę, nie będzie źle, przynajmniej cieplej niż zapowiadali jeszcze wczoraj. Piotrek zrobił próbę generalną stroju łącznie z czapeczką i okularami, Zuzia zapytała Go, czy tak będzie spał? Odpowiedział – nie, jeszcze założę buty!
Humory dopisują, jest dobrze. Jeszcze tylko spakować suche ciuchy do worka depozytowego na przebranie po biegu i można spokojnie przejrzeć gazetkę maratońską. Dostałam dziś sms-a od znajomej…będzie stała przy pomniku Powstania Warszawskiego…niezmiernie mi miło, że jej się chce, że przyjdzie na trasę. Być może też Doświadczony Piotr z rodziną będą na mecie. To świetnie, że chcą być z nami w tym dniu. Julia biegnie jutro z nami, złapała "zajączka" 🙂 Ania i Michalina biegną w drużynie "czerwonych czapeczek" a Ela? Ela pewnie też z kimś zajączkuje…nie zdradziła na jaki czas się zasadza 🙂

No to teraz niespodzianka, gdyby ktoś nie sprawdził na liście startowej jaki mam numer, to, tak wygląda Iza Przedstartowa 🙂

           izap_6.jpg         izap_5.jpg                

 2009-03-28

Jest wiosna

odkryłam to dziś na porannym wybieganiu.

Las pachniał wiosną, mokrą ziemią i zbutwiałymi liśćmi broniącymi się przed napierającymi źbłami trawy. Sroki i sójki wrzeszczały, sikorki trelowały godowo, latały małe brązowe motylki i spotkaliśmy też zaspanaego trzmiela…chyba, był duży i gruby…Wybiegliśmy przed 9…było cudownie…chyba czas zacząć sezon porannego biegania 🙂 Pokonaliśmy kilka stromych górek, żeby rozpędzić serducho i przypomnieć mu, co je jutro czeka, mięśnie w pełnej gotowości i tylko trzymamy kciuki, żeby pogoda na jutro się utrzymała.
Niedługo lecimy do miasteczka na spotkanie z KTB 🙂 Jutro o tej porze – powinno być po wszystkim…szkoda…:-(

A teraz konkurs – bez nagród…co będzie dziś u Antosiewiczów na obiad?

 2009-03-27

Zaskoczenie

Podchodzi dziś do mnie znajoma i mówi:

"Pani Izo, śledzę Pani postępy, podziwiem i życzę powodzenia w niedzielę"…w mailach – Iza, trzymaj się, dajesz radę…na kocim forum pytania o formę i życzenia sukcesu…to jest niesamowicie przyjemne, naprawdę. Dziekuję tą drogą wszystkim, którzy śledzili moje treningi, moje wzloty i upadki przez całe trzy miesiące. W niedzielę pobiegnę za Was wszystkich – niebiegających, ale dopingujących mnie do jeszcze cięższej pracy. Mam cichutką nadzieję, że ktoś, zachęcony moim przykładem pójdzie do sklepu, kupi buty i wyjdzie pobiegać…skoro Iza może, to czemu nie ja?

Jutro ostatnie bieganie przed godziną "W", robimy rano…potem mam walne, a o 15 wychodzimy na scenę przy zamku. Kobiecy Team Biegowy, mam nadzieję w silnym składzie, objawi się biegowemu światu.

 2009-03-26

Wolę nie myśleć

co będzie w niedzielę…obejrzałam dziś trasę półmaratonu, nawet przejazd samochodem zająłby kawał czasu

Trzy miesiące temu, zakładając ten blog, rozesłałam zaproszenie do wszystkich przyjaciół i znajomych królika, żeby obwieścić całemu światu na co się porywam…to nie tylko samochwalenie się, to działa motywująco…skoro tyle osób wie, nie sposób się wycofać 🙂 Wielu znajomych odwiedziło mnie wtedy na blogu, część zapewne ten jeden jedyny raz, bo cóż może być fascynującego w bieganiu, a tym bardziej w pisaniu o bieganiu. Był jednak ktoś, kto tytułem komentarza do mojej pasji i nowego projektu biegowego napisał: a z Wesołej na Bemowo jest akurat 21 km. Na Bemowie byłam w życiu ze dwa razy, raz pociągiem i tramwajem – epokowa długość podróży…teraz sobie uświadamiam, że mam to pobiec…mam pobiec odległość z Wesołej do Centrum Warszawy…z Wesołej do Mińska Mazowieckiego…w którą stronę nie mierzyłabym tej odległości, to nie staje się ani bliższa, ani krótsza…
Piotrek siedzi i przelicza, jaki dystans w jakim tempie…męskie podejście do sprawy, przeliczyć, zaplanować, wykonać…
Zaraz pobiegniemy na przedostatni trening…wszystko staje się takie namacalne i…chyba zbyt bliskie…może chciałabym dać sobie jeszcze miesiąc, jeszcze choć tydzień…może szkoda mi tych przygotowań, tych słów na blogu, tych spotkań z KTB…za trzy dni o tej porze Półmaraton Warszawski będzie historią…jedno jest piękne, po raz pierwszy to będzie także moja historia 🙂

2009-03-25
Żyję

i nawet poszłam na dzisiejszy trening.

Rano już normalnie bez gorączki i znów dołożyłam sobie dwie godzinki ekstra snu, pamaga, zawsze pomaga. Teraz wysączyłam herbatę z imbirem – może to polubię?
Pobiegliśmy późnym wieczorem…na nasze kółko – o dziwo, nie spotkaliśmy żadnego biegacza…Norek przewidział dziś jakieś śmieszne 4×250 m…sorry Norrie, zrobiliśmy 4 km…na kilometr, to szkoda się przebierać… 🙂 Jak widzicie humor mi wraca to i reszta sił wróci…z tego, co donoszą media (radiowe na przykłąd) to pomór padł nie tylko na mnie…podobno Kamil Dąbrowa też zaniemógł…nie przeze mnie, żeby nie było, przez net to się jeszcze nie przenosi…

2009-03-24

Tego nie brałam pod uwagę

Planując start myślałam o cieżkiej pracy uwieńczonej sukcesem, nie brałam pdo uwagę, że:

złapie mnie infekcja na kilka dni przed startem. Całą zimę nie miałam nawet kataru, biegałam przy minus 12 stopniech i nawet chrypki nie było, a teraz…wściekam się, wiem, niepotrzebnie. I tak, i tak pobiegnę, w końcu limit jest 4 godziny! Ale nie tak to planowałam.
Dziś dałam sobie 3 godziny snu ekstra, wszyscy wyszli z domu, a ja pod kołdrę…jutro może zrobię to samo. Mam watę w głowie, ale ból gardła przestał być uciążliwy. Jeszcze tylko ten stan podgorączkowy i błąkający się po głowie katar…z drugiej strony – do startu jeszcze:

4 dni, 20:37:58 🙂 według czasu Timexa…swoją drogą, czy firma wzięła pod uwagę zmianę czasu w dniu startu? 🙂

A i spróbuję te wódeczkę, skoro w Dubaju pomogło? Mam też pić herbatę z cytryną i imbirem…mleko z miodem i inne wynalazki, jedno jest pewne – będę nawodniona!!!!

2009-03-23
Znów o bieganiu

Przeglądając statystyki zauważyłam bardzo duży ruch na moim blogu, głównie przekierowania ze strony półmaratonu…trzeba więc zacząć znów pisać o bieganiu.

Po wczorajszej przerwie – pierwsza wolna niedziela od niepamiętnych czasów, chyba od końca lipca 🙂 spowodowała we mnie głód biegowy. Na dziś Norrie przygotował 2 X 2km w tempie docelowym półmaratonu na przerwie 2 minuty. Wieczorem szkoła muzyczna, flamenco i zarząd, więc, pobiegłam po 11. Dziś wieje, ale wiatr nie jest aż tak dokuczliwy jak ostatnio, jest taki bardziej, miękki…choć zza okna tego się nie da poczuć. Ubrałam się więc zimowo i – było mi za ciepło…spłynęłam pod moją różową czapusią kompletnie. Znów odezwał sie ból wierzchu stopy, ale, jak zwykle, pomogło przejście na 2 minuty marszu, drugie powtórzenie już bezboleśnie. Utrzymanie tempa też nie sprawia mi problemu, chyba, że w drugą stronę – biegnę za szybko. Wygląda więc na to, że od strony sportowej zrobiłam, co mogłam…teraz…no właśnie, strona niesportowa…czuję lekki niepokój. Jak to będzie, czy dam radę się opanować i nie zacznę gonić już na starcie. Czy równo rozłożę siły? Czy nie wróci ból stóp? Wreszcie – czy naprawdę muszę biec na konkretny czas? O której powinnam wstać, żeby się naprawdę obudzić (jestem b. niskociśnieniowcem)? Mamy przecież wtedy zmianę czasu. I prozaiczne – co zrobić z dzieciakami? Ciągnąć ich do miasteczka półmaratońskiego i zostawić na czas biegu, czy zostawić w domu przed telewizorem, niech wypatrują mamusię i tatusia…sama nie wiem. Z jednej strony – chciałabym, żeby poczuli atmosferę tej wielkiej imprezy, z drugiej – jakby pogoda miała być taka jak dzisiaj – to ja dziękuję, szkoda mi ich.

O widzicie, takie oto dylematy mam przed pierwszym półmaratonem w życiu…

2009-03-22

Koncert

Dziś był dla naszej rodziny dzień szczególny.

Najpierw Michał, teraz Zuzia, oboje śpiewali w chórze Il Canto Magnificat. Pod kierownictwem pani profesor Marty Zamojskiej-Makowskiej pięknie się rozwinęli. Michał na razie nie śpiewa, z powodu mutacji, ale jeszcze w wakacje koncertowali razem na Litwie. Dziś chór wziął udział w koncercie w Filharmonii Narodowej podczas cyklu koncertów dla dzieci prowadzonych przez Jadwigę Mackiewicz (Ciocię Jadzię). Dziewczyny dały piękny koncert. Niełatwo śpiewa się przed taką publicznością, ale zabrzmiały naprawdę wzruszająco. Ładuję właśnie plik wideo, który nakręciłam z ukrycia…widać – publiczność :-), ale jak zechcecie, to usłyszycie próbkę ich możliwości.

Podczas koncertu w klasztorze na Wigrach w wakacje – wyglądali tak:

iza_koncert.jpg

Jedyny facet – to Michał, teraz dziewczyny zostały same, bo Daniel zmutował do barytonu i nie ma kompana do głosu, a Michał na razie lekko skrzeczy 🙂 Nad chórem wiszą czarne chmury uporu i spory konflikt dorosłych, więc niestety to był prawdopodobnie ostatni koncert 🙁

Tu jest linka do kolędy Cicha Noc z płyty nagranej w zeszłym roku:

http://www.wrzuta.pl/audio/3ACd7eHiZR/09_cicha_noc

tu Jezus Malusieńki

http://www.wrzuta.pl/audio/m1aeXHBHAD/01_jezus_malusie

Dzisiejsza pierwsza część koncertu:

http://www.wrzuta.pl/film/pZyybYTfcK/20090322

2009-03-21

Wpadka z NIKE +

Wyruszyliśmy dziś do lasu, miało być 50 minut wolno i było.

Ciężko się nam biegło, Piotrkowi dokuczała znów pięta, a u mnie odezwał sie ból wierzchu lewej stopy. Jendak dwudniowa przerwa, to zdecydowanie nie jest dobry pomysł…:-( Biegniemy, biegniemy…Piotrek rejestruje trasę Garminem, a ja niosę w kieszonce iPod. Już po zakończonym treningu – niespodzianka…mój iPod nie włączył zapisu…nic, kompletnie nic nie wgram dziś do rywalizacji…jestem pewna, że zrobiłam tak jak zawsze, ale może podczas blokowania klawiatury coś niechcący nacisnęłam…czasami mam wrażenie, że to nie jest sprzęt dla mnie. W rękawiczkach nieobsługiwalny, kółko raz za daleko, raz za blisko…może mam za grube paluchy do tego sprzętu, a może poświęciłam mu za mało czasu, sama nie wiem…

Ale jest jedna pozytywna sprawa z dzisiejszego treningu, nowe okulary się sprawdziły 🙂 i wyglądam w nich kosmicznie 🙂

Na koniec zaproszenie na jutro…KTB z przyległościami, także męskimi (podobno) ma się jutro spotkać w samo południe pod kolumną Zygmunta, będzie gazetka maratońska i bieg w formie happeningu z rozdawaniem tejże gazetki przechodniom…bardzo żałuję, ale przy takiej ilości osób w teamie, trudno ustalić termin dogodny dla wszystkich (dobrze, że półmaraton mamy zaplanowany ;-))

Jutro o 12 będę w filharmonii na koncercie, w którym bierze udział moja Zuzia. Dziś były dwie próby, w tym jedna już na scenie. Jestem tym podniecona, Zuzia też, wiadomo. To dla nas wszystkich święto. Po koncercie idziemy na rodzinny obiad. Posyłam ciepłe myśli wszystkim uczestnikom jutrzejszego spotkania i zamawiam dla Was piękne słoneczko.

2009-03-20

Okulary

Dziś będzie o okularach.

Biegam już jakiś czas, biegam zawsze w okularach, optycznych, nie sportowych. Mam sporą wadę wzroku i mimo, że nie jest tak, że bez okularów ślepnę, to jednak, od 1-go roku życia mam coś na nosie…poza tym – bez okularów nie widzę wystarczająco ostro, żeby cieszyć się światem. Uprawiałam więc moje bieganie w zwykłych okularach. Mam fantastycznego optyka, który wie, jak ułożyć oprawki do twarzy, nie zjeżdżają więc po nosie, nie odgniatają, nie mam ran za uszami (a bywało tak onegdaj). Bieganie więc w dobrze dopasowanych okularach nie jest uciążliwe. Do czasu…na przykład ostrego słońca. Kiedy cała ludzkość chodzi w okularach przeciw słonecznych – ja w moich okularach. Biegam więc w czapeczce z dużym daszkiem, trochę pomaga. Tak było do dziś. Od dziś jestem właścicielką całkiem nowych okularów. Są to sportowe okulary z wymiennymi szybkami – jasną i czarną, a od strony twarzy, tuż za szybką jest dodatkowa oprawka na szkła korekcyjne. Efekt jest taki, że kiedy świeci słońce, mam okulary przeciwsłoneczne, a widzę świat, jakbym miała swoje okulary. Cudownie…już nie mogę się doczekać pierwszego treningu w moich nowych okularkach. Rozumiem, że na półamaraton zamówiono ostre, wiosenne słońce 🙂

To są moje brand new okularki:

http://www.centrostyle.it/centrostyle_sito_uk/scheda.jsp?NomeSezione=MEN_glasses&item=Sport%20Eyewear&file=SUN_PROTECTION&famiglia=GLASSES&Nfam=3&subitem=Sport%20Eyewear&PaginaCaricata=26&Nfine=26

2009-03-18

Pokusa

żeby nie wyjść na ten wiatr, była wielka…tak wielka, że ja siedziałam ubrana do połowy, a Piotrek dwa razy zdejmował bluzę.

W końcu pobiegliśmy…wiadomo, a może ten wiatr zwiastuje koniec świata i to była nasza ostatnia szansa? 😉 Jeszcze parę innych osób chyba tak pomyślało, bo spotkaliśmy na trasie jeszcze trzech biegaczy, w tym jednego znajomego. Żadnej kobiety 🙁 Wybiegliśmy, zdawać by się mogło z wiatrem, żeby nas trochę pchał…no tak się tylko zdawało, bo po niecałej minucie wiatr zdecydowanie wpłynął na zwiększenie naszego wysiłku. Dziś był prawdziwy test wiatroszczelności naszych ubrań. Najsłabszym ogniwem była – siateczka w butach :-). Moja nowiuteńka, śnieżnobiała kurteczka NIKE (podobno dziewczyny przestają biegać w czarnym) była jak pancerz…super się sprawdziła. Getry wzięłam zimowe, to był dobry pomysł. Nie zapomniałam o rękawiczkach, a na głowę włożyłam uniwersalny rękaw sportowy, a’ la babuleńka spod kościoła i wcisnęłam na to opaskę…wiało tylko lekko po czubku głowy…de gustibus non disputandum est – nieważne jak wyglądałam, ważne, żeby się chronić. Nie możemy zaryzykować przeziębienia na 10 dni przed startem…Mimo opatulenia już po 5-ciu minutach żałowaliśmy, że opuściliśmy cieplutki domek, ale niesportowo byłoby od razu wracać, przebiegliśmy więc kółeczko do końca, ale żadne z nas nie miało ochoty na powtórkę. Dziś więc, całkowite minimum, tylko tyle, żeby ruszyć mięśnie po wczorajszych interwałach.

A dla niektórych wiatr jest natchnieniem twórczym, zobaczcie jakie to piękne:

iza_zdj.jpg

K. Winiarska "Wiatr"

2009-03-17
Od jutra końcowe odliczanie

Zostało 11 dni…pokazuje zegar timexu na stronie półmaratonu…czuję dreszcz…

Miałam dziś zrobić nasz trening w ciągu dnia, wieczorem dwa zebrania i dużur radnej, mogłabym wybiec dopiero po 22. A tu deszcz. Leje, siąpi, kapie, zacina, dżdży…wszystkie rodzaje deszczu tylko nie te rozpogodzenia, co je zapowiadali. Cóż, czekam cierpliwie, w końcu przestanie…albo…no jakby nie przestało pobiegłabym w deszcz, byłam zdesperowana. Michał wrócił od kolegi cały mokry, akurat lało. Chwilę potem piękne słońce. To ja w WIOSENNE getry wskakuję, maszynki do pomiaru wszelkiego zakładam, róziowe butki na nogi i w drogę. Biegnę, słoneczko w oczy, nic to, biegnę…zrywa się wiatr, kalenji rules – bluza odpiera atak, biegnę dalej…uszy mi marzną – wzięłam czapkę WIOSENNĄ (w końcu zaklinamy tę wiosnę), dobrze, że nie odpuściłam rękawiczek…jak znalazł na ten wiatr. Biegnę dalej…godzina lanserska…zwolnił samochód, to pan Marek, tata Piotra (Życzliwego Sąsiada), pozdrawia mnie…biegnę dalej, chmurzy się, nic to, jeszcze tylko 3 interwały…zaczyna padać…pada coraz mocniej…świeci słońce pada deszcz, będzie tęcza? Ogladam się za siebie, nie ma 🙁 przestał padać deszcz – zaczął grad…biegnę dalej…dobrze, że mam chociaż czapkę, jeszcze tylko dwa interwały. Wyjrzało słońce, o jak pięknie. Na chodnikach mało kałuż, za to na brzegach ulic – rzeczki. Czuję, że mam mokre getry na łydkach, ale biegnę dalej, właściwie to już koniec treningu. Tylko dobiec do domu. W tym momencie bardzo miły kierowca wjechał z impetem…teraz już mam wszystko mokre…dobrze, że moja śliczna, biała kurteczka została w domu. Piszę Wam to wszystko, a za oknem wiatr i deszcz…widać, ta przerwa, to jedno przejaśnienie, było dziś dla mnie 🙂

2009-03-15

Pytanie do biegaczy doświadczonych

Wczoraj byłam tak zmęczona, że nie mogłam spać. Pierwszy raz w życiu trafiło mi się coś takiego. Najpierw było mi bardzo zimno – zasnęłam w skarpetkach, a potem budziłam się co godzinę z dziwnym uczuciem zmęczenia…okropne.

Mam pytanie do doświadczonych biegaczy/biegaczek. Podczas biegu, kiedy tętno wzrasta mi w okolice 180 – 190 zaczynają mi puchnąć ręce. Mocno, gdybym wtedy chciała zdjąć obrączkę, to razem z palcem. Czy można coś na to poradzić? A jeśli nie, to co robić w trakcie biegu? Są jakieś sposoby…dolegliwośc jest uciążliwa i jestem pewna, że czeka mnie to na półmaratonie. W kabatach było za każdym razem. Właściwie nie puchną tylko na b. wolnych wybieganiach.

2009-03-14
Najcięższy trening za mną

Na dziś Norrie przygotował trening specjalny, tylko dla najtwardszych 🙂

I zrobiłam ten trening, po całym dniu wiosny…sobotniej wiosny, czyli było mycie samochodu, prace w ogrodzie i sprzątanie domu…Wybiegliśmy o 19…na nasze kółko…w perspektywie było przebiegnięcie 4 kółek z dokrętką…porażka…nuda…nie wiem co jeszcze, ale czego nie robi sie dla wyniku. Ruszamy, najpierw wolno – 6.10, przez 20 minut, potem 5 km w tempie docelowym półmaratonu – czyli 5.35, następnie 10 min wolno, potem 3 km w tempie 5.35, potem znów wolno 10 min, kolejne 2 km w tempie 5.35, by zakończyć wolno przez 15 min. Lekką ręką – 18 kilo!!! Założyłam pulsometr, w kieszeni iPod, Piotrek ma na ręku Garmina, w którym zaprogramował cały trening. Ruszamy…czuję ból w stopach, ale nie odpuszczam. Nie mogę podarować sobie okazji zmierzenia się samej ze sobą. Wiecie, jak to jest. Ruszamy w tempie docelowym półmaratonu, ból ustępuje, biegnie mi się dobrze…Piotrkowi gorzej…po 2,5 kilometra Piotrek odpada, ból goleni jest nieznośny. Mam dylemat wracać z nim do domu czy biec dalej? Piotrek oddaje mi garmina i sam wraca. Jestem cyborgiem…na lewym ręku mam Garmina i pulsometr, pod biustem opaska mierząca tętno, w prawej kieszeni iPod, w lewym bucie czip…jedna wielka kodowana cyfrowo informacja. Biegnę dalej. Wkładam słuchawki…leci mój trening na 177 bitów. Polecam ściągnięcie sobie muzyki zmiksowanej przez DJ-a, biegającego DJ-a, w różnych rytmach, każdy znajdzie rytm dla sibie, dostosowany do długości kroku, ja biegam do 177 bitów. Linka w moim blogu. Na chodniku tylko jeden biegacz…nie dziwne…przy takiej pogodzie, w sobotę, wszyscy pobiegli w dzień…5 km zrobione, przechodzę do wolniejszego tempa, kilka łyków izotoniku z maleńkiej buteleczki przytroczonej w pasie. O, to jest to, co misie lubią najbardziej. Od razu czuję, że tego potrzebowałam. Muzyka zastępuje mi Piotrka, a zmęczenie nie pozwala mysleć o jego poworocie do domu. Zerkam na pulsometr, w wolnym tempie tętno spada do 160, to dobrze. Przerwa nieeejst tak długa, jakby sie mogło zdawać. Kolejny szybszy odcinek. Znam ten chodnik już na pamięć…wiem, gdzie mogę się spodziewać końca 3 km. Niewiele się pomyliłam. Patrzę na wyświetlacz koło cukierni, jeszcze 600m…uśmiecham się do siebie…600 m – przeklęty dystans z podstawówki, ZAWSZE byłam ostatnia, zawsze umierałam na mecie, a teraz myślę: O, już tylko 600 m mi zostało 🙂 Znów wolniejsze tempo, znów łyk izotoniku. Mam jeszcze suszone morele, ale nie czuję potrzeby doładowania cukrami. Przebiegam koło Lidla, na przystanku leży czerwony owoc dzikiej róży…mijam go kolejny raz…ja biegnę, a on leży tak sobie i nic…Boli lewa stopa…na podeszwie mam takie zgrubienia skóry, nazywają sie mozele…to one bolą…uczucie, jakby się zawinęła skarpeta…biegnę i biegnę i czekam na te magiczne endorfiny, czy pomogą na mozele? Nie pomogły, do samego końca bolało. Moja treningowa muzyczka trwa tylko godzinę, skończyla się, teraz lecą losowo różne utwory, biegnie mi się ciężej, bo jakoś tak wybija mnie to z rytmu…ale nie wyłączam muzyki…niech leci…przynajmniej nie jest tak nudno. Nie wiem ile kółek już zrobiłam, spod bloku wyjeżdża moja siostra z meżem, poznali mnie, macham do nich. To chyba już ostatnie kółko…widzę napis na garminie – KONIEC TRENINGU. Fajnie, ale do domu jeszcze ponad kilometr, biegnę więc dalej. Jeszcze górka po drodze, robię solidny podbieg. Czuję zmęczone uda…mozele pieką…ale nie przechodzę do marszu tylko solidnie biegnę do końca. Zatrzymuję stoper…wyświetla się czas 1.51.47 odległość 19,1 km. To oznacza, że da się zrobić ten cholerny półmaraton w dwie godziny…dziś w to uwierzyłam…poza tym, PO RAZ PIERWSZY W ŻYCIU biegłam bez przerwy przez 1.51.

Na koniec napiszę jeszcze coś, co przeczytałam kiedyś w jakiejś biegowej prasie. Tylko 1% ludzi na świecie potrafi biec bez przerwy przez godzinę…czujecie to…jesteśmy wybrani!!!!

2009-03-13
Bez większej ilości kobiet – jesteśmy bez szans

Dziś pierwszy dzień rywalizacji Ona czy On…

Nie chcę być czarnowidzem, ale po pierwszym dniu faceci biją kobiety o 100%. Wszystko z dwóch powodów, moim zdaniem. Po pierwsze – obiektywnie rzecz biorąc więcej facetów biega, i to nie tyko w Polsce. A po drugie – kobiety, nawet, jak biegają, to niekoniecznie z gadżetami…czego nie można powiedzieć o mężczyznach…

Ale, żeby nie było, że jakaś ze mnie feministka. Albo, że za ambitnie podchodzę do tego wyzwania. Traktuję to jak zabawę…biegam i tak, dlatego wrzucam moje treningi do wspólnej puli razem z innymi kobietami na świecie. Jutro dorzucę prawie 18 km, a co 🙂 W naszym domu ja mam przewagę, bo Piotrek biega ze mną, a tylko ja mam system NIKE+ :-)))))))))…ale on ma nowsze buty :-/ Pojechał dziś do p. Jacka i wrócił z pięknymi (jak można robić tak piękne męskie buty!!!!) New Balance’ami. Do tego zaczął zaklinać wiosnę, bo nabył drogą kupna krótkie spodenki i brand new koszulkę – oczywiście z krótkim rękawem…czy on wie coś na temat pogody na półmaraton, o czym ja jeszcze nie wiem?

Zobaczcie jakie śliczności:
iza_5.jpg

2009-03-12
Niespodzianka

Dziś rano byłam w telewizji…nikomu nie mówiłam, bo to krótkie wejście w Pytaniu na śniadanie…prezentacja na modelu – mody biegowej.

No ale trochę zamieszałam. Najpierw w telewizji, bo oprostestowałam halówki i założyłam moje brand new butki róziowe i skarpetki, do kompletu tej samej firmy. Potem podczas nagrania przedstawiono mnie jako dzielną mamę trójki dzieci, która biega…to sprawiło, że dziewczyna, która zna mnie tylko wirtualnie wparowała do pokoju, gdzie był włączony telewizor i mnie namierzyła 🙂 Pani fryzjerka w telewizji wyprostowała mi włosy prostownicą. Pierwszy raz poddana byłam takiemu eksperymentowi, efekt jest oszałamiający…aż zrobiłam sobie nową fotkę, którą będę zamieszczała przy moich tekstach w Wiadomościach Sąsiedzkich 🙂 Tyle z rana…

iza_3.jpg

Na trening wybiegliśmy późno. Dziś były podbiegi. Muszę to napisać…jeszcze miesiąc temu było mi bardzo ciężko, dziś – to była przyjemność, naprawdę, tętno skoczyło mi tylko do 182. Marku, miałeś rację…jeszcze się będę dziwiła, że kiedyś biegałam tak wolno! Poza tym, wiecie co? – czuję już lekkie podniecenie z powodu startu i jestem bardzo sumienna w treningach. Wiem, że co wypracuję dziś i jutro – to zaowocuje, co odpuszczę – to będzie miało wpływ negatywny. Czasu nie cofnę, tyle, co wypracuję, to moje.
Dziś, oprócz kilku znajomych już biegaczy, spotkaliśmy świeżaków, wiosna idzie, niektórzy poczuli zew…Mieliśmy też bardzo miły akcent…Biegaliśmy na Jana Pawła, u nas na osiedlu, przy gimnazjum jest takie niewielkie wzniesienie. Tuż obok jest rondo, na którym zawraca autobus linii 173. Autobus rusza z przystanku krańcowego, najeżdża na rondo i mruga nam światłami. Oboje to widzieliśmy, ale wiecie, mrugać można z różnych powdów. Ten sam kierowca, po zawrotce na rondzie, patrzył w naszym kierunku, podniósł rękę z kciukiem do góry i pomachał nam radośnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek to przeczyta, ale pozdrawiamy pana kierowcę z autobusu nr boczny A 528, który dziś obsługiwał liniię 173…to było super…mam wrażenie, że za kierownicą siedział biegacz…tak mi coś intuicja podpowiada.

Na koniec napiszę jeszcze o mojej nowej zabawce. Kiedy pewien mężczyzna tłumaczył mi, że obsługa iPoda jest intuicyjna, myślałam sobie: pewnie dla facetów. Dziś wróciłam z treningu i podłączyłam iPoda do kompa….wszystko zrobilo się samo, pojawiłao się tylko okno dialogowe z pytaniem, czy chcę zobaczyć wizualizację mojego treningu na stronie Nike +. Super. A od jutro rusza rywalizacja….nabijam kilometry do ogólnoświatowej puli w Wielkim Kobiecym Teamie…brzmi dumnie…

2009-03-11
Dziś po raz drugi.

Pierwszy raz zdarza mi się pisać drugą notkę tego samego dnia…ale…no właśnie.

Dziś dołączyłam do społeczności NIKE + i co poniektórzy w domu, szczególnie męska część młodszego pokolenia, mocno mi zazdrości. Powiedziałam mu: Synu, zaczniesz biegać – też będziesz się mógł Ipodem pobawić 😉 Okazało się, że technika wcale mnie nie przerosła i poradziłam sobie ze wszystkim. Teraz mogę popatrzeć jak to mi poszło na treningu…ale, co fajniejsze, widzę, jak ludzie na całym świecie biegają i to jest niesamowicie motywujące! Poza tym, czuję się jak w wielkiej rodzinie. Naturalną konsekwencją biegania w systemie NIKE + będzie podjęcie kolejnego wyzwania biegowego, ale o tym innym razem 🙂

2009-03-11
Nowe umiejętności

Dziś się postanowiłam czegoś nauczyć…i udało się…będzie teraz na moim blogu jeszcze ciekawiej, bo bardziej kolorowo. Umiem wklejać fotki 🙂

Zacznę od moich dzieciaków…zdjęcie zrobione w wakacje…kto zgadnie gdzie?

iza_2.jpg

Od lewej: Michał, Tysia, Zuzia.

Razem z nami mieszkają dwa koty, które przez czas swojego pobytu w naszym życiu, wywalczyły sobie prawo bycia członkami rodziny. Twarda jestem tylko w jednej kwestii – śniadanie najpierw szykuję dzieciom, koty MUSZĄ poczekać. Kto ma kota wie, jak trudną sztuką jest wytrwać w takim postanowieniu. W kwestii wspólnych wakacji jestem już bardziej miękka i zostają w domu tylko wtedy, gdy nie wiem, w jakich warunkach będziemy mieszkać…a i samolotem też nie latają 😉

Pozwólcie, że Wam przedstawię najbardziej wyluzowanych mieszkańców naszego domu, Otis ( jasny) i Sonia (niebieska):

iza__1.jpg

I to by było na tyle z rana 🙂 Dziś trening późnym wieczorem…dlatego na razie nic o bieganiu 🙂

2009-03-10
Nie było tak źle

Prawdę mówiąc, trochę bałam się dzisiejszego biegania. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać.

Nie wiedziałam, jak zareagują moje nogi na kolejne wyzwania. Nadzwyczaj dobrze, tak sądzę. Nie powiem, przyłożyłam się do rozgrzewki, bo czułam niektóre mięśnie, na zimno. Na naszym kółku okazało się, że mięśnie pracują, stawy się smarują i generalnie, o co biega? 😉 Dziewczyny z teamu mówiły w niedzielę, że dla nich plan Norriego to czarna magia…to poszpanuję trochę…zrobiłam: 1,5 km truchtem na rozgrzewkę, parę ćwiczeń rozciągajacych i plan główny: 4 razy 1 km w tempie docelowym półmaratonu, na przerwie 90 s. Potem dodałam jeszcze fazę wychładzającą, a w domu rozciągnęłam to i owo, coby jutro nie schodzić po schodach tyłem. Ależ profesjonalnie zabrzmiało, co nie?

W marcu – jak w garncu…wybiegałam w deszczu ze śniegiem, wracałam w słońcu…jak ja bardzo pragnę wiosny, jak bardzo…
Macie jakieś wiadomości? Czy organizatorzy Półmaratonu zadbali o dobrą pogodę?

2009-03-09
Dziś krótko
Treningowo – zasłużony odpoczynek.

Po nocnym odpoczynku – wcale nie czuć dystansu w mięśniach. Jest super.

A na Kabatach w sobotę było tak:

http://www.silne-studio.pl/Kabaty_zakret/target127.html

2009-03-08
Zrobiłam to…

Zanim przystąpiłam do KTB byłam w trakcie przygotowań według innego programu i miałam za sobą przebiegnięte 18 km…dziś zrobiłam krok dalej.

Wczorajsze Kabaty rozochociły nas do zrobienia czegoś szczególnego dzisiaj. Nawet nie brałam się za pranie butów, bo już wczoraj postanowiliśmy zmierzyć się z dystansem. Trzy tygodnie wystarczą, żeby wylizać ewentualne rany, gdyby takowe powstały. Założenie – zrobić wolniutki cross po naszym lesie, z przerwami na marsz co 5 km, trochę legły w gruzach, jak zobaczyliśmy rano świeżutki śnieg…Wyjeżdżałam rano do radia z nastawieniem, że po powrocie i po kościele – jednak to zrobimy, śnieg zaczął topnieć, a buty i tak bardziej brudne być nie mogły.
Wychodziliśmy z domu z nastawieniem, że najwyżej, jak będzie ciężko, to skrócimy dystans. Pogoda wilgotna, ale powietrze łagodne, dość szybko zdjęłam kurtkę. Po wczorajszym wysiłku czuć było w łydkach lekkie ciągnięcie. Dla mnie najtrudniejsze było pierwsze 5 kilometrów, odezwał się ciągnący ból łydki i w drugiej nodze mocny ból na wierzchu stopy. Z ulgą przyjęłam przejście do marszu. Wyciągnęliśmy izotonik i pierwszą przerwę poświęciliśmy na nawodnienie. Ruszyliśmy dalej, znów wolnym tempem. Nie biegliśmy na czas, tylko na dystans, miękkie podłoże, błotko, czasami, jak to określiłam – całuśna trasa, tylko cmokało pod butami. Kolejna 5-tka minęła jakoś tak zdumiewająco szybko. Tym razem posililiśmy się suszonymi śliwkami. Polecam jako posiłek regeneracyjny – właśnie suszone owoce…od razu dają kopa. Szczególnie, jak je popić izotonikiem 😉 Biegniemy dalej. Odeszliśmy od planu – biec w jedną stronę 10,5, a potem wracać po śladzie, bo trafiliśmy po drodze na okropny, zaśmiecony i ciemny las i postanowiliśmy nie wracać tamtędy. Zresztą ja wolę biec ciągle nową trasą, niż pokonywać te same górki w obie strony. To taki zabieg psychologiczny…skoro w tamtą stronę dana górka dała mi w kość to w drodze powrotnej dokopie mi jeszcze bardziej. Wracamy więc inną trasą, licząc na to, że nam nie zabraknie kilometrów. Biegnie nam się dobrze. Nad nami oznaki wiosny, dwa klucze dzikich gęsi, wracają do nas, będą gody. Zreztą gody słychać w każdych zaroślach. Sikorki śpiewają, aż w głowie się kręci, na mokradłach kłócą się o partnerki kosy. Niektóre już pięknie zawodzą pieśni miłosne. A leszczyny – już sypią pyłek. Będzie dobrze, wiosna w końcu przyjdzie. Na ścieżce obok zamajaczył nam inny biegacz…a poza tym…strasznie dziś pusto w lesie…wszyscy chyba siedzą w galeriach i świętują dzień kobiet. My wybraliśmy inny sposób na świętowanie…No dobra, nie martwcie się, nie będę pisała tak długo, jak biegliśmy…nie będę Was zamęczać…Na ostatnim odcinku biegło mi się całkiem dobrze, tętno tylko trochę podskoczyło, co oznaczało zmęczenie, ale w tym tempie mogę biec i biec. Czułam już trochę stopy…niby skarpeki ok, ale skóra nieprzyzwyczajona do aż takiego maltretowania. Piotrek wysiada, brakuje mu sił…mówi, że gdyby ważył ze dwadzieścia kilogramów mniej, to pewnie też by tak brykał jak ja. Wczoraj on mnie wspierał, dziś była kolej na mnie. Zrobiliśmy jeszcze jedną przerwę na marsz. Na zegarze już 20 km, do domu naprawdę blisko, dokręciliśmy jeszcze trochę dłuższy zbieg i udało się…PIERAWSZY RAZ W ŻYCIU zmierzyłam się z tym dystansem!!!! Na koniec podam Wam czas…2 godziny 35 min…to czas leśnego crossu na tym dystansie…i naprawdę było normalnie, bez szału, bez dramatów, bez euforii…ot długie wybieganie. Z objawów fizjologicznych – lekki bół w pachwinach, i pod koniec ciągnięcie z tyłu ud… a teraz?…teraz bolą mnie nogi nawet jak siedzę 🙂 w końcu wczoraj i dziś przebiegłam 3/4 maratonu 🙂

Zapytacie, czy jestem z siebie dumna? odpowiem Wam – BARDZO 🙂

2009-03-07
Kabaty, Kabaty

Kolejny sprawdzian za nami.

Jejku, jak sobie pomyślę, że nastęny sprawdzian to będzie TEN BIEG, to mi jakoś tak dziwnie. Dziwnie z dwóch powodów. Po pierwsze, kiedy zaczynałyśmy biegać w Teamie, to wydawało mi się, że do startu jeszcze tyyyyyyyyyyyle czasu, a tu…niewiele już zostało. Po drugie – zżyłam sie z dziewczynami, pobiegniemy Półmaraton i co dalej? No właśnie…odpowiedź fundacji to Maraton Warszawski. Pytam więc siebie, czy aby na pewno tego chcę. Moje plany biegowe to miało być w tym sezonie kilka pólmaratonów, a dopiero w przyszłym roku maraton. Dziś na przykład miałam spory kryzys, zbrakło mi paliwa. Na 7-dmym kilometrze było mi niedobrze ze zmęczenia…pytałam Piotrka po co robimy to wszystko?…wtedy zdecydowanie odpuściłam sobie biegnięcie na założony wynik. Ale miałam mojego "dobrego anioła", który powtarzał, że dam radę. Jak zwykle na 9-tym kilometrze, kiedy zobaczyłam metę, coś tam dodało mi skrzydeł. Tuż przy mecie usłyszałam doping dziewczyn z teamu…i jeszcze trzeba się było uśmiechnąć do Łukasza z fundacji, który robił reportaż. Teraz sprawdzam wyniki…mimo kryzysu zrobiłam życiówkę, pobiegłam 54.50!!!! Po biegu, dostałam zegarek z limitowanej serii Maratonu Warszawskiego (ten, który jest nagrodą dla bloggerki) i zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, także zdjęcie naszych ubłoconych butów. Dowiedziałyśmy się też, że mamy jutro pół godziny spania dłużej, bo zaproszono nas do radia TOKFM na 8.30 (pierwsza wersja to 8 rano). Jeszcze na koniec pozdrowię redaktora Kamila Dąbrowę, który biegł dziś na Kabatach, i który pewnie przeczyta ten tekst zanim wejdzie jutro rano do studia 😉
2009-03-05
Wolę mgłę niż wiatr

A rano było tak pięknie…

nawet mandat w Urzędzie Skarbowym nie zmącił mi nastroju, było 7 stopni i słoneczko…do czasu…jak zaczęło wiać, to przed furtką mam sporo gałęzi. Czas biegnie i człowiek nie może już sobie wymówek szukać, dlatego wybiegliśmy z domu opatuleni przeciw wiatrowo, jak najlepiej można. Miało być 8 km, no może 6, wyszło 4 🙁 Potwornie bolały mnie nogi…naprzemiennie – w prawej podeszwa, w lewej wierzch stopy. Ból był silny, ciągły i powodował, że miałam wrażenie biegania na drewnianych nogach…był ciągnący…jakby krew nie dopływała do palców. Przeszłam do marszu…trudno…ruszyłam się…mam tylko głęboką nadzieję, że w sobotę będzie lepiej, a już podczas półmaratonu, to wcale nie dopuszczam myśli, żeby przydarzyło się coś takiego.
Przejrzałam tabelę wyników Grand Prix na Kabatach…ha, jestem na 5 miejscu w mojej kategorii, nie powiem, to zachęca do kolejnych startów 🙂

2009-03-04

Dół emocjonalny

Nie, to nie kryzys biegowy, ale miałam dziś okropny dzień…

Zaczęło sę wczoraj około 19…pisałam, że miałam ciężki wieczór…dopełnienie nastąpiło dziś rano. Telefon tuż po 8 rano, potem kolejny i każdy ze złymi wiadomościami, koło południa okazało się, że jutro zostanę ukarana jako prezes mandatem przez Urząd Skarbowy, cuuuuuuuuuuuuuuuuudnie…Po dwóch porannych telefonach rozbolała mnie głowa, weszłam pod prysznic, pomogło…Rzuciłam się w wir pracy, żeby zapomnieć o troskach…gdybym nie miała pracy, pewnie bym siadła dziś i po prostu płakała. Ot kryzys społecznika…po co to robię, po co mi to wszystko, a może podać się do dymisji, rzucić wszystko i zacząć życie od nowa. Na mój nastroj złożyło się kilka wymiarów…walka o bliską mi osobę uwikłaną w psychomanipulację…ciężka choroba mamy przyjaciela…kryzys społecznika…wszystko razem przetoczyło się przeze mnie w przeciągu kilkunastu godzin. Za wiele. Pomyślicie pewnie, że konkluzją tego wywodu będzie, że bieganie pomaga na wszystko. Nie wiem, dzisiejszy trening przełożyliśmy na jutro. Wieczorem pojechaliśmy z dziećmi na basen. Daliśmy im wieczór z rodzicami, bo ostatnio byli niesamowicie cierpliwi dla nas, zostawali sami i nie rościli emocjonalnych pretensji. To był rodzinny wieczór, równie ważny, jak najlepszy trening.

2009-03-03
O każdej porze

Biegać można o każdej porze. My skończyliśmy dzisiejszy trening o 23.10.

I jeśli myślicie, że mamy nie po kolei w głowach, to na naszą obronę możemy powiedzieć, że oprócz nas biegało jeszcze 3 biegaczy na naszym kółku. Mieliśmy trudny wieczór i pokusa, by odpuścić dzisiejszy trening była naprawdę duża. Ale właśnie dlatego, że to był bardzo trudny wieczór, postanowiliśmy wybiegać wszystkie niepokoje i nie całkiem dobre emocje. Pomogło. Zmaganie się z 250-tkami pozwoliło nam zapomnieć…myśli pływają, a fizjologia góruje nad psychiką. Podczas biegu podsumowaliśmy jeszcze jeden etap w naszym życiu. Ze zdumieniem odkryliśmy, że lubimy zimowe bieganie. To, co w zeszłym roku przerażało, w tym roku, zachwyciło.

Na koniec trochę statystyki. Piotrek prowadzi dzienniczek biegowy od 29 lipca 2008. Dziś przełamaliśmy 900 km. Robi wrażenie, prawda?

2009-03-02

Konkurs, konkurs
Od początku wiedziałyśmy, że w teamie będzie swego rodzaju rywalizacja. Rywalizacja na blogi. Nie robiłam dziewczynom i organizatorom złudzeń, zdeklarowałam się jako b. aktywna blogowiczka…skoro w realu dużo mówię, to czemu wirtualnie miałabym milczeć?

No i patrzcie – docenili:

http://www.polmaratonwarszawski.pl/aktualnosci/nagradzamy-blogi

Elu i Marto gratuluję nowych zegarków!

A reszta teamówek – atomówek…stańcie w szranki. Rękawice zostały rzucone 🙂

2009-03-01

Czujecie wiosnę?

Powtórzę pytanie z tytułu, czujecie już wiosnę.

Ziemia jeszcze nie pachnie, ale ptaki już się szykują do lęgów, sikorki drą sie na całe gardło, a do karmnika przyleciała para grubodziobów, znak, że idzie, idzie wiosna. Przez dziś i wczoraj Piotrek miał kurs, wraca do domu po zmroku. Wczoraj pobiegliśmy razem, wieczorem, ale dziś, nie wytrzymałam. Wyrywało mnie na to słoneczko, no i nowe butki wciąż w fazie testów, działają motywująco. A propos butków – drugi dzień był super, czyli moja diagnoza była dobra. Rzuciłam hasło w domu – kto biegnie ze mną? O dziwo, cała trójka zwarta i gotowa…ale Tyśka ma dopiero 7 lat, i myślę, że dla Niej to za wcześnie. Ostatecznie więc, po negocjacjach, pobiegłam z Zuzią. Ustawiłyśmy interwały 4 / 2 min, i na kółeczko. Zrobiłyśmy 4 km w czasie 27:47. Zuzia – przeszczęśliwa, ja też…taka byłam dumna, jak ludzie na chodniku patrzyli na biegnącą mamę i córkę. To nasze marzenie z Piotrkiem – rozbiegać całą rodzinkę. Kiedyś, podczas jakiegoś leśnego rajdu, Piotrek zaczął snuć marzenia, że kiedyś, będąc dziedkami, przyjedziemy do wnucząt i weźmiemy je na wspólne bieganie, razem z ich rodzicami. Oczywiście to mżonki i utopia, ale, jakby się udało nasze dzieci nauczyć miłości do biegania i tak razem spędzać wolny czas – to byłoby cudownie. Udało się z rolkami, rowerami, może i z bieganiem się uda. Wyobrażacie sobie takie wakacje. Jedziemy razem, razem wskakujemy w stroje i biegniemy brzegiem plaży o zachodzie słońca? Albo Mazury w porannej rosie. Odpływam normalnie z tej ekstazy 🙂

2009-02-27

Test

Mam nowe butki…

róziowe z szarym i srebrnym, to dla estetów. Amortyzowane asfaltówki – to dla tych technicznych. Oczywiście musiałam w nich pobiec i…no nie wiem, ale chyba sobie wczoraj w HP zaszkodziłam…nie miałam butów biegowych tylko zwykłe halówki, bo pomysł przebiegnięcia 50 minut powstał ad hoc…dziś na treningu paliły mnie stopy, a w prawej nodze miałam uczucie, jakby mi się zawinęła skarpetka. Dodatkowo boli mnie palec u prawej nogi, a nowe butki mogą być co najwyżej za duże, bo za małe na pewno nie. I to znów świadczy na niekorzyść wczorajszego treningu. Cóż…do wesela się zagoi, ale radość z nowych butków jakaś taka przyćmiona. Biegłam zdumiona, że wszystko mnie boli i nie chciało mi się wierzyć, że to przez nowe buty. Dopiero po 4 km doszłam do wniosku, że mogłam sobie zaszkodzić wczoraj…A tak w ogóle, to ilekroć Norek przewiduje piątkowe bieganie, to jest nam z tym wyjątkowo ciężko…cóż zobaczymy co będzie jutro…
2009-02-26

To sobie potrenowałam

Odwiedzam blogi dziewczyn z teamu regularnie i widzę, że jakiś przestój jest…Dziewczyny…miało być co najmniej raz w tygodniu 😉

Pojechałam dziś na streching, Pan Mariusz się uśmiechnął, do samotnej teamówki…tak, tak…drużyna topnieje, dziś byłam samotna. Zuzia kończyła dziś lekcje o 14.35 miałam więc sporo czasu, a że breja na chodnikach jakoś nie sprzyja bieganiu, postanowiłam zrobić dzisiejsze 50 minut na bieżni w HP. Nie kupię sobie nigdy bieżni, a jeśli kiedykolwiek mnie coś natchnie – to mi przypomnijcie, że kiedyś to napisałam. 50 minut biegnięcia w miejscu wykańcza psychicznie…o czym ja nie myślałam…czego nie oglądałam…akurat na przeciwko była Fasion TV. Uwierzcie, to było najdłuższe 50 minut w moim życiu, chyba nawet w kolejce do lekarza czas upłynąłby mi szybciej. Jedna, jedyna zaleta…biegłam przez 50 minut w równym tempie 10km/h…nie dało rady inaczej. W HP jest dla mnie zawsze za gorąco…zeszłam z bieżni tak mokra, jakbym już była po saunie. Kiedy już po saunach i oblucjach suszyłam włosy, wpadł do szatni pan z ochrony i szukał pożaru. Czujka dała sygnał, że się pali tuż za moimi plecami. Zanim Pan wkroczył na babski teren, weszła jakaś kobitka i głośno powiedziała, żeby nie wychodzić spod pryszniców, bo na teren szatni zaraz wejdzie mężczyzna. A Pan z ochrony wszedł i dość długo, jak na sprawdzenie, że się nie pali, kszątał się po pomiesczeniu, a dwie kobitki utknęły pod strumieniami wody 🙂 Tyle relacji z HP. Czy też tak macie, że jakieś dwie godziny po treningu nachodzi Was fala senności? Ja tak mam, czasami ta fala poprzedzona jest uczuciem wychłodzenia.

Na koniec pozdrawiam wszystkich wytrwałych zaglądaczy i czytaczy. Jak widzicie, pamiętam o Was i piszę 🙂

2009-02-24

Chwytaj okazję

Miałam dziś nie biegać.

Od rana jest u nas Otton, gość z Włoch. Polak, ale pracuje we Włoszech i przyjechał na urlop do Polski. Przyjechał rano, wyjeżdża w nocy. Dobry Przyjaciel, więc wszystko szczerze…od prysznica, przez śniadanko, do poobiedniej drzemki…no właśnie, zaproponowałam, że może chce odpocząć. Skorzystal, wstał o 4, żeby do nas przyjechać. Do następnego punktu programu on miał 1,5 godziny drzemki a ja? Ja natychmiast skoczyłam w getry i ciach na kółeczko. Zrobiłam moje 40 minut, wróciłam, prysznic i wskoczyłam w swoje dżinsy i sweterek, wchodzę do pokoju i jak gdyby nigdy nic budzę mojego gościa. Wkopały mnie dziewczynki, mówiąc, że mama wyszła biegać…:-) Jak widać, jak się chce – to można 🙂

2009-02-22

Bal, bal i po balu…

Na pytanie z komentarza Marty – odpowiadam, z punktu widzenia organizatora bal bardzo się udał. Jakie były opinie gości – to popytam jutro Pań z szatni 😉

Bal miał szczególną oprawę, bo świętowaliśmy wydanie 100. numeru naszej gazetki "Wiadomości Sąsiedzkie". To dla nas powód do dumy i radości, myślę, że nieliczne pisemka lokalne mogą się poszczycić dzisięcioletnią ciągłością wydawniczą, a już tworzone całkowicie społecznie – to pewnie żadne w Polsce. Zrobiliśmy więc w trakcie balu galę…wjechał fototort ze zdjeciem okładki z 100. numeru. Tort ważył 20 kg i miał wymiary 80×60 cm!!! Wybrałam smak: bita śmietana z wiśniami. Był naprawdę smaczny – bo nie za słodki. Świeczki zdmuchnęli byli i obecni członkowie redakcji. Oczywiście było 100 świeczek. Potem ogłosiliśmy plebiscyt na najładniejszą okładkę, wygrała – ku naszemu zdziwieniu okładka zimowa. Miałam jeszcze kilka popisów z mikrofonem, bo prowadziłam konkurs tańca na gazetce…fajny komentarz padł, że nasi zawodnicy nie chcą deptać naszej gazetki, woleliby jakąś konkurencję 🙂 Ulegli po tym, jak okazało się, że to przeterminowane numery 🙂 Kolejny konkurs był bogaty w emocje…to był rzut gazetką na odległość…szybko się okazało, że można tak zwinąć gazetkę, że sala za mała. Zrobiliśmy eliminacje kobiet i mężczyzn. Okazało się, że eliminacje wygrało małżeństwo. Mężczyznom trochę utrudniłam konkurencję, bo mieli rzucać gazetkę bez skladania…oj jak pięknie furkotały na powietrzu!!! Nagrodami były kosze – niespodzianki…małżeństwo zabrało kosz do swojego stołu. Ostani konkurs, rozegrany o 1 w nocy polegał na odśpiewaniu fragmentu z gazetki na wybraną melodię, swoiste karaoke…oj było śmiechu, jak śpiewane były teksty o nowym budynku straży pożarnej czy opiekunkach dla dzieci. Przy stole siedzieliśmy m.in. z B&B, siłą rzeczy więc tematy biegowe były głównymi tego wieczoru. Przy tak dużej imprezie parkiet był ciągle pełny. Jedzonko bardzo smaczne, generalnie jak wychodziłam – towarzystwo było w dobrej formie.

A dziś…dziś mamy piękne słoneczko, lekki mróz i fantastyczne możliwości biegania w terenie. Piotrek nie dyskutował ze swoją nogą tylko wziął ją z zaskoczenia. Przebiegliśmy powolutku, coby nie narazić nogi na stres, prawie 9 km. W lesie – ciasno od ludzi. Byli kijkarze, spacerowicze i bardzo dużo narciarzy…rekordowa ilość. Z biegaczy – tyko my…za to jaka satysfakcja wymijać w bucikach narciarzy na ścieżkach!!! Wybieganko bardzo udane…w sam raz po balu i nadmiarze procentów ;-)…biegniemy sobie, a z naprzeciwka idzie Tadeusz…ha, ostani raz widzieliśmy się kilka godzin temu, bo bawiliśmy się razem na balu…nie powiem, był pod wrażeniem, że już biegamy :-))))))))))))

2009-02-20

Mróz

I znów idzie fala mrozu, na razie minus 7, pięknie…

Dziś nie miałam biegać i nie biegałam. Może dlatego taka jestem jakaś niewyraźna…nie z powodu przeziębienia, to mnie w tym sezonie nie dotyczy. Jestem zmęczona wewnętrznie. Ciągłe myślenie za wielu ludzi, łatanie na bieżąco dziur i naprawianie wpadek, to jest to, co mnie wykańcza najbardziej. Przykład z dziś. Na jutrzejszej gali 100. numeru gazetki mamy plebiscyt na najładniejszą w historii gazetki okładkę. Kilkanaście osób typowało 10 okładek do konkursu. Te dziesięć, drukarnia wielkoformatowa miała wydrukować w formacie A1. Przychodzimy powiesić te wydruki, a tu z 10 wybranych jest tylko 6, które typowaliśmy, dodatkowe 4 wzięły się niewiadomoskąd…błąd grafika, który przesyłal pliki. Co robić – wieszać tylko 6, a instrukcja do głosowania przewiduje wybór 1 z dziesięciu, czy powiesić te dziesięć licząc na to, że ludzie i tak będą typować jedną z tych 6-ciu najładniejszych…powiesiłyśmy wszystkie 10. Jutro główny front przygotowań, zobaczymy, co jeszcze wyniknie. W Falenicy jutro nie biegnę, bal zatrzymuje mnie w Starej Miłośnie…innym razem…

19/02/2009

Razem

Po ponad tygodniu przerwy, znów Piotrek wybiegł na ulicę.

Śliskie chodniki, posypane solą zamieniły się w błotnistą breję, nie zachęcały do zaplanowanych dziś przez Norka 100/200. I choć wiem, że to bardzo ważny element przygotowania, to jakoś nie widziałam możliwości technicznych. Wracając z przeokropnie długiej sesji planowałam, że pobiegnę tak po prostu – jak wczoraj. W domu czekała stęskniona rodzinka – z dzieciakami widziałam się o 8 rano, potem wróciły do pustego domu. Musiałam wysłuchać o sukcesie drużyny siatkarek z podstawówki, o sukcesach Michała na angielskim, niemieckim i geografii, o zajęciach muzycznych Tysi. Kiedy doszłam wreszcie do kanapy, na której siedział Piotrek usłyszałam pytanie: To co, biegniemy dziś? Oczywiście, że biegnieMY 🙂 Wyszliśmy z zamiarem tylko jednego kółeczka, czyli 4 km. I na tym się skończyło. Piotrka początkowo niosło…po takiej przerwie – nie dziwne. Podświadomie jednak oszczędzał kostkę, co się przełożyło na ból w drugiej nodze. Przekulaliśmy się więc do końca kółka i wróciliśmy do domu. I dobrze, nie ma co przesadzać po takiej przerwie, zwłaszcza, że chodniki naprawdę nie były przyjazne dla biegaczy. Cieszę się, że znów możemy biegać razem 🙂

2009-02-18

Wołanie z końca świata

"Wołanie z końca świata" Marlo Morgan to książka o wymierającym plemieniu aborygeńskim "prawdziwych ludzi". Zrobiła na mnie kolosalne wrażenie, szczególnie część o telepatii…dlaczego dziś o tym piszę?

Wydaje mi się, że mam zdolności telepatyczne. Nie wiem, czy to ja wołam ludzi, czy po prostu odbieram ich myśli. Wielokrotnie słyszę, że właśnie ktoś o mnie myślał, albo, że ściągnął mnie myślami. O przekazywaniu telepatycznie różnych, bardzo szczegółowych informacji, pomiędzy mną i Piotrkiem – nie będę dziś mówiła. Pisałam wam też, że na każdej, nawet wielkiej imprezie biegowej spotykam B&B, która zresztą mieszka niedaleko nas.
Dziś postanowiłam nie biegać. Miałam taki sobie dzień i generalnie chyba miałam dość wszystkiego. Na pewno miałam dość, bo zaczęłam krzyczeć na dzieciaki i traciłam cierpliwość z byle powodu. Była 21, rzucałam mięchem złoszcząc się na kolejną niezałatwioną sprawę. W końcu wstałam od komputera i rzuciłam do Piotrka, że idę pobiegać, bo inaczej kogoś zabiję. I poszłam. Na zewnątrz prószył śnieg, było lekko mroźno. Już za furtką wiedziałam, że to była najlepsza moja dzisiejsza decyzja. Szybkim marszem doszłam do naszego kółka. Czy też tak macie, że jak widzicie biegacza, to się za nim oglądacie. Dochodzę więc do mojego miejsca startu i widzę, że ktoś biegnie. O rany, to B&B!!! Zawołałam ją, przybiegła do mnie, szybko okazało się, że jedno kółko możemy przebiec razem. Zamiast samotnego truchtania, było w tandemie…i co, teraz rozumiecie ten wstęp o Aborygenach i telepatii…przecież dziś miałam nie biegać, a nawet jakbym się z B&B umówiła, to pewnie jedna z nas musiałaby poczekać na drugą. Nie żałuję, że wybiegłam, bo zdecydowanie wyrzuciłam z siebie całą złość i teraz jestem szczęśliwsza 🙂

17/02/2009

Jak zostać biegową lancerką?

Złapałam się dziś na tym, że wracając z treningu układam sobie w głowie, o czym Wam napiszę w blogu…ktoś mnie ostrzegał, że blogowanie wciąga.

Odpowiem na pytanie – jak zostać biegową lancerką? Trzeba ubrać się w co tam człowiek ma do biegania i … najważniejsze jest miejsce i pora treningu. Dziś w planach 5 x1200 m na przerwie 120s. Po naszemu – wyszło 8 km, bo doszła rozgrzewka i wychłodzenie. Przed południem miałam obowiązki księgowe, po obiedzie – komisja rewizyjna, zaplanowałam, że pobiegnę po komisji. Akurat obiadek minie punkty strategiczne, a jeszcze nie będę głodna. No i wybiegłam, o 17.00. Ha, nie wiedziałam, że to najlepsza pora, żeby spotkać kilku znajomych, niektórych nie widziałam od wielu lat! Była to pora zakupów, a moja trasa wiodła po chodniku wzdłuż ciągu handlowego. Jeśli macie takie miejsce – idźcie biegać, kiedy pierwsza porcja ludzi wraca z pracy. Sukces gwarantowany 🙂 Robię interwały – więc dyszę nieprzeciętnie, a znajomi to by nawet pogadać chcieli, ale biegaczka – lancerka w trudzie i pocie, z sercem na plecach biegnie dalej. Zimno był dziś nieprzeciętnie, jeszcze mi nigdy tak ręce nie zmarzły. Dobrze, że nos się dobrze sprawował, bo nie ma to jak zaangażowana biegaczka – lancerka z glutem pod nosem 😉 Pewiem Pan wysiadł z autobusu, ja tu kręcę swój czas, a on pyta: Pani tak tu biega, daleko do banku PKO BP…myślę, prosto i w prawo, będzie z kilometr…aż tyle? zaniepokoił się Pan. A ja biegnę dalej i zachodzę w głowę, czy ten bank, do którego go skierowałam to jest z żubrem czy ze skarbonką i na litość, który jest ten BP? Trudno, najwyżej facecik się dalej dopyta, może chodzących zamiast biegnących? W porze dla biegaczy – lanserów spokałam jeszcze jednego biegacza, tym razem faceta. Przywitaliśmy się grzecznie, machając łapką. Nie jest źle, myślę sobie, nie tylko ja wpadłam na pomysł biegania pomiędzy przechodniami. Podsumowując, wolę jednak porę biegaczy – na naszym osiedlu to mniej więcej około 20.00. Wtedy na naszym kółku łatwiej spotkać biegacza niż kogokolwiek innego. Samochody też nie jeżdżą zbyt często. Wtedy jest dobry czas na trening.

16/02/2009

Dzień bez wysiłkowy

Dzień jeszcze się nie skończył, więc może się jeszcze na ćwiczenia siłowe skuszę, ale na razie…

Na razie rozkoszuję się słodkim lenistwem. Z powodu zamieszania wokółbalowego, zbliżającej się sesji rady (już w czwartek) oraz terminów ZUS – owskich i skarbowych, postanowiłam usłuchać głosu rozsądku i nie pojechałam dziś do HP. Taka wyprawa, choć przynosi wymierne korzyści w postaci sporej porcji ćwiczeń i odlotu w saunie, to w sumie pochłania 3 godziny z mojego, jakże cennego ostatnio, czasu. Nie powiem, sporo nadrobiłam, więc może jeszcze za chwilkę skoczę do piwnicy, gdzie stoi machina do tortur i wykonam kilka serii. Jutro już normalny, trenigowy dzień. Śnieg zamarzł był i mamy przepięknej urody ślizgawkę. Na szczęście na chodnikach sucho, będzie można "wypracować 100% normy".

15/02/2009

Niedzielna przebieżka

Słońce, łagodne powietrze, śnieg…nie można siedzieć w domu.

Kostka spuchnięta, boli…nici ze wspólnego biegania z moim Piotrkiem. Miał ochotę jechać na rowerze, ale ostatecznie został w domu, bo noga naprawdę boli. Pobiegłam z Doświadczonym Piotrem. Cieszę się, że mogliśmy pobiec razem, bo sama zrezygnowałabym z terenu. Wyszło 1,5 godziny, nie za dużo nie za mało. Pogoda była naprawdę fantastyczna. Lekki mróz w nocy ścisnął po wczorajszej odwilży, więc zapowiadało się, że będzie super. W terenie okazało się, że jest ekstremalnie różnie. Na ścieżkach był chrupki śnieg, kopny piach, błoto a na uczęszczanych przez samochody drogach – totalna ślizgawka. Nastrój poprawiało mi przebijające się przez drzewa słońce. Od biegnięcia po bardzo nierównym gruncie bolały mnie nogi w kostkach. Zatrzymaliśmy się na chwilę przerwy nad małym stawem…nad nami przeleciała para kruków. Znak, że biegamy po miejcach odludnych, spokojnych…to były okolice tego młodnika, w którym kiedyś spotkaliśmy sarenki. Po dziesiejszym wybieganiu mam jeszcze jedną refleksję. Naprawdę dużo ludzi się rusza. Co prawda nie spotkaliśmy żadnego biegacza, ale byli kijkarze, spacerowicze turystyczni i tacy "niedzielni", narciarz. Miło jest widzieć, że komuś zależy na tym, żeby się poruszać…moim zdaniem sporo się zmienia w naszym społeczeństwie. Po powrocie do domu czekał Piotrek z obiadem, który ugotował. Obiadek pyszny, ale chętnie zamieniłabym go na wspólne bieganie…niech już ta kuntuzja minie…
2009-02-14
Romantyczna zima

Dziś Walentynki…rano było bardzo romantycznie, każda gałązka oblepiona śniegiem.

Gorzej w południe, kiedy poszłam pobiegać. Chodniki odśnieżone, tylko mokre, ale na ulicach kałuże, a kierowcy, jak to kierowcy…nie będę klęła publicznie. Całej przyjemności, wątpliwej zresztą, wyszło 4 km i wróciłam do domu. Nie będę moczyła butów błotem pośniegowym, bo potrzebne mi będą na jutro…jeśli nie będzie żadnego kataklizmu, strzelę jutro Szaloną Maryśkę. Mieliśmy pobiec razem, ale płyn ze stopy Piotrka przeniósł się w okolice kostki. Jest obrzęknięta i rozgrzana, wciąż boli. Frustracja narasta, dobrze, że jest siłownia pod ręką.

12/02/2009

Życie nie znosi pustki

Wstałam o 6, a dzień jeszcze się nie skończył – blog zostawiłam sobie na deser.

Żyję już przygotowaniami do balu. Dla mniej zorientowanych, jestem prezesem Stowarzyszenia Sąsiedzkeigo Stara Miłosna. To organizacja pozarządowa, która za swój główny cel postawiła sobie integrację mieszkańców Osiedla Stara Miłosna. W tym roku obchodzimy 10-ciolecie powstania. Mamy gazetkę i naprawdę dużo działamy: www.staramiłosna.org.pl Od kwietnia jestem prezesem tego całego zamieszania, a to oznacza sporo pracy i mnóstwo satysfakcji. Jedną z naszych inicjatyw są Biesiady Sąsiedzkie. Bale Karnawałowe organizowane dla mieszkańców i znajomych "króliczka". Z roku na rok rośnie liczba chętnych. W zeszłym roku zrobiliśmy dwie edycje balu, bo pojemność gimnazjum jest ograniczona. W tym roku mamy za sobą bal 10 stycznia, przede mną prawdziwe wyzwanie, bo bal ostatkowy połączony będzie z galą 100 numeru gazetki. Będzie blok redakcyjny, konkursy gazetkowe, wielki tort z setką świeczek. Trzeba zaplanować wszytko, łącznie z ilością materiału do kupienia na obrusy, bo wypożyczenie 15 zł za sztukę jest prawdziwym zdzierstwem. Główna organizacja to przyszły tydzień, ale już zaczynam liczyć po nocach różne rzeczy…Na szczęście biegam, więc mam czas, żeby odlecieć i nie myśleć.
Dziś w planach – streching w HP – przyłożyłam się, choć i tak Pan Mariusz przyuważył, że nie docisnęłam kolana do podłogi, taki mądry – nigdy nie umiałam tego zrobić, może mam inne mięśnie, kto wie? 😉
Potem szybko do szkoły po Tyśkę – miała bal w szkole…jak było? – za dużo dzieciaków i nuuuuuuuuuudno…obiad miałam z wczoraj…po południu szkoła muzyczna Tyśki i wreszcie wybieganie…
Piotrek był u pani Ewy. Ból jest wynikiem gromadzenia się pourazowego płynu pomiędzy kośćmi w pięcie. Podobno bół pięty to pikuś przy bólu podcza masowania p. Ewy. Ale jest też porcja dobrych wiadomości. Bieganie po gruncie innym niż las – nie jest takie szkodliwe jak się mówi, buty Piotrk ma dobrze dobrane, nie trzeba większej amortyzacji, dobrze też, że stopniowo zwiększał obciążenia treningowe, bo przy jego masie kozakowanie mogłoby się kończyć dużo gorzej. Dostał instrukcje co do rozciągania…żadne tam poszarpywanie i dociskanie, po prostu trwanie w danej pozycji po 20s. Najlepsza wiadomość, powinno przejść do niedzieli czyli jest szansa na Walentynkową Szaloną Maryśkę 🙂

Już w czasie dnia okazało się, że jestem skazana na samotne bieganie. Doświadczony Piotr ma ważnego gościa z firmy, a Życzliwy Sąsiad z żoną postanowili zrobić dziś dzień odpoczynku…tylu chętnych – i jak przychodzi co do czego, to znów skazana na samotność :-(…nie było tak źle, okazało się około 18, że jest ktoś chętny na wspólne bieganie…znów faceci…chyba muszę sobie rozbiegać jakąś koleżankę, choć z drugiej strony – Piotrek już kończy z kontuzjami! Wybiegłam więc o 19.30 na moje 50 minut wolno. Czy ja całe życie muszę gonić jakichś facetów? Darek pędził, a ja specjalnie coraz wolniej, Krzysiek trochę za mną, jemu biegło się dość ciężko, oszczędzał kolana. Po 8 km na naszym kółku Krzysiek spasował, my dokręciliśmy jeszcze trochę ponad 2 km. Zamiast 50 minut, wyszło 61, zamiast wolnego tempa, wyszło ponad 11 km/h…I to bylo na tyle tytułem komentarza do wspólnego biegnia z Facetami….zawsze to samo: biegniemy twoim tempem, a potem tak jakoś wychodzi…
Po rozciąganiu w HP zero bólu podcas biegu…generalnie było naprawdę super…po powrocie do domu dostałam instrukcję rozciągania…a teraz piszę sobie i jestem szczęśliwa…to był udany dzień.

I jescze jedno, nikt nie zauważa, że mam nowe okulary – widocznie dobrze dobrane, się pocieszam 🙂

2009-02-11

Masochistyczna radość z odczuwania bólu

Jeszcze raz wspomnę o rytuałach…

Sama biegam tylko wtedy, kiedy muszę. Wspólne treningi i starty z Piotrkiem są dla mnie prawdziwą radością, podwójną, mogę śmiało powiedzieć. Dlatego dziś było mi jakoś nieswojo wybiegać wieczorem samotnie. Nie dokonał się rytuał. W dzień tak się poukładało, że nie dałam rady. Wybiegłam na moje interwały o 20. Sądząc z ilości biegaczy na naszym kółku – to jest osiedlowa godzina biegania!!! Piotrek dał mi nawet swoją zabaweczkę, co bardzo doceniam, bo kobietą będąc stanowię realne zagrożenie dla elektroniki. Wzięłam więc Garmina na rękę i poszłam biegać (dziś Zuzia zauważyła niedorzeczność tych słów: iść biegać :-)). Zrobiłam solidną rozgrzewkę, potem rozciąganie i zadane 10 interwałów 100/200 m. Wybrałam płaską część chodnika i zasuwałam w obie strony. Młode dziewczęta (gimnazjum) siedziały na ławce…siedziały tak, siedziały i w końcu sobie poszły…nie wiem, może im mój przyśpieszony oddech przeszkadzał…zostałam sama, co raz tylko przejeżdżał jakiś samochód albo autobus. Lekko siąpił deszcz, mój oddech świszczał w płucach złowieszczo, a mimo tego, ze sportowego punktu widzenia, to był bardzo udany trening. Zmęczyłam się, aż łydki ścisnął znany już mi ból, ale dziś miałam masochistyczną radość z odczuwania tego bółu. Co robi z człowieka jeden dzień nadprogramowej przerwy. Tylko Piotrek cierpiał podwójnie, kiedy wychodzilam z domu, bo przecież bolała go pięta i serce…nie mógł wyjść ze mną 🙁 Jutro wizyta u "Rudej"…bardzo jestem ciekawa Jej zaleceń.

Na koniec pochwalę się, że odebrałam dziś nowe okulary. Oczywiście wezmę je jutro do HP, żebyście mogły zobaczyć 🙂

2009-02-10

Siedzę i piszę

Wróciłam do domu po 22, za późno na trening…więc sączę sok pamarańczowy i piszę.

To był jeden z tych dni, kiedy prawie nic ci nie wychodzi, a złe wiadomości wypierane są przez gorsze. Najlepszym sposobem na taki dzień jest dobre wybieganie, wypacasz wszystko…i toksyny nagromadzone przez złe emocje i same emocje zostają gdzieś w tyle. Niestety…nie znalazłam czasu w ciągu dnia, a po 22 wolę sama nie biegać…a piotrowa pięta wciąż boli…przymusowy postój w domu…jutro już bez wieczornych spotkań, więc pobiegnę ze zdwojoną przyjemnością i siłą. Norrie przygotował na jutro interwały 100/200 m…miodzio…a na czwartek może umówimy się na bieganko z Doświadczonym Piotrem – żeby wymówki nie było 🙂

2009-02-09

Rytuały

Przyznam otwarcie – internet uzależnia, mnie uzależnił możliwościami komunikacyjnymi.

Otwieram rano komputer, a tu, skrzynka mailowa sie grzeje. Nie nadążam czytać, kolejne listy wpadają z prędkością światła…to kobiecy team…Trzeba było omówić wczorajszą wizytę w radiu i dzisiejszy tekst w Stołecznej. Niestety, Panie Redaktorze, nie spodobał się nam teskt w Pana wydaniu. Włożył Pan słowa niewypowiedziane w usta niektórych dziewczyn, wyrwane z kontekstu nie brzmiały już tak zabawnie. Generalnie, nie tylko my kobiety, ale także część męska, odczuła, że tekst ma podtekst…nieciekawy, bo lekko prześmiewczy…widocznie takie było założenie, żeby Kółko Biegaczek Miejskich, jakoś tak pasowało do Kółka Gospodyń Wiejskich…Mój mąż jest rozczarowany…pyta, czy ten tekst ma promować bieganie wśród kobiet czy ośmieszyć kobiety biegające? Szkoda, że w redakcji znanej w całej Polsce z promocji biegania nie znalazł się ktoś, kto choćby czuje, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Starczy gorzkich słów.

Po burzliwym poranku zebrałam się do HP. Tam wykonałam swój plan treningu siłowego. Nie obijałam się, wszystko zrobiłam jak trzeba. W wyjściu spotkałam pana Mariusza. Pytał jak idą przygotowania, mówił, że czyta nasze blogi i gorąco nas wspiera. Prosto z HP po dziewczynki do szkoły. szybki obiad i wyjazd z Justynką do szkoły muzycznej. 45 minut przymusowego spaceru po sklepach i z powrotem do domu. W progu czeka już Zuzia, wiozę ją na flamenco, a sama lecę na spotkanie do urzędu. Wraca Piotrek, kawa, chwila dla nas…każde opowiada swój dzień. Trzeba jechać po Zuzię. Justynka męczy wiolonczelę. Michał odrabia lekcje. Odbieram sms-a i maila z pytaniem o Piotrka stopę. Obaj Piotrowie martwią się o trzeciego…od razu mniej boli. Piotrek wciera kolejną porcję mazidła magicznego i zakłada getry. Idziemy na nasze 40 minut wolnego wybiegania. Wracamy po 27 min. Pięta boli, a mnie dokucza ból w kolanach…zrobiłam dziś 60 wykroków z hantlami i 45 pchnięć kolanami…mają prawo być zmęczone.

Piję herbatkę malinową…i myślę…wczoraj przeczytałam tekst Wojtka Wanata o rytuałach. Jakby się uważnie przyjrzeć, to cały nasz dzień składa się rytuałów. Pozostał mi tylko jeden – przeczytać kolejny tekst z "Biegania" do poduszki 🙂

08/02/2009

Pierwsze w życiu

To, co pierwsze w życiu – jest najpiękniejsze i najbardziej zapada w pamięć.

Przed chwilą odwiedziłam blogi dziewczyn z teamu. Euforia pierwszego startu. Tak, to jest to…to siła napędowa…pewnie za kilka dni przyznają, że od tego dnia inaczej im się pracuje na treningach…bo przecież już za 4 tygodnie – kolejny start!

Wstałam dziś o nieludzkiej, jak na niedzielę, porze…o 7 rano. Pierwsze kroki z łazienki – do ekspresu do kawy – niskociśnieniowiec ze mnie…Wyjechałam do radia. Wstawało słońce, kiedy jechałam mostem siekierkowskim. Lubię ten most, moim zdaniem, najładniejsza panorama Warszawy. Ciepłe światło wschodu odbijało się na pomarańczowych linach mostu. Jakby świeciły własnym blaskiem. Jadę prawie pustą trasą i myślę – kocham to miasto…odkryłam dziś Warszawę pustą 🙂 bez korków i tłumów…W radiu czekała już Ania. Ona kawę, ja wodę. Rozmawiamy sobie milutko, podchodzi do nas Emilian Kamiński…o czym rozmawiliśmy – niech może napisze u siebie Ania, żeby nie było, że cała relacja u mnie 🙂 Wrażenia po audycji? Chyba zaczynam mówić ciągle to samo…ale jak może być inaczej, skoro pytania są do siebie podobne? Mam jedną refleksję…do tej pory wracały do mnie informacje, ktore zamieściłam na blogu od znajomych…a dziś…siedzę w studio, na przeciwko pan Kamil Dąbrowa przegląda nasze wpisy na blogach i cytuje na antenie…uświadomiłam sobie skalę zjawiska 🙂

Po powrocie – o porze, kiedy zwykle jadamy niedzielne śniadanie, weszłam w rytm rodzinki…pogoda taka, że normalnie aż żal siedzieć w domu. Dziś w planie Norriego – odpoczynek. Noga Piotrka boli nawet przy chodzeniu, o bieganiu nie ma mowy…wyciągnęliśmy rowery. Michał zabrał się z nami, dziewczynki poszły na spacer z hulajnogami. Las pachnie wiosną – mech zielony, że aż się zgrzytać zębami chce. Pięknie. Jedziemy szybko…odstawiłam rower na rzecz biegania w połowie wakacji…teraz widzę, jaki postęp zrobiłam. Uda pracują jak należy, łydki odpoczywają po wczorajszym biegu. Mam siłę w nogach jakiej do tej pory nie znałam. Oddech wyregulowny, zero zadyszki po górce. Piotrek wyrywa poszycie z lasu 🙂 Noga odpoczywa, pięta na rowerze nic a nic nie boli. Jedziemy naszą biegową trasą. Czasami łatwiej wbiec, niż wjechać po korzeniach czy piachu pod górkę. Michał spuchł, poprosił o zwolnienie tempa. Cóż, mamy biurkową młodzież. Mam tylko w głębi serca nadzieję, że się nie zniechęci 🙂 Zrobiliśmy 12 km z hakiem…a mogliśmy więcej 🙂 Widzę, że rower może być dodatkowym treningiem dla nas. Jutro chyba uda mi się podjechać do HP na mój trening obwodowy. Po lekturze relacji z wizyty Uli u fizjoterapeutki – doceniam ćwiczenia siłowe.

2009-02-07

Po pierwszym teście…

Dziś pobiegłyśmy pierwszy raz teamowo…

Ania i Michalina ruszyły na 5 km, ja, Julia i Ela – na 10 km…na 10 pobiegła też Ula i Kasia z Fundacji. Przed biegiem dołączyły do nas nowe koleżanki, nie wszystkie udało się znaleźć w tym tłumie, bo tłum był na starcie nieprzeciętny. Oczywiście udało się spotkać kilku znajomych…przede wszystkim – to już jest chyba naszą tradycją – spotkałam B&B…my to się nawet w kilkunastotysięcznym tłumie na Human Race spotkałyśmy 🙂 Pogoda śliczna – wiosna normalnie, 13 stopni. Nie założyłam ani opaski na głowę, ani rękawiczek, a zimowe legginsy były za ciepłe. Mój "zajączek" został w domu, kontuzja pięty dotkliwie dokucza…z żalem został, widziałam to. Wzięłam więc moją muzyczkę i pobiegłam sama. Nie lubię, nie umiem sama biegać…kiedy biegnę z Piotrkiem słyszę od niego – wolniej, szybciej, o tak dobrze, słowa otuchy, wsparcia w kryzysie…zawsze biegamy razem, no brakuje tylko, żebyśmy się trzymali za ręce 😉 niektórzy wołają na nas papużki….
Ilekroć do tej pory biegałam sama – nie wypadało to tak dobrze, jak na wspólnym z Piotrkiem biegu. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Wsłuchałam się w moje 177 bitów na minutę i w drogę. Droga…słowo na wyrost jeśli chodzi o dzisiejszą trasę…wyprałam sobie butki śliczne moje na start – niepotrzebnie…było błoto, błotko, mazia, glina, przegniłe liście i kałuże…Michalina to sobie nawet na koszulce teamowej na plecach rzucik strzeliła spod kopytka 🙂 No wiosennie było, jakby nie patrzeć :-0 Wróćmy do biegu. Atmosfera wspaniała, ekipa pięknie rozciągnęła się na całej trasie, ludzie spacerujący zatrzymywali się, szkoda, że nie dopingowali, może następnym razem? Na Kabatach biegłam pierwszy raz. Bardzo przyjemna trasa, płaska…nie to co staromiłośniańskie wydmy.
Dobiegłam na metę całkowicie samotnie, grupka, z którą trzymałam się przez większą część biegu została trochę w tyle na ostatnim kilometrze. Mój zegarek pokazał czas: 56.09.76 . Mierzyłam w czasie biegu tętno…ha…tu was pewnie nie zaskoczę, średnie HR 188, HR MAX 199…Tak szczerze, to nie czułam się dziś najlepiej, ale czego się nie robi dla teamu 🙂 następny sprawdzian – dokładnie za 4 tygodnie…a jutro o 8.30 będę w radiu Tok Fm…naszego patrona medialnego. W poniedziałkowej stołecznej – wywiad z naszym teamem – polecam 🙂

Na koniec, może sie uda wkleić fotkę moich ukochanych butków, jako dowód, że nie przesadziłam na temat błotka…

http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/34533c4732235350.html

2009-02-06

Teamowa mobilizacja

Miałam dziś nie pisać, ale odwiedziłam dziewczyny, one napisały, to ja też 🙂

Jutro Kabaty…cóż nie mam dobrych wieści…mój Piotrek zostaje w domu. Odbita pięta daje mu do wiwatu nawet, gdy po prostu chodzi, o starcie nie ma mowy. Ja przekulam się te 10 kilo, choć nie jestem również w najlepszej formie…zobaczymy, czy adrenalinka działa cuda 😉 Generalnie, w odróżnieniu od reszty teamu, nie mam parcia na wynik 🙂 ale wiem, że będzie sporo znajomych osób, więc nawet jeśli sportowo nie pójdzie tak, jak trzeba, to przynajmniej będzie dobre towarzystwo :-)))))))))))))) Do jutra!!!!

05/02/2009

Kobieta szczęśliwa

Zastanawialiście się kiedyś co tak naprawdę, takie małe coś, może dać Wam chwilę szczęścia?

Leżąc sobie dziś w saunie, znów samotnie, po porcji rozciągnia i pogaduszek w teamie, zamknęłam oczy i pomyślałam sobie – to jest właśnie to, to jest moja chwila szczęścia…euforia jak przy jedzeniu czekolady z orzechami 😉 Odjechany nastrój trwał jeszcze jakiś czas, choć sprawy przyziemne mocno wdzierały się w tę sielankę…
Wieczorem Michał przyniósł mi do sprawdzenia pracę z chemii na temat budowy atomu…znalazłam na dwóch stronach 26 błędów ortograficznych…jeśli wtedy zapytalibyście mnie o nastrój, nie ręczę za siebie 🙁 Dlatego czym prędzej wybiegliśmy z domu. Dzisiejsze 8 km okupione było bólem łydek, a potem kolan u mnie, oraz bólem pięty i łydek u Piotrka. Cóż, jak widać dłuższe przerwy – szkodzą 🙁 Pociszający był, jak zwykle, widok innych biegaczy na naszym kółku – czyli nie tylko my się "katujemy" 😉 Mam nadzieję, że jutro będzie dużo lepiej, a w sobotę, to już całkiem rewelacyjnie, w końcu nie można zawieźć Norriego, tyle się chłopak namęczył, żeby dla nas plan ułożyć 🙂 Dla mniej zorientowanych – w sobotę startujemy na Kabatach w Grand Prix Warszawy 2009. Dystans 10 km 🙂
04/02/2009

Bardzo retoryczne…przemyślenia…

Gdzie są rodzice dzieciaków włóczących się po ulicach? Mam widok, a właściwie podsłuch, na miejsce zbiórki na wieczorne meetingi młodzieży z okolicy. To dzieciaki z gimnazjum, przychodzą tu na dymka, na piwo, może na coś więcej. Zachowują się głośno i prawdę mówiąc niepokoją…Zbierają się w dość pokaźne grupy…któregoś dnia wylegli z lasu i mijaliśmy ich idąc na bieganie. Klną i zachowują się wyzywająco. Z jednej strony chciałoby się coś zrobić, z drugiej, rodzi się pytanie – gdzie są rodzice tych dzieci? Co takiego się stało, że nie mają wiedzy co robią ich potomkowie? Dlaczego o tym piszę? Dopiero wczoraj obejrzałam film: "Cześć Tereska" i jestem wstrząśnięta. Przecież każdy z tych dzieciaków może być taką Tereską 🙁

03/02/2009

Trudny dzień

To był ciężki dzień i do tego bardzo wieje…

wiecie już co chcę napisać. Zrezygnowaliśmy dziś z biegania. Mamy za sobą naprawdę trudne i długie wieczorne spotkanie, nie mamy siły. Poza tym, wiatr jest lodowaty, a wokół wszyscy chorzy, zostajemy w domu.

I jeszcze jedno, widzę, że mnie odwiedzacie, miło mi 🙂

02/02/2009

Poniedziałek bez biegania, ale zabiegany:)

Odkryłam dziś nową przyjemność, przyjemność zrobienia czegoś tylko dla siebie.

Kiedy czytałam na forach, że dziewczyny zyskują dzięki bieganiu pewność siebie, to uważałam, że to trochę naciągana teoria. No, może tym dziewczynom rzeczywiście bieganie było potrzebne, żeby nabrać pewności siebie, ja biegałam z innego powodu. Dziś natomiast odkryłam przyjemność robienia czegoś dla samej siebie. Odkryłam to, dzięki ucestnictwu w Teamie, no i dzięki karnetowi do HP 🙂
Wczoraj pomyślałam, że skoro Norrie przewidział przerwę w bieganiu na poniedziałek, to może warto właśnie w poniedziałek zrobić siłówkę w klubie. Rozwiozłam towarzystwo, spotkałam się z mieszkanką ( w ramach interwencji radnej) i już wczesniej spakowana pojechałam do galerii. W klubie puściutko, dosłownie kilka osób, wieszość kobiet. Był jakiś trener, ale pomyślałam, że zagadnę go, jak rzeczywiście napotkam na problem. 10 min na bieżni i dawaj na aparaty. Poszło mi całkiem zgrabnie i trwało wszystko około godzinki. Miałam czas dla siebie aż do 13.30 (wtedy kończyły lekcje dziewczynki) skorzystałam więc z odnowy w saunie…i wiecie co – mimo, że naprawdę dałam dużo z siebie – nic nie boli, nic nie ciągnie…a wody to już dawno tyle nie wypiłam (bo ja generalnie nie lubię pić). Leżę sobie w tej saunie, całkiem samiutka, przymykam oczy, jest mi ciepło, nawet bardzo ciepło, rozpływam sie dosłownie w tej przyjemności. Myślę sobie, tam gdzieś daleko świat biegnie, goni, a ja tu sobie w środku dnia leżę w saunie i odpływam. Boże, jak mi dobrze…i zaczęłam sie zastanawiać, kiedy ostatni raz w życiu zrobiłam coś dla siebie, tylko dla siebie…ten rachunek sumienia nie wyszedł korzystnie. Bo ja na ogół mam czas dla dzieci, rodziny (szeroko pojętej), społeczeństwa, a dla mnie czasu brakuje. Jeszcze powinnam odwiedzić kosmetyczkę, ale to przy okazji kolejnego dnia dobroci dla Izy. Jedyny minus takiego seansu sportowo-relaksacyjnego to senność jaka mnie ogarnęła po południu. Ale od czego mamy kawę. Czy pisałam już, że nie pijam herbaty z torebek, zwłaszcza Lipton, w ogóle herbata to rarytas, a kawa to mój napój życia. Dwie obowiązkowo, często trzy- cztery dziennie…

01/02/2009
Koniec laby, koniec ferii

To ostatni dzień odpoczynku naszych dzieci, także ostatni dzień urlopu Piotrka…żal…

Od rana zamieszanie, bo zrobiliśmy imprezkę urodzinową dla Zuzi…cóż rodzinka może nie śliczna, ale liczna. 10-cioro dorosłych i 9-cioro dzieci…było nieźle, zwłaszcza, że Zuzia dostała zestaw nagłaśniający do karaoke…śpiewali wszyscy od dzieci po babcie 🙂 W menu bezglutenowy tort, bezglutenowy kokosowy piegus i bezglutenowy "murzynek". Zuzia ma chorobę Duhringa – skórną postać celiakii, musi być na diecie bezglutenowej do końca życia. Jak widziecie, nic nie stoi to na przeszkodzie, żeby wszyscy goście raz nie zjedli glutenu 😉 Po imprezce przyjechał "Doświadczony Piotr" i pobiegliśmy do lasu. Dla mojego Piotra był to 7 dzień treningowy, ja odpuściłam jedno wybieganie po treningu siłowym w HP. Z kolei "Doświadczony Piotr" był zakatarzony. Liczyłam więc po cichu, że nie będzie leciał jak ta sarna po bezdrożach. Ale on mnie niezmiennie zaskakuje…Drodzy Czytelnicy – katar nie jest żadną przeszkodą w bieganiu!!! Mieliśmy przed sobą 90 minut spokojnego wybiegania. Ruszyliśmy inną ścieżką, w nieznane. No i nieznane było sprytniejsze od nas, bo droga przeszła w dróżkę, a dróżka się skończyła. Został nam tylko powrót, albo przełaj, klasyczny przełaj. Gdybym biegła z dziewczynami, pewnie byśmy wróciły, ale biegłam z dwoma Piotrami, nie mogło być inaczej – jak witaj przygodo. Według nawigującego – mojego męża – pobiegliśmy na zachód. Początkowo biegliśmy mijając drzewka, potem kępy mchu na mokradłach, potem maliny, na końcu jerzyny…przy jerzynach przeszłam do marszu. Po drodze przeskakiwaliśmy powalone drzewa i generalnie czułam się jak pionier na Alasce. Dotarliśmy do miejsca, gdzie trzeba się było wspiąć na wydmę, ale najpierw przedrzeć sie przez gąszcz zarośli i młodych drzewek. Moja jasna kurtka o dziwo mało ucierpiała :-). Na szczycie wydmy namierzyliśy jakąś ścieżkę. Przed nami była najbardziej malownicza część dziesiejszego wybiegania. Biegliśmy wzdłuż garbu (trochę podobnie jak w Marysinie) przez jasny sosnowy las,a podłoże mięciutkie, stopy normalnie odpoczywały. Po godzinnym biegu dotarliśmy do krańca lotniska w Góraszce i zawróciliśmy czerwonym szlakiem do domu. Przed nami jeszcze prawie 7 km. Szlak czerwony ma tę przewagę nad niebieskim, że omija duże wzniesienia, a nie tnie w poprzek nich. Droga dłuższa, ale wygodniejsza. Doświadczony Piotr powiedział później, że ciężko mu się biegło…z perspektywy rosnącej stale między nami odległości – jakoś na to nie wyglądało 🙂
Mój Piotrek ustał, bolała go stopa i zwyczajnie zabrakło mu paliwa (mimo posilenie się czekoladką). Dotarliśmy do domu po prawie 2 godzinach treningu. Przebiegliśmy 15,65 km. Pogoda w lesie – super, bo nie czuć było wiatru. Śnieżek tylko tyle, coby pokryć ścieżki. A w domu – czekał już prawie gotowy obiadek. Tym oto sposobem rozpoczęliśmy kolejny miesiąc biegowy. Jutro zasłużony wypoczynek, choć kusi mnie, żeby skoczyć do HP na trening siłowy. Kolejny tydzień trochę lżejszy, bo czeka nas start na Kabatach w sobotę 🙂

31/01/2009

Szczególny dzień

Jedenaście lat temu urodziłam Zuzię.

Mam już nastolatkę w domu, a wspomnienia jakby z wczoraj 🙂 Był mroźny dzień, w oknie porodówki widok na wewnętrzny ogród czy skwer. Pamiętam biały śnieg i spacerujące czarne wrony. Po całej nocy czekania aż się rozkręci, Piotrek był półżywy. To była sobota, a w niedzielę miał egzamin. Powiedział, że dobrze by było, żebym urodziła do 15, to będzie się jeszcze mógł trochę pouczyć. Urodziłam 14.35 i szczęśliwa powiedziałam: Widzisz, tak jak chciałeś, urodziłam przed 15…Mina położnej – bezcenna, aż nam wspólną fotkę zrobiła. I jeszcze jedno – egzamin zdał na 5. I tyle wspomnień. Zuzia ma rozmiar buta 37 i jest fantastyczną dziewczyną. Bardzo zdolna i pracowita. Uwielbia robótki ręczne i naprawdę jest w tym dobra. Poza tym – mały mózg matematyczny, wyróżnienie w międzynarodowym konkursie matematycznym, wyróżnienie w matematycznym konkursie dzielnicowym – to osiągnięcia z zeszłego roku. W tym roku konkursy jeszcze przed nią. Bardzo dużo czyta, przeczytała już wszystkie książki dziecięce w naszym domu…teraz biega do biblioteki 🙂 Przejdę płynnie do tematów biegowych – Zuzia uwielbia się ruszać i spokojnie przebiegnie z nami 4 km.

Dzień szczególny także dla Piotrka, możecie mu pogratulować. Właśnie pijemy piwko z okazji pierwszych, przebiegniętych w ciągu miesiąca 200 km, dokładnie, to przebiegł 205 km!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Ja opuściłam jedno wybieganie z powodu ćwiczeń siłowych w HP,więc mam na liczniku w styczniu 182 km…też nieźle, prawda?

Dzisiejszy trening, był moim osobistym zwycięstwem nad samą sobą. W planach interwały po 1200 m. w tempie biegu na 10 km. Założyliśmy przedział 5.10-5.20 min/km. Trzy z nich zrobiliśmy w tempie 5.08, jeden trochę wolniej. Wybiegłam z bólem głowy, myślę sobie, przewietrzę się – pomoże. Niestety…nie pomagało. Przy drugim interwale skronie pulsowały boleśnie, im bardziej bolało, tym bardziej się spinałam, im bardziej byłam spięta, tym trudniej mi się biegło, im trudniej mi się biegło – tym szybciej pracowało serce, im szybciej pracowalo serce – tym mocniejszy był ból. Wtedy postanowiłam, pobiegnę fragment trzeciego i wracam do domu…zrobiliśmy trochę dłuższą przerwę po drugim powtórzeniu. Pomogło. Trzeci interwał wykonałam do końca, przestałam myśleć o bólu, wrzuciłam sobie jakiś temat zastępczy i pomogło. Poza tym – może to te słynne endorfiny w końcu na coś się przydały. Zdecydowałam się na czwarty interwał. Przerwę wydłużyliśmy tylko o 30 s, a bardzo pomogło. Pulsometr wskazał tętno maksymalne 191. Tym razem nie było ani skurczy mięśni, ani blesności łydek w fazie studzenia. A wytrwanie do końca zaowocowało odejściem bółu głowy na resztę wieczoru.

Wracamy z wybiegania, pada śnieg, wielkie, lepkie płatki tworzą w świetle lamp romantyczną aurę. Na naszej uliczce po jednej stronie są domy, po drugiej las. Na drzewach tworzą się piękne warstwy śniegu…światło latarni prześwituje przez tę warstewkę na każdej gałązce. Zobacz jak jest romantycznie – mówię do Piotrka. Wziął mnie za rękę. Wracamy w sobotni wieczór po ciężkim treningu, trzymamy się za ręce i kontemplujemy piękno padającego śniegu. Czy trzeba czegoś więcej?

30/01/2009

Prawdziwy oddech

Dziś dopiero odczułam, że Piotrek ma urlop…ufff…nareszcie.

Mój telefon zadzwonił dziś dwa razy, nie miałam żadnego spotkania, nie gasiłam żadnego pożaru…za to spędziłam dużo czasu z mężem i efektem tego czasu będą moje nowe okulary. Biegam w okularach, mam wadę, której nie da się skorygować soczewkami, noszę okulary od pierwszego roku życia i tak już zostanie do końca. W związku z tym zamarzyły mi się korekcyjne okulary do biegania. To znaczy sportowa oprawka, sportowy styl, na wierzchu przyciemniane, a w środku ramka na szkła korekcyjne. Będę miała przeciwsłoneczne okulary do biegania z korektą…ha…oprócz tego mój mąż zaszalał i zamówił drugą parę okularów korekcyjnych, żebym miała na zmianę…i tu poszłam trochę odważniej niż zwykle, oprawka jest w odcieniach bordo 🙂

Wieczorny trening dziś całkiem spokojny, zrobiliśmy go w tempie trochę szybszym niż "wolno" i było całkiem nieźle, także jeśli idzie o wskazania pulsometru. Wygląda na to, że tamte piki i szaleństwa wynikały z mojej ogólnej kondycji, która nie była za dobra. Sporo się działo, sporo było stresu i pracy na czas…jak widać, pompka też to odczuwała 🙁

Po powrocie z treningu kontunuowałam "dzień dobroci dla Izy". Była kąpiel, truskawkowy peeling i maseczka nawilżająca…odpoczywam 🙂

29/01/2009

Sportowy dzień

Mogę powiedzieć, że dziś ćwiczyłam od rana do wieczora 🙂

Przedpołudnie spędziłam w HP. Były też dziewczyny z teamu, co prawda nie w komplecie, ale i tak nastąpił efekt skali (turkusowych koszulek teamowych), bo jedna z Pań zapytała do jakiego biegu się szykujemy :-). Moje starszaki, które wzięłam ze sobą, umieściłam w kinie, miałam więc dwie godziny czasu. Po rozciaganiu (łojs, moje żebra) udałyśmy się z Elą do sauny i…muszę stwierdzić, że to jest to. Nigdy nie miałam okazji tak bezpośrednio po ćwiczeniach skorzystać z odnowiającej siły sauny. Zero zakwasów, nawet żebra przestały tak mocno ciągnąć. Nadal nie jestem przekonana, czy HP będzie moim miejscem do ćwiczeń po ustaniu projektu, ale muszę przyznać, że zaczynam doceniać klimat takich miejsc i ich dogodności. Po powrocie do domu zamiast spokojnego relaksu, gaszenie jakichś pożarów, potem dwa spotkania i dopiero po 20 mogliśmy wybiec…a dziś 50 min, wolno z 4 przebieżkami…nie wiem, coś się dzieje, zmienia, bo ja już nie panuję nad słowem "wolno"…średnie tempo – 6 min/km, najszybsze tempo w przebieżkach 4,40 min/km.
Może Wam to zobrazuję. Kiedy zaczynałam biegać "kółko po wsi" nie dawałam rady przebiec ciągiem 4 km, musiałam po 3 km robić przerwę na marsz. Potem spokojnie przebiegałam 4 km, wysiłkiem było 6, naprawdę mentalnie i fizycznie to było za wiele. W tamtym czasie przebiegnięcie kółka w czasie poniżej 26 min (6.30/km). było dla mnie osobistym sukcesem. Z Piotrkiem raz udało mi się osiągnąć 23 min. Potem rozpoczęły się przygotowanie według planu. Norrie to nie przedszkole, przynajmniej dla mnie, Marek mówił mi, żeby trzymać się planu, to sama ze zdziwieniem odkryję, że biegam dużo szybciej, powiedział więcej – będziesz się dziwiła, że biegałaś tak wolno. Nie minął jeszcze miesiąc treningów, a ja widzę u siebie zmiany…bieg 3 km w tempie 5,28 nie stanowi wielkiego problemu…oczywiście do przebiegnięcia 21 km w takim tempie jeszcze morze potu i tysiące kryzysów przede mną…ale dziś…dziś mam dobry dzień…może to ta sauna? Wypociłam złe emocje 🙂 Chcę dziś Was zarazić moim entuzjazmem. Nie zawsze jest łatwo, na ogół jest normalnie, czasem się wszystko nuży, a niekiedy zwyczajnie człowiek nie może ruszyć ręką i nogą…ale przychodzą takie dni jak dziś, kiedy spojrzenie wstecz daje obraz postępu, wzrostu i napawa optymizmem, mobilizuje do kolejnego treningu…

Patatycznie zabrzmiało 🙂

B&B pozdrawiam Cię z Piotrkiem, dobrze poznałam po klaksonie, prawda?

28/01/2009

Pracowity dzień Burka

Kiedy byłam małym dziekciem, było coś takiego, jak rzutnik slajdów i na ścianie oglądąło sie bajki. Na stałe do naszego domowego języka weszło wtedy powiedzenie "pracowity dzień Burka" od bajki o psie, który miał cały dzień zajęcie, bo wszystkich musiał obszczekać 🙂

I tak oto, w ten piękny feryjny czas, pochorowało nam się drugie dziecię, Justynka zaczęła gorączkować wczoraj w nocy. Na nic nasze plany łyżwowo – kinowe…piękny urlop mojego męża, śliczny…ja ganiam do pracy, a on siedzi z dziećmi, nie ma sprawiedliwości na tym świecie. No tak, a proste życie księgowej w małej firmie jest mocno skomplikowane na koniec i na początku roku. Dziś na przykład poswięciłam 3 godziny mojego cennego czasu na wypełnianie sprawozdania do GUS-u. Jesteśmy od lat tymi szczęśliwcami…dziś musiałam zliczyć faktyczny czas pracy wszystkich pracowników w ciągu roku, z wyłączeniem urlopów i zwolnień, w tym płatnych zwolnień…jeszcze płace brutto, w tym na stanowiskach robotniczych. Podatek przed odprowadzeniem składki zdrowotnej i takie tam inne baaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo potrzebne statystyce informacje. Dodam, że nie prowadzę księgowości tak, by te rubryczki można było od razu kliknąć i mieć. Wszystko liczyłam na piechotę z kilku różnych źródeł informacji. Nie miałam na sobie pulsometru, ale moje tętno sięgało chyba HR MAX. Skończyłam GUS, ZUS i inne takie kwiatki noworoczne i zajęłam się przygotowaniem wniosku dotacyjnego dla mojego stowarzyszenia. Termin mam jutro do 15, ale już na szczęście zostało ostatnie czytanie, drukowanie, spięcie wszystkiego, podpisy i zlożenie. Pojadę jutro przed galmokiem, coby nie myśleć już o tym tylko się spokojnie rozciągać.

A na rozciąganie mam wybitną chęć, bo międzyżebrowe po piłce bardzo ciągną, a reszta już na tyle odpoczęła, że mogę dać im jutro wycisk.

W planie biegowym na dziś było 20 min wolno (6.07 – wyszło) 3 km w tempie docelowym maratonu (5,27 wyszło) i 20 min wolno – tu trochę skróciliśmy, bo oboje czujemy zmęczenie w nogach i nie chcemy kończyć za wszelką cenę w gabinecie rehabilitacji.

Teraz jeszcze tylko wymieniam maile z Węgrami, bo do wniosku dołączamy list intencyjny – zamarzył nam się polsko-węgierski piknik kulturalny i już mogę się pakować na jutro…

Bardzo się cieszę, że na strechingu będzie nas więcej – na pewno dołączy Ela i chyba Michalina wpadnie, z tego, co pamiętam. Zajrzy też Kasia z fundacji…czyli integrujemy się na całego 🙂

A do Kobiecego Teamu dołączają kolejne dziewczyny i będzie więcej blogów do czytania :-)))))))))))))))))))

27/01/2009

Osobisty trener Damian

Dziś znów o Holmes Place będzie.

Na wstępie wyjaśnię, że nie jestem bywalczynią klubów. Aerobik i step, który kiedyś uprawiałam w małym studio, niczym nie przypomina wielkiej sali, na której stoi masa maszyn piekielnych do tortur wszelakich przystosowanych :-). Miałam pojechać do galmoku z całą rodzinką, ale Zuzia znów lekko gorączkuje i kaszle nieprzyjemnie, więc dzieci zostały z tatusiem, a mama się wypusciła. Przeszłam dziś wywiad wstępny. Dowiedziałam się o sobie paru nowych rzeczy, m.in. poznałam ile mam tkanki tłuszczowej 😉 ale do rzeczy. Damian przygotował dla mnie trening siłowy, który w założeniu powinnam robić dwa razy w tygodniu. Nie powiem, dziś był łaskawy, zmniejszył wszystkie elementy o jedną serię…chyba, żebym jutro nie umarła. Były więc ćwiczenia na kolana, na uda, na obręcz barkową, na kręgosłup (m.in. rzymska ławeczka) i powiem szczerze myślę sobie: nie jest źle dziewczyno, czterdzistka na kark się wpycha, a ty w formie. Do czasu…no właśnie, do czasu ćwiczeń na mięśnie brzucha…kto to widział robić jakieś skłony na piłce, albo…no to mnie poraziło – podnosić biodra leżąc na plecach i wyciągając do góry pionowo nogi. NIEWYKONALNE. Trener Kamil, który mi asystował, trochę mnie wspomógł trzymając za kostki, bo bym się totalnie załamała kondycją moich mięśni brzucha.
Jest jeden pozytyw tego faktu – po dwóch miesiącach ćwiczeń, powinnam widzieć różnicę, co nie? Wszystko z rozgrzewką i rozmową na początku trwało godzinę. Potem nie poszłam na ciacho z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku, ale kupiłam sobie kremik nawilżający, w nagrodę 😉 Trzeba się jakoś pozytywnie motywować…najbardziej to mnie ZARA zmotywowała…wszystkie spodnie 36 były za wielkie :-))))))))))))))))))

Ponieważ naprawdę czuję w nogach, szczególnie udach, te moje dzisiejsze plany biegowe odpuściłam sobie, taki mały luzik. Jutro już pobiegnę normalnie 🙂

26/01/2009

Długie wybieganie

Miałeś rację Doświadczony Piotrze, w lesie grząsko 🙁

Urlop, nawet jeśli tylko męża i dzieci, ma swoje prawa, nie powiem Wam, o której wyczołgałam się z łóżka, nie będę taka, szczególnie wobec Michaliny ;-). Po słodkim lenistwie udałam się do mojej pracy ( termin Vatu), a potem w rajtuzki i do lasu. Naprawdę mieliśmy zapał i gotowość do wykonania długiego (90 min) wybiegania w normalnym tempie. Ha, łatwo powiedzieć. Błoto jak się patrzy, ale każde błoto można ominąć bokiem, znaczy się lasem po prostu…rzecz w tym, że bolały nas nogi po sobotnich interwałach. Podeszliśmy w tych okolicznościach przyrody ze zrozumiem do własnych kończyn i zrobiliśmy trening korzystając z mądrości Gallowaya. Wyszedł więc marszobieg, w czasie 71 min. I nie wiem do tej pory jakim cudem zrobiliśmy tym sposobem 9,5 km. Generalnie, mając przed sobą perspektywę 7 dni treningowych nie chcieliśmy się zamęczyć już w poniedziałek 😉 Wzięłam ze sobą pulsometr, pokazywał całkiem normalne wyniki, max. 174, min. 92, średnie 147.

Jutro spotkanie w Holmes Place, dzwonił p. Damian, ma go zastąpić kolega, ale program dla mnie podobno już gotowy.

Pisałam już, że w lesie wiosna pełną gębą? Sikorkową oczywiście, drą się jakby naprawdę zaraz miała być wiosna 🙂 i ziemia pięknie pachnie wilgocią. Trzeba tylko wybiec głębiej w las, bo na brzegu lasu – ziemia nie pachnie, zbyt dużo psów na osiedlu 🙁

25/01/2009

Niedziela


Według planu powinno być długie wybieganie, ale robimy dziś dzień wolny i długo pobiegniemy jutro…wolimy las niż beton, a Piotrek od jutra zaczyna urlop.

W komentarzach pod wczorajszym wpisem dyskutuję z B&B o suplementacji. Generalnie jestem zwolenniczką naturalnych metod uzupełniania braków minerałów i witamin. Skądinąd wiem, że sztuczne mieszanki nie są w pełni wykorzystywane przez organizm, a nadmiary transportujemy na zewnątrz przez nerki. Grzebnęłam w necie. Okazuje się, że w miejscach gdize występuje twarda woda ludzie nie mają niedoborów magnezu. Ok, ale my nie jesteśmy tacy przeciętni, dajemy z siebie coraz więcej, może być tak, że mamy jakieś niedobory magnezu. Grzebię więc dalej. Zamieszczę tutaj kilka źródel magnezu, może przyda się innym biegającym, jeśli wolą naturalnie zamiast chemii z apteki 🙂

Rozdrażnienie, nerwowość, kołatanie serca, bezsenność, zmęczenie oraz powtarzające się skurcze mięśni lub drganie powieki – w ten sposób organizm może sygnalizować, że brakuje mu magnezu. Kobiety potrzebują dziennie 300 mg, w ciąży 350 mg, mężczyźni 370 mg tego pierwiastka.

Nasze rady

·Gotowanie powoduje stratę 30–75 proc. tego pierwiastka. Dlatego warzywa i owoce najlepiej jeść na surowo.

·Magnez jest lepiej przyswajany w środowisku kwaśnym i z białkiem zwierzęcym, dlatego kaszę gryczaną dobrze jeść np. z gulaszem.

·Wchłanianie magnezu utrudnia środowisko zasadowe (np. soki owocowe), alkohol, nasycone kwasy tłuszczowe, nadmiar wapnia i fosforu.

Najbogatsze źródła (zawartość magnezu w 100 g produktu):

·kakao (16 proc.) – 420 mg

·kasza gryczana – 218 mg

·fasola – 169 mg

·czekolada gorzka – 165 mg

·orzechy laskowe – 140 mg

·płatki owsiane – 129 mg

·ciecierzyca – 124 mg

·groch – 124 mg

·szpinak – 53 mg

·makrela – 30 mg

·dorsz – 29 mg

Z jedzenia przyswajamy 30–40 proc. magnezu. W przeciętnej diecie najwięcej magnezu dostarczają produkty zbożowe (do 45 proc.).

Informacje pochodzą ze strony: www.poradnikzdrowie.pl

24/01/2009

Plan wykonany!!!

Dziś piękny dzień mimo niskiego biometu – podobno 🙂

Z samego rana wróciły dzieciaki…nawet nie wiedziałam, że aż tak mi ich brakowało. Zrobiłam wczoraj ciasto na przywitanie, a dziś ugotowałam obiadek na życzenie. Wyjazd udany na 75%, zabrakło dobrej pogody, trafili po prostu na odwilż i ciągle wszystko było przemoknięte…kocham polskie góry normalnie…
Druga dobra wiadomość, to kolejna próba zmywarki wypadła pomyślnie, czyli jest szansa, że jednak sie nie zepsuła, nie wiem, będziemy próbować dalej.
Na koniec dnia – trening…czekałam aż Piotrek wróci ze swojego kursu. Dziś pan Norrie chciał nas wypróbować, szybkie interwały po 200 m przeplatane tylko 100 metrowymi odpoczynkami i tak 10 razy…Za radą B&B nie brałam pulsometru – i może dobrze 😉 Ważne, że żyję, prawda? Mimo rozgrzewki i roziągania, pierwszy raz w życiu miałam skurcze w łydkach i pod kolanem, to zdarzyło mi się w drodze powrotnej już po treningu, w fazie studzenia, ale się zdarzyło, czyli chyba coś było jednak nie tak. Nie wiem co, za krótko biegam.

Mimo bardzo krótkiego treningu czuję, że zrobiłam kawał dobrej roboty, a bluza i koszulka już w pralce 🙂

23/01/2009

Wolny piątek

Po ostatnim tygodniu wyjątkowo doceniam wolny piątek.

Jakoś tak szybko minął ten treningowy tydzień. Może był łatwiejszy od poprzedniego, sama nie wiem. po strechingu bolą mnie trochę mięśnie od wnętrza ud, trochę ciągną pod kolanami i o dziwo – czuję przedramiona, a zdawać by się mogło, że tamte wcale nie pracowały 🙂 Generalnie mam luźniejszy dzień i pospać rano mogłam, co daje mi naprawdę dużo, od razu mam lepsze samopoczucie. Jutro bardzo rano wracają dzieciaki i wracamy do starych przyzwycajeń…kolejny tydzień ferii spędzimy w piątkę w domu (Piotrek bierze urlop) i zamierzamy spędzić ze sobą dużo czasu…tak na codzień coraz bardziej się mijamy i zwyczajnie tęsknimy do bycia razem. No i liczę na drobne lenistwa w stylu kawa w łóżku o 9 i chodzenie w pidżamce do 10 🙂 Dzieci już duże, potrafią pospać długo, ale kotom nie wytłumaczysz, 8 rano to granica bólu kociego żołądka… 😉 A bieganie będziemy uskuteczniać w dzień i będzie pięknie 🙂
22/01/2009

Streching time:)

Kiedy będąc na basenie w pewnym kurorcie słyszeliśmy głośne nawoływanie: streching time, porzucaliśmy nasze wygodne leżaczki i ruszaliśmy sprawdzić swoje możliwości…

Jedną z niewątpliwych zalet udziału w Kobiecym Teamie Biegowym jest sponsorowany przez sieć Holmes Place karnet na zajęcia w klubach sportowych tej sieci. Dziś skorzystałam z zajęć rozciągających. Super, jestem zadowolona. 50 minut spokojnej gimnastyki, przy spokojnej muzyce, a czułam mięśnie, o których istnieniu nawet nie wiedziałam…instruktor prostymi komendami potrafił nas zaplątać w prawdziwe supełki. Takie zajęcia są mi bardzo potrzebne, podczas biegania mięśnie się skracają, więc takie rozciąganko – jak znalazł. Wpisuję streching do mojego kalendarza 🙂

Dodatkową zaletą Holmes Place jest lokalizacja w Galerii Mokotów – ha…skoczyłam do Reserved, super wyprzedaże!!! 🙂

A biegowo dziś 50 minut wolno, po wczorajszym mocnym treningu, wcale łatwo nie było, ale zrobione…

21/01/2009

Plan wykonany

Dzisiejszy trening wykonany w 100%

Przyznam, że zaczynam podziwiać samą siebie – błąd, narcyzm!!! To pewnie nie moja zasługa, tylko Norriego, ale…przebiegłam dziś 20 min w tempie 6,10, potem 3 km w tempie 5,35, a potem jeszcze 20 min w tempie 6,10. I wiecie co? Spoko…a myślałam, że będzie ciężko…
Jedna rzecz mnie martwi, jeśli ktoś się na tym zna, niech mnie uspokoi…Mój Piotrek biega w zakresach tętna 140-160, a ja? Strach pomyśleć, dziś średnie tętno 168, a maksymalne 203!!! (na szczycie górki, na które wbiegłam w tempie 5,35) I sama już nie wiem, jak to interpretować, bo czułam się dobrze, to dlaczego to serce tak wali? Może mam za słabe serce, a może chudzi mają inaczej? A może jestem jakaś zepsuta? A może maszynka się myli? Jeśli czyta mnie ktoś, kto mógłby mi to jakoś logicznie wytłumaczyć – to niech się odezwie.
20/01/2009

Taki sobie "normalny dzień"
Prawdę mówiąc myślałam, że jak dzieciaki wyjadą to ja odpocznę, nic bardziej błędnego.

Zdecydowanie ferie w drugiej połowie stycznia to najgorszy z możliwych terminów. Nie dość, że dzieciaki musiały właściwie wszystko zaliczyć do Świat, to jeszcze teraz same okresy sprawozdawcze. Zacznę od poranka – spotkanie w sprawie omówienia dotacji kulturalnych na 2009, termin złożenia wniosku – 29 stycznia 🙂 potem kolejne spotkanie – tym razem w sprawie innego wniosku – tym razem na dotacje sportowe. Ten sam termin złożenia. Potem na szybko do pracy – trzeba przygotować przelew z podatkiem od pensji pracowników (dziś termin!), oczywiście nie sam przelew, bo jeszcze wyjaśnienia macierzyńsko – urlopowe itp. Zeszło się trochę…patrzę na zegarek – pędem po Tyśkę do szkoły odebrać ją z akcji zima w mieście. Szybki obiad, w "międzyczasie" telefon, że musimy poprawić rozliczenie dotacji za zeszły rok, trzeba znów podpisać. Czas biegnie. Zaraz wyjeżdżam na spotkanie w Holmes Place. Nie spóźniam się, o dziwo. Krótka rozmowa z trenerem, umawiamy się ostatecznie na wtorek, przygotuje mi indywidualny program siłowy (głównie wzmocnienie kolan), poćwiczę we wtorek rano. Wybrałam jeszcze dodatkowo streching w czwartek rano, o 11.00 i to chyba wszystko, co dam radę zrobić na siłowni…trochę daleko ta galeria Mokotów dla matki trójki dzieci z nienormowanym czasem pracy. Wracam do domu przed 20. O 20 powinnam być na dyżurze radnej w stowarzyszeniu, o 20 zaczyna się też spotkanie ws kolejnego projektu przed złożeniem wniosków o dotację. Spotkanie będzie beze mnie, ja idę pobiegać, ale po całym dniu w młynie chcę wypić kawę i odetchnąć. Wybiegamy z Piotrem O 20.30, mam mało czasu, bo umówiłam się, że będę w stowarzyszeniu po 21, żeby zabrać gazetki do kolportażu (99 numer)…nie robię pełnego treningu, bolą mnie przyczepy mięśni przy kolanach i goni mnie czas. Jestem w siedzibie o 21.30, faceci jeszcze debatują, ale już tak bardziej na luzie. Jeszcze parę dokumentów do podpisania, 400 gazetek do bagażnika i już o 22.20 jestem w domu.

Jutro będzie trochę lżej, mam nadzieję 🙂

19/01/2009

nareszcie przerwa

Po tak ciężkim tygodniu treningowym z ulgą dziś odpoczywam…

aż mnie wzięło i rozebrałam choinkę oraz posprzątałam świąteczne ozdoby w domu. Dziś już nie czuję takiego zmęczenia, odpuszcza tez ból kolana. Dywagowaliśmy dziś mailowo z Sąsiadem Życzliwym nad naszym planem treningowym Norriego. Jest trudny i wymaga od nas dużo większego wysiłku niż do tej pory. Rodzi się obawa, czy nie doprowadzimy się do wyczerpania zamiast do dobrej formy. Ja, amatorka, chyba nie potrafię ocenić gdzie jest ta granica. A o kontuzjach się tyle nasłuchałam, że boję się bać :-/ Z moim Piotrem zastanawiamy się, czy to jest jeszcze przyjemność, czy już ciężka robota…a potem Marek pyta mnie: jak to z Tobą jest, od euforii do załamania? no właśnie tak Marku…nastrój faluje w zależności od kondycji.

Za to jutro, jutro Kobiecy Team w składzie niepełnym, bo Julia szusuje po włoskich Alpach, spotykamy się w Galmoku na obfitą porcję lodów 🙂 Dołączy do nas Kasia z Fundacji i będziemy ze spokojem sumienia objadać się kaloriami. Przy okazji spotkania z naszymi personalnymi trenerami popracujemy nad integracją teamu 😉 Każdy pretekst dobry, tym razem to płyty z Pytaniem na śniadanie.
18/01/2009

Wycieczka biegowa z przygodami


Za mną 17 km 400 m w doborowym towarzystwie dwóch Piotrów, było ostro 🙂

Kolejna
niedziela zaplanowana na wspólne wybieganie z "doświadczonym Piotrem".
My do lasu, Asia z dziewczynkami do kina na Madagaskar, przypomnę, że
starszaki chodzą po górach…
Przepiękna pogoda, lekki
mrozek, ślicznie świeci słońce, ptaki śpiewają już "wiosennie". Nawet
nie braliśmy kurtek, bo było bezwietrznie. W planach eksploracja
całkiem nowych terenów, w kierunku Wiązownej. Trasy nowe dla całej
naszej trójki, ale mamy garmina, więc nie boimi się, że nie wrócimy do
domu. Planujemy długie wybieganie – 2 godziny. Pakujemy trochę glukozy
w postaci czekoladek do kieszeni i biegniemy. "Doświadczony Piotr" po
wczorajszym długim wybieganiu ruszył ostrożnie, ufffffffffffff, nie
bedę musiała wciąż gonić 😉 Las otula nas pierzynką, ścieżki grząskie
od piachu, kopiemy się, ale jakoś idzie. Trafiamy na szlak końskich
przejażdżek – jest niedobrze, kopyta odrywają całe płaty śniegu jest
nierówno, ale my brniemy dalej. Widoki przepiękne. Wybiegamy w młodnik
przed nami trzy sarenki – rodzice z młodym, wcale szybko nie uciekały,
a w bezpiecznej odległości, to one nas zaczęły podglądać 🙂 Dobiegamy
do niebieskiego szlaku, biegniemy szlakiem, który prowadzi nas nad
jeziorko. Na jeziorku grupka osób jeździ na łyżwach, szuwary
zamarznięte, wbiegamy na taflę, w pewnym momencie orientuję się, że
jesteśmy na środku tego jeziorka i…nikt przed nami tego nie robił, bo
nie ma żadnych śladów. Ale nie mamy wyboru, biegniemy do drugiego
brzegu…śmieję się, pytając Piotrów czy potrafią ratować kobietę w
przerębli, mój Piotrek pociesza, że do domu tylko 4 km, więc spokojnie
wrócę i…słyszę trzask…lekki trzask…zamarłam…na szczęście nic
nie pękło, ale trzeszczało…wszyscy to usłyszeliśmy…pędem do brzegu
i w drodze powrotnej ominęliśmy już jeziorko, ale…wspomnienia
bezcenne 🙂
Dobiegliśmy za lotnisko w Góraszce, mogliśmy
przebiec trasę i kontynuować dalej bieg w Wiązownie, ale mieliśmy już
ponad godzinę biegu za sobą, więc postanowiliśmy wracać. Tym razem
wybraliśmy czerwony szlak, omijał mocne wzniesienia i generalnie szybko
doprowadził nas do domu. Cały trening trwał około 1h50 min. Trochę
więcej niż zaplanował Norrie, ale warto było, bo doznania były
niesamowite…Po trasie spotkaliśmy znajomego z SM, ale chyba nas nie
poznał. Spotkaliśmy też sporo ludzi na biegówkach i kilkoro z kijkami
Nordic Walking, generalnie widać było, że pogoda zachęciła ludzi do
wyjścia.
Po powrocie wypiłam z Piotrami piwo i
tak sobie myślę, dałam radę po raz kolejny biec jak równa z facetami,
teraz piję z nimi piwo…czy na pewno nie mam za dużo testosteronu? 😉
Mam
za sobą pierwszy w życiu 6-ciodniowy trening, przyznam, że czułam to
dzisiaj, czułam brak drugiego odpoczynku w tygodniu…zastanawiam się,
czy nadal bieganie jest dla mnie funem, czy może już ciężką pracą?
Ale nie myślmy o tym, jutro wolne – od biegania wolne 🙂

17/01/2009

Posklepowe wnioski

Mąż chciał mi kupić buty…nic z tego…

Pojechaliśmy na zakupy, są wyprze – trzeba skorzystać…Piotrek miał focus na kupno butów dla mnie, wymyślił zimowe terenowe z goretexem, żeby mi nóżki nie mokły. Dodam, że doszedł do takiego stadium, że cena nie grała roli. I co? I nic…polscy handlowcy orzekli, że kobiety zimą nie biegają. Byłam naprawdę w wielu sklepach. Pytam obsługi: Są zimowe buty biegowe z membraną? Są – promienny uśmiech sprzedawcy 🙂 A gdzie stoją dla kobiet? – Dla kobiet? – mina sprzedawcy niewyraźna…dla kobiet – nie mamy…Byliśmy w New Balance, Adidas, Nike, Reebok. W żadnym nie było butów zimowych dla kobiet…kobiety zimą nie biegają, a jeśli biegają – to ich problem…tak jak z ocieplanymi getrami – chcąc niechcąc biegam w męskich, babskich nie było 🙁 Chyba jeszcze sporo musi wody w Wiśle upłynąć zanim się nauczą 🙁

I uzupełnienie – było wieczorne bieganie po lesie, polubiłam te wypady, a pierwszy raz było tak strasznie…tylko ślisko było bardzo, nogi się rozjeżdżały, szczególnie na drogach, gdzie jeżdżą samochody.

17/01/2009

I jesteśmy sami

Tak powiedziała Justynka wsiadając przy Dworcu Wschodnim do samochodu.

Michał i Zuzia siedzą w pociągu do Zakopanego. Wrócą za tydzień. Jak się ma trójkę dzieci, a dwoje ubywa, to naprawdę czuć różnicę…
Zanim odweźliśmy starszaki na stację pobiegliśmy dzisiejszy plan. Leciutko 35 minut, tylko tyle, żeby się poruszać…Jutro, jak wstaniemy to strzelimy szaloną Maryśkę, jeśli nie – wykonamy plan…sama nie wiem, co gorsze 😉
Mam nagranie z naszej wizyty w TV, mam też obiecane, że po obrobieniu i kompresji będzie to można gdzieś wrzucić…pewnie trochę to potrwa, ale jest szansa 🙂
15/01/2009

Bardzo długi dzień

Zaczęło się od telewizji, skończyło na treningu…to był dzień…

Kobiecy Team Biegowy ma cel nadrzędny – promować bieganie wśród kobiet…to, co powiemy w gronie koleżanek, nie ma jednak takiej siły rażenia jak telewizja, a skoro akcja ma odnieść skutek, to stawiłyśmy się dzisiaj: Ania, Ela i ja pod opieką Kasi z Fundacji, w studiu nr 4 na Woronicza. Byłyśmy gośćmi programu "Pytanie na śniadanie"…i się zaczęło. Żeby było jasne – nie znałyśmy pytań wcześniej, nie było też scenariusza, odpowiadałyśmy spontanicznie. Miałyśmy sporo czasu, jak na drogi czas antenowy. Udało nam się przekazać wszystko, co było zaplanowane. Nawet wymieniłam pełną nazwę biegu łącznie ze sponsorem (Marku pamiętaj!), Ania powiedziała o sponsoringu Timexa, a Kasia przybliżyła postać Gallowaya. Ela opowiedziała o lodach – przynajmniej to tylko pamięta, a ja uprościłam sprawę: Mężczyźni biegają z natury rzeczy,a kobiety trzeba zachęcać. Kiedy powiedziałyśmy, że warto wziąć udzial w biegu, bo są takie śliczne koszulki, to Tomek Kammel o mało nie spadł z fotela. Generalnie atmosfera w studio była naprawdę luźna i mimo, że jeszcze nie widziałam nagrania – to mam dobre samopoczucie…gorzej pewnie będzie jak to obejrzę 😉
Prosto z Woronicza – do domu, szybki obiad i sesja…jaka sesja pytały dziewczyny na słynnych korytarzach TV, no sesja rady dzielnicy…Ależ to się dziś dłużyło, musiałam się urwać, bo…zebranie semestralne u Zuzi…wrócliłam do domu skonana…tyle emocji…wracając do domu, przekonywałam siebie, że przecież nic się nie stanie, jeśli dziś nie pobiegnę…

Teraz zacznę wywód nad wyższością biegania z kimś…po powrocie rodzinka jeszcze w rozsypce, Zuzia była na zajęciach koralikowych. Tysia stęskniona – była dziś w teatrze i podobno machała do mnie jak mnie zobaczyła w telewizorze 🙂 siadła na kolana i nawija. Michał z dystansem, ale widać, że też chce opowiedzieć swój dzień i ciekawy jest moich wrażeń. Zuzia wróciła z koralików i pyta o wywiadówkę, a ja nawet nie mam siły powiedzieć jej, jak bardzo jestem dumna ze średniej ponad 5. Piotrek mówi – zostań, ja pobignę sam…i to działa na mnie jak płachta na byka…bo gdyby on też został to co innego, ale on pobiegnie…zwlekam się z kanapy, zakładam getry, wychodzimy….dziś ciężki trening trzy razy po 1600 m…Piotrek nastawił przedział prędkości 5,10-5,20. Przypomnę tylko, że kiedy zaczynałam przygodę z Norrim, nie dałam rady przebiec 1000 m z prędkością 5.30. Ruszamy, truchcik rozgrzewający, rozciąganie przy ulicznych koszach na śmieci, biegniemy…nastawiłam pulsometr na wskazania ilości uderzeń na minutę, BPM rośnie 177, 180…biegniemy dalej…daję radę przebiec pierwsze 1600 m w średnim tempie 5,08 min/km. Tylko dwie minuty przerwy, za krótko, tętno spada tylko do 120, ruszamy na kolejne 1600 m…średnia prędkość 5,12, w tym podbieg pod górkę koło gimnazjum…w tym tempie…na szczycie górki widzę wskazanie pulsometru 194 … i co ty na to Marku? znów dwie minuty przerwy. Ostatni odcinek był z nawrotką, więc siłą rzeczy trochę zwolniliśmy, średnie tempo było 5,19 – czyli cały czas w normie założenia…powolny truchcik w kierunku domu…baaaaaaaaaaaaaaaaaardzo udany trening, którego miało nie być, przynajmniej w drodze pomiędzy urzędem a domem…

Miałam iść wcześniej spać, a znów zbliża się północ, odpocznę jak umrę…przy takim tętnie, to pewnie nastąpi wkrótce ;-))))))))))))))))

14/01/2009

Nowy sprzęt w użyciu

Wzięłam dziś na trening sprzęt, który dostałyśmy od Timexa.

Poprosiłam Piotrka, żeby poczytał instrukcję i wszystko poustawiał, miałam ustawione pipczenie na zakres poniżej i powyżej przedziału 70-80%…i pobiegłam, truchcikiem…cóż muzyczka nie była potrzebna, pipczało całą drogę mimo, że prawie sżłam…maszynka pokazywała chwilami nawet 102%. Albo ja jestem jakiś robokop, albo inwalida sercowy, albo mam źle ustawioną maszynkę…mam obiecaną wieczorem fachową pomoc, zobaczymy 🙂 co zrobilam źle.
14/01/2009

Mam parcie na szkło

Na razie napisze jedno,, jutro o 9.30 TVP 2 pytanie na śniadanie….będziemy my – kobiety, o których jeszcze usłyszycie – Kobiecy Team Biegowy 🙂
14/01/2009

Już dawno po świętach, a my dostałyśmy prezenty

Wczoraj dowiedziałam się, że nie ma równouprawnienia, bo jak facet biega, to normalne, a jak kobieta, to od razu całe zamieszanie…i bardzo dobrze 🙂

Dziś był dla mnie trudny organizacyjnie dzień, sami widzicie, piszę dopiero teraz…zapytacie o trening…trening rzecz święta, był oczywiście, w przerwie..no właśnie od początku…

Dziś ruszyłyśmy oficjalnie, my, wybrane z rzeszy biegających kobitek członkinie Kobiecego Teamu Biegowego. Na sali ćwieczeń w Homes Place zostałyśmy obdarowane prezentami. Mamy trzymiesięczne karnety na siłownię i fitness od Holmes Place, super zegarki z pulsometrem od Timexa oraz bardzo twarzowe imienne koszulki od Fundacji Maraton Warszawski. Kasiu, a te słodycze dorzucene ekstra – uratowały mnie dziś od śmierci głodowej, dzięki. Czułyśmy się dziś jak gwiazdy filmowe…flesze, kamera, radio Kolor. Było nieźle 😉 Zaschło w gardle od wywiadów 😉
Skoro już w stresie czasowym dotarłam na miejsce, musiałam wypróbować jakiś sprzęt…a że dziś w planie 45 min z trzema przyśpieszeniami – skorzystałam z bieżni.
Pierwsze wrażenie…brak mroźnego powietrza, wręcz duszno i zdecydowanie za gorąco, a przede wszystkim za sucho. Drugie wrażenie – jakoś dziwnie, lasu nie czuć i śnieg nie wpada do butów. Trzecie – może dziwne, ale nie przywykłam do "publicznego ćwiczenia" – naprawdę mam z tym problem, mam wrażenie, że jestem obserwowana. Wiem, że tak nie jest, a jednak czuję się z tym dziwnie. Wracając do samego treningu, chyba był nieadekwatny do tego, co zrobiłabym na zewnątrz, więc będę z tego korzystała tylko w razie arktycznych mrozów, albo gdy moi biegający Piotrowie (przypomnę jest ich trzech) przesadzą z tempem :-). Potraktuję zaproszenie do Holmes Place jako dodatkowe ćwiczenia, a nie możliwość do wykonania Norriego pod dachem, to jest całkiem co innego!

No i jeszcze garść ploteczek. Jako rasowe kobiety, omówiłyśmy szczegóły w szatni, również aparycji niektóryh panów. Wstępnie umówiłyśmy się na kawę i ciacho, i generalnie, za mało było czasu na "integrację" – czytaj babskie gadanie. Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości czy tworzymy zgrany zespół, po dzisiejszym popołudniu zapewne ich nie ma…

Na koniec refleksja…piszę sobie i mimo dużej ilości odsłon strony, jakoś nie docierało do mnie, że ktoś to czyta…dziś przekonałam się, że wszystko o mnie wiecie…ha..sama tego chciałam 😉

12/01/2009

z małym opóźnieniem


Dziś dzień odpoczynku…ale opowiem Wam o wczoraj i sobotniej nocy…

Najpierw
o sobocie oczywiście… W sobotę był bal. Dla tych, co to jeszcze mało
mnie znają. Stowarzyszenie Sąsiedzkie organizuje "Biesiady Sąsiedzkie"
– bale charytatywne. Pierwszy z nich był organizowany 10 lat temu,
dochód poszedł na budowę placu zabaw. Kolejne lata, to kolejne odsłony
imprezy, od chyba 5-ciu lat bal organizowany jest z dużym rozmachem w
miejscowym gimnazjum i gromadzi rzesze fanów. Zaletą balu jest jego
niezobowiązująca formuła – impreza od sąsiadów dla sąsiadów. Drugą
zaletą jest, że żadna to komercha – bilety w tym roku sa po 100 zł od
osoby, i tylko trzeba dokupić sobie samemu alkohol. Dwa lata temu
zrobiliśmy bal na 250 osób, drugie tyle zostało na lodzie z powodu
braku miejsc, wtedy podjęto decyzję o dwóch balach. W zeszłym roku były
dwa, w tym jeszcze jeden przed nami, prawda B&B? 🙂 Wracając do
sobotniej zabawy…siedziałam przy stole na 17 osób, jako organizator –
przybyłam najwcześniej, bo jakby był pożar, to trzeba gasić 🙂
Niedługo potem zjawili się znajomi z drugiego towarzystwa, które bawiło
się z nami. Podchodzą, przedstawiamy się (my jesteśmy we czwórkę) i
pada pytanie: Biegacie? A my – jakby nas, wiecie co, grom z jasnego
nieba…kto, co, jak? To już mamy takie "mordy biegowe" czy co? Okazało
się, że Agata i Wojtek – biegający, a jako rekomendację naszego grona
powiedziano, że też biegają…Po pewnym czasie dojechali Piotr i
Emilka, zwani Wam z "kosmicznego treningu" i jak się domyślacie teamtem
wiodącym przy stole było – bieganie 🙂 Wśród ośmiu osób siedzących
pośrodku stołu, tylko jedna należała do grona kibiców. Asia podsumowała
bal tak: Zawsze to Piotr czuł się jak biegający odmieniec, teraz to mnie się wydawało, że jakoś odstaję 🙂
niedługo Asiu, niedługo, przepijesz z nami jeszcze kilka imprez i
zaczniesz 😉 A tak poza tym – to bal się udał. Muzyka była ok,
jedzonko nawet powiem śmielej – bardzo smaczne, a atmosfera przy stole
wyborna. Oczywiście odgrażaliśmy się, że pobiegniemy dla Owsiaka,
byliśmy tego pewni jeszcze o 3 nad ranem. Wstałam o 8, tylko po to,
żeby dać kotom jeść. Tak na dobre – to jedliśmy śniadanie po 11. A
pakiety wydawali do 12, poza tym, trochę się obawiałam, że o tej porze
nie ma już po co jechać, w końcu to była limitowana liczba miejsc. Co
nie oznacza, że w ogóle nie biegaliśmy, ależ skąd. Przecież
"Doświadczony Piotr" siedział w mojej kuchni i knuł plan treningowy na
niedzielę. Obiektywnie rzecz biorąc: byłam po nocnej imprezie
alkoholowej, nie bójmy się tego powiedzieć, złoty napój, zwany wodą
ognistą, lał się, lał. Mimo spania do dziesiątej, czułam jakiś niedosyt
🙂 Nogi po całej nocy w szpilkach – też się czegoś dopominały. Ale na
pytanie: to o której biegniemy? – skupiłam się na hamonogramie. No i
pobiegliśmy. Czołówki do kieszeni, jakby noc nas zastała w lesie i w
drogę. Pogoda była boska, lekki mrozek ściął śnieg, szlaki wręcz
wyślizgane, puściutko w lesie. Przez pierwsze 5 kilometrów czułam
ciężar balu w głowie, w nogach, w płucach, generalnie wszędzie, potem
kryzys minął i biegłam dalej. Widziałam, że każdy z nas, miał moment
kryzysowy, ale głupio się było wycofać, co nie? Czy muszę pisać jak
wyglądał trening z "doświadczonym" Piotrem? Raz na jakiś czas
telepatycznie mu tłumaczyłam, że jestem kobietą, tylko kobietą,
zmęczoną po imprezie, a w domu nie ma obiadu, więc nie ma się do czego
śpieszyć 😉 Przebiegliśmy 13,4 km, w dobrym tempie, więc Norrie tym
razem nie powinien narzekać 🙂 Oczywiście odgrażałam się moim facetom,
że jak będą tak gonić, to więcej mnie na wspólnym treningu nie zobaczą,
bo od wtorku będę miała karnet i się będę integrowała z Kobiecym Teamem
Biegowym – jakoś nie chcieli uwierzyć 🙂
A za tydzień moje dzieci starsze wyjeżdżają na ferie…i już muszę myśleć o ich pakowaniu, zero wytchnienia 🙂
10/01/2009

pierwszy kryzys

Mam za sobą pierwszy kryzys, tak szybko?

Wybiegliśmy dzisiaj na plan Norriego, miałoby być coś ponad 9 km, wyszło 5,5… 🙁 Od samego poczatku ciężko nam się biegło, może to po tych podbiegach, ale bolały mnie wszystkie mięśnie. Najpierw rozgrzewka, potem 20 min w wolniejszym tempie i wiecie co…nie dałam rady, przeszłam do marszu po 17 minutach, bo ból mięśni z boku nogi od kolana w dół był nie do zniesienia. Jestem twarda, ale bolało tak, że chciało mi się płakać. Po minucie przerwy mogłam biec dalej, dokończyliśmy nasze 20 minut i zaczęliśmy biec trzy kilometry w tempie docelowym maratonu…niby nogi już tak nie bolały, ale oboje biegliśmy już tylko siłą woli…gdyby to był start – pobiegłabym dalej, ale to trening…a dziś wieczorem bal…postanowiliśmy przerwać po 1 km…teraz nie wiem, jak sama mam to oceniać…trzeba było biec do końca, czy jednak dobrze, że odpuściłam. Mam mocne postanowienie, że dziś na parkiecie robimy "siłówki" jako rekompensatę 😉
09/01/2009

odpoczynek od biegania

Dziś dzień na regenerację, super…

Za oknem coraz cieplej, tylko minus 1 i czuje się w powietrzu odwilż. A ja w domku i nie muszę dziś biegać. Wczorajsze podbiegi mnie mocno wypluły, z przyjemnością dziś odpoczywam…
Na forum biegania w "babskim wątku" pojawiły się dziewczyny, które realizują noworoczne postanowienia…przypomniały mi sie moje pierwsze spotkania z bieganiem…takie wspominki…

Swego czasu napisałam tekst do lokalnej gazetki, dla której pisuję, o moich początkach…jeśli jesteście ciekawi to zajrzyjcie pod ten link, str. 16.

http://www.staramilosna.org.pl/gazetki/pdfy/Stara%20Milosna%20nr%2085.pdf

08/01/2009
Podbiegi uffffff

Moje przygotowania biegowe przeplatają się z przygotowaniami do balu, samo życie…

Dziś w planie podbiegi, cyferki brzmią niezbyt groźnie, ale w rzeczywistości, to trudny trening. Wybraliśmy się na kostkę dziś, bo ćwiczenia podbiegów na wyślizganej górce lub górce z kopnym śniegiem wymagałyby od nas naprawdę dużo wysiłku. Nasze górki mają nachylenie większe niż 8-10%, ale to tylko bardziej mobilizuje do pracy. Powiem tak, zadanie wykonane i mimo, że to odległość 5,4 km to nie oddaje wysiłku, jaki włożyliśmy…czuję się totalnie spompowana, a miałam w planach prasowanie koszul :/ Co do przygotowań do balu, to w sobotę mamy Biesiadę Sąsiedzką, którą organizuje nasze Stowarzyszenie…bagatela 160 osób…trochę się trzeba nabiegać :-)…na szczęście już mam się w co ubrać 😉

Jutro dzień odpoczynku, super…normalnie tego potrzebuję…cały czas jakoś trudno mi się przestawić na ten układ treningowy w tygodniu, do tego jeszcze takie mieszanie – tu tempówka, tu podbiegi, tu długie wybiegania i mam wrażenie, że to jakieś nieuporządkowane…ale poeta o czymś myślał, kiedy to pisał…

07/01/2009
Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus 2009-01-07 23:13:02


Powyższą tezę najlepiej obrazował nasz dzisiejszy trening.

Dziś w planie swobodne wybieganie, 60 min. Nie ma lepszej okazji na bieganie wspólne. Umówiliśmy się z Piotrem i Emilką "przy krzyżu", czołówki w pełnej gotowości i do lasu. A pogoda była piękna, tylko minus 5, wiatr w lesie nieodczuwalny, świeży śnieg – byliśmy pierwsi, bo przestało padać raptem godzinę wcześniej. Panowie Piotrowie przodem – wyznaczali szlak, my, płeć piękna, aczkolwiek bardziej wyluzowana – z tyłu. Panowie, raz na jakiś czas się oglądali, czy aby kawalerami znów nie zostali, nie powiem, jeden z Piotrów kontrolnie zawracał i oświecał nam drogę…my…spokojniutko…ktoś pisał, żeby biec w tempie takim, żeby można było swobodnie rozmawiać…to my z Emilką tak właśnie biegłyśmy…przez cały trening buzie nam się nie zamykały. Omówiłyśmy sobie sporo spraw i trening minął rachciachniewiadomokiedy.
Wracam z moim Piotrkiem do domu i pytam: No i co pogaliście sobie?…Mamy naturę samotników…to oni tak godzinę biegli i prawie nic?…a myśmy obgadały pół życia naszych dzieci 🙂 Co więcej – i my i oni (mam na myśli i Wenusjanki i Marsjanie) uważamy ten trening za bardzo udany 🙂

Było super!!! Piotrze i Emilko – dzięki za zaproszenie…

06/01/2009
Trening indoor


Trening odbyty, bez wychodzenia z domu.

Świeci słońce i na moim termometrze jest mnus 16, na oknach od strony pokoju, przy uszczelkach lód, samochód męża ledwie rano odpalił…myślę sobie – jestem szalona, ale nie na tyle, żeby wybiegać dziś na dwór. Wszystkim, którzy myślą inaczej – gratuluję, ale swoje wiem To pierwszy sezon jesienno-zimowy bez anginy u mnie…nie liczę tej z września 🙂 Chorowałam całe życie i cieszę się, że ten sezon zapowiada się wyjatkowo inaczej. Nie chcę tego popsuć. Przecież jak mnie rozłoży – to zawalę kolejne treningi. Poza tym, nie zainwestowałam w ciuchy polarne, tylko lekkozimowe, a nie wyobrażam sobie biegania w piankach narciarskich 😉 Dlatego odpaliłam machinę piekielną i odbyłam trening na czymś, co ma symulować ruch biegopodobny. Dałam sobie w kość i przecież o to chodziło, a trener Norrie nie będzie miał na sumieniu mojego zapalenia płuc.

Co do Piotrów trzech biegających – ich wybór, ich płuca…mojemu ślubnemu w razie czego herbatkę do łóżka podać mogę 🙂

06/01/2009
Dzień oddechu…uffffffff


Dziś rano łatwiej mi było wymienić, co mnie nie boli, niż zastanawiać się nad tym, co mnie boli…Nie bolała mnie głowa 🙂

A tak poważnie, to po raz pierwszy poczułam, że mam coś takiego jak przyczepy mięśni w okolicach kostek, to po tym karkołomnym slalomie w śniegu na miękkim podłożu…choć, jak wszystko zmarznie do pół metra w głąb, to wcale nie będzie łatwiej.

Witam wszystkich nowych czytaczy. Uważni spostrzegli pewnie, że ciekawość moja sięga granic, chcę wiedzieć ilu Was zagląda i skąd przybywacie, założyłam statystykę strony…cuda Panie, nie spodziewałam się aż takiej populaności 😉

Wracając do dziś, bo to pamiętnik przecież. Dziś mam dzień odpoczynku, tylko od biegania, bo to przecież pierwszy dzień szkoły po przerwie dla moich dzieci, więc była już szkoła muzyczna oraz flamenco, posiedzenie komisji rewizyjnej i posiedzenie Zarzadu Stowarzyszenia. W tzw. międzyczasie zastrzyk z antybiotyku u Soni, małe zakupy i obiadek… Nie piszę tego, żeby pokazać, jaka to ja jestem bohaterka, piszę to, żebyście pojęli jedną rzecz, gdyby to był dzień biegowy – znalazłabym jeszcze godzinę na trening. Wszystko zależy od tego, jak sobie to wszystko w głowie poukładamy, a że czasem wypadnie pisać pamiętnik po północy, no cóż…nikt nie obiecywał, że będzie łatwo…

Marku, fakt, że Norrie jest Szkotem nie pomaga mi wcale zmobilizować sie jutro do wyjścia. Mimo, że to tylko 6 interwałów…może to ja mam coś nierówno pod sufitem, ale czy wy naprawdę uważacie, że minus 17 to jest temperatura do biegania? Podobno trzeba tylko założyć drugą warstwę spodni i jakąś chustką okryć twarz…normalnie sama nie wierzę w to, co piszę. Mój stan ducha na dziś mówi stanowcze NIE…ale…no właśnie, jeszcze mnie kiedyś wykąpią w przerębli, ci co dziś powtarzają, że trzeba być twardym a nie miętkim…Jak mówi mądre przysłowie pszczół – nigdy nie mów nigdy…

Jeśli jutro, jakowaś siła wypchnie mnie na trening na mrozie, nie omieszkam Wam o tym napisać…żeby nie było, w piwnicy stoi orbitrek i się kurzy, trening i tak będzie, jeśli tylko zaprogramuję tę machinę piekielną 🙂

04/01/2009
spadł śnieg, dużo śniegu 2009-01-04 20:35:27


Nie wiem jak u was, ale u nas zima przyszła na dobre, czapy na drzewach, spóźnieni drogowcy, wszystko w prawidłowym porządku, w końcu mamy już kalendarzową zimę.

Czy ktoś z Was wie, czy Norrie kiedykolwiek widział śnieg? Zaplanował na dziś 80-90 minut swobodnego wybiegania…ha, ha, ha…dobre sobie. Umówiliśmy się na wybieganie z "doświadczonym Piotrem". On uwielbia śnieg, my, chcieliśmy podpatrzeć jak to robi profesjonalista. Najbardziej bałam się, że będę marzła w nogi, w końcu nijak się nie da zapobiec przemięknięciu najzwyklejszych butów, kiedy biegniesz w śniegu powyżej kostek. Dostałam SMS-a, w lesie hardcore, wybierajcie przetarte szlaki – to od znajomego sąsiada, który wziął na warsztat Norriego i przygotowujemy się z nim i jego żoną na półmaraton tym samym planem treningowym. ALe optymizm – moja wrodzona zaleta/wada nie pozwala usiedzieć na miejscu, będzie dobrze, dlaczego miałoby nie być. Świat piekny, biały, lekki mrozek i TYLKO 80 MINUT swobodnego wybiegania 🙂

Przyjechał Piotr i ruszamy, już po 50 metrach śniag wsypuje mi się górą…po co impregnowałam te buty 🙂 Humory dopisują, blisko osiedla ścieżki przetarte przez narciarzy na biegówkach. idzie nieźle, choć o "grzebnięciu" nie ma mowy. Wzięliśmy buty terenowe, ha, ha, ha, ale nie rakiety śnieżne…pod grubą warstwą śniegu leży miękki piach, bosko…znajome nam ścieżki biegnące wzdłuż drogi – pokryte nienaruszoną białą pierzynką, biegnięcie środkiem drogi to walka ze wszystkim – śniegiem, kopnym piachem i koleinami po samochodach. Już Prabucka, nieźle idzie, licznik bije, ale ja jestem zmęczona, jakby już dawno minęło te 80 minut. Bolą kostki, boleśnie wyginają się na wszystkie strony. Swobodne wybieganie bardziej przypomina ekstremalny cross. Dziwne, moje buty, skarpetki i cała reszta powinny być już dawno mokre – a ja nic nie czuję, wręcz poszłabym o zakład, że nogi mam suche (po powrocie do domu okazało się całkiem coś innego – co robią syntetyki i emocje). Przyszedł czas na decyzję taktyczną – biegniemy w głąb lasu czy wybiegamy na "kółko po wsi". Nasz przewodnik – mój małż, zdecydował, że lecimy dalej…przed nami droga, prawdziwa droga, ubita oponami pojazdów, ulga dla kostek, relaks, tego nam trzeba było…trwała ta frajda jakiś kilometr…przebiegamy przez Aleję Dzieci Polskich i co? Przed nami scieżka, to znaczy ścieżka jest, jak śnieg nie pada…przed nami nie przeszła tędy jeszcze żadna osoba…bosssssssssssko…kopiemy się równo…."doświadczony Piotr" prze do przodu, jest rozpromieniony, to jest to, co kocha…wbiegamy na małą polankę…my zatrzymujemy się na popas, a "doświadczony Piotr" pyta, czy nie przeszkodzi nam, jeśli on natrze się śniegiem…Pierwszy raz w życiu zobaczyłam faceta, który rozbiera się z bluzy, koszulki i butów, kładzie się na śniegu i tarza w śniegu, potem biega na bosaka po śniegu, po dłuższej chwili ubiera się z powrotem i jest gotowy biec dalej…czy muszę Wam opisywać moje wrażenia? Są bezcenne…Powoli zawracamy, jeszcze przed nami kolejna droga z piaszczystym podłożem, parę górek, parę nieprzetartych szlaków. "Doświadczony Piotr" jako rasowy zając prze do przodu, za nim mój Piotr – na granicy bólu, za nimi ja – słaba niewiasta…słaba, ale ambitna, daję z siebie wszystko, żeby nie upaść w ten śnieg na środku drogi. Znajome dróżki i majacząca gdzieś w oddali perspektywa odpoczynku w domu dała mi wystarczająco dużo sił, by wrócić.

Jesteśmy w domu, zdejmuję buty – mokre, zdejmuję skarpety – mokre, patrzę na nogi – przez cały czas były mokre, skóra wygląda, jakbym zbyt długo siedziała w kąpieli. A ja nie czułam zimna, wcale…

Czas na podsumowanie…od Sylwestra biegam codziennie, to dla mnie duża zmiana, do tej pory biegałam 4 razy w tygodniu w cyklu: wtorek, czwartek, piątek, sobota, niedziela. Do tego, treningi według planu są naprawdę wymagające. Podobno buduję siłę…zobaczymy. Na razie widzę, że bieganie wspólnie z "doświadczonym Piotrem" wymaga ode mnie więcej samozaparcia, ale też daje lepsze wyniki. Zdecydowanie idą zmainy w Nowym Roku, idą…

Na koniec dodam, że to było moje pierwsze prawdziwie zimowe bieganie w życiu. Pewnie w tym projekcie czeka mnie jeszcze kilka pierwszych razy, przede wszystkim pierwszy start na półmaratonie 🙂

03/01/2009
Czy trening może zabić? 2009-01-03 21:05:14


Zastanawiam się, czy nie pozwać mojego męża i Norriego – za współudział, o próbę zabójstwa…

To miał być normalny trening, 4×1000 m w tempie biegu na 10 km…czyli nie brzmiało groźnie…ale…Piotr wyrwał…a tu śnieg w oczy, wiatr w oczy i wszystko przeciwko mnie…lodowate powietrze po pewnym czasie rozrywało mi płuca, nie dałam rady biec szybko przez cały kilometr, skróciłam sobie te interwały zdecydowanie. NIENAWIDZĘ takich treningów. Podobno, to one budują moc….ja nie chcę być mocna :-(((((((((((((((((

Ale jak się weszło do teamu Biegowego, to nie ma to tamto…

Nabyliśmy dziś drogą kupna super mocną czołówkę i gaz pierpzowy na psy i biegliśmy też kawałek po lesie, już bardziej na luzie i bez przygód…tak sobie piszę, jakby ktoś się chciał przyłączyć, a bał się, że jakiegoś pecha na siebie ściągamy 😉

Z domowych spraw – kotka Sonia ma anginę :-(, nie może jeść, bo gardełko boli, antybiotyk dostała…bidulka…jakby biegała z nami, to nic by jej nie zmogło 😉


02/01/2009
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…


Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że bedę robiła to, co zrobilam dzisiaj – nie oszczędzałabym epitetów 🙂

W planie treningowym było: 35 minut wolno. Piotrek dziś w pracy, więc, zeby wspólnie wybiec musiałam czekać, aż wróci, a zimą wraca nocą 🙁 Czekał nas więc trening na ulicy, albo…no właśnie wybraliśmy "albo"…
Od kilku dni jesteśmy posiadaczami czołówek (dla niewtajemniczonych – latarek zakładanych na głowę)…
Założyliśmy więc buty, bluzy i czołówki i w drogę…do lasu. Minus 5, śnieg skrzypi pod nogami, wchodzimy do lasu, ciemno…no świecił księżyc, ale ciemno…ruszamy. Czuję się dziwnie, świtło przede mną umożliwia pewne stawianie kroków, śnieg skrzypi, połyskuje w świetle latarki, a ja biegnę jakaś spięta. Mam wrażenie, że z tej ciemnej ściany po obu stronach ścieżki patrzy się na mnie tysiące oczu…mam wrażenie, że jestem intruzem i zaraz ktoś/coś wyegzekwuje swoje prawa do samotności. Nagle słyszę trzaski i jakieś głosy – przed nami, trochę z boku wyłania się z ciemności grupka osób w noktowizorach…wrosłam w ziemię…szok…nie tylko my jesteśmy w lesie po zmroku…biegniemy dalej, czuję, że ten strach, który jest we mnie powoli ustępuje, ale mięśnie jak z drewna, w głowie już powoli normalnieję, ale cały organizm wciąż czuwa, jak kot na polowaniu…Dobiegamy do Prabuckiej, biegniemy nad bagno Torfy. Tam ściezka z korzeniami, ale wzrok już przywykł do nowego światła i biegnę coraz pewniej. W pewnym momencie odkrywam niesamowitą właściwość, pamiętam każdy szczegół ścieżki, jej układ, zagięcia, zwężenia…ja, która gubię się w terenie nawet w biały dzień, na ścieżkach, którymi biegam prawie codziennie. W tych ciemnościach, w tym stresie, w jaki się sama wpakowałam zaczełam polegać nie na mózgu, ale na intuicji…jak Aborygeni (kiedyś opowiem Wam o niesamowitej książce o Aborygenach). Wracając do naszego biegu, na Dakowie wyrobiliśmy już "normę czasową", wracamy odprężeni, najkrótszą drogą do oświetlonej ulicy i nagle niespodzianka, niedobra niespodzianka. Z ciemnosci wyłaniają się czyjeś świecące oczy. Pies, przerażony równie jak my, wielki pies, bez smyczy, bez kagańca, którego właściciel podąża w dużej odległości za nim, Stajemy bez ruchu, wrzeszczę do faceta, żeby wziął psa. Pies jest gotowy do ataku, szczeka i nie zamierza odpuścić. Facet ma drugiego psa, trzyma go za obrożę, tego woła. Pies nie reaguje, obchodzi nas łukiem i coraz bardziej się do nas zbliża. Piotrek osłania mnie przed nim i powtarza, żebym się nie bała, a sam – zobaczyłam na wykresie z pulsometru…Facet woła psa bez skutku, widać, że się zdenerwował, już nie powtarza, że pies spokojny i że nic nam nie zrobi. My powoli cofamy się krok po kroku, facet wola, w końcu skutecznie…odchodzi z psami w ciemność, nawet nie powiedział przepraszam. Wybiegamy z lasu na ulicę. Światło, nareszcie cywilizacja.

Wnioski – kupujemy mocniejszą czołówkę, te są wystarczające, jak jest śnieg, przy ciemnym podłożu byłoby dużo gorzej. Kupujemy też gaz pieprzowy – i dopiero wtedy pobiegniemy następnym razem w nocy do lasu, bo mimo tych "atrakcji" podobało nam się, naprawdę, zwłaszcza ten skrzypiący śnieg…


Izabela Antosiewicz
IZA.jpg

Kim jestem.

Z wykształcenia żywieniowiec, z
zawodu księgowa w małej firmie, z pasji społeczniczka – prezes organizacji
pozarządowej „Stowarzyszenia Sąsiedzkiego Stara Miłosna”, radna Dzielnicy Wesoła m. st. Warszawy

(Wiceprzewodnicząca Rady), przedstawiciel wojewody w Radzie Społecznej SZPZLO
Wesoła, członek redakcji miesięcznika „Wiadomości Sąsiedzkie”, a prywatnie –
żona nad wyraz cierpliwego mężczyzny oraz mama trójki fantastycznych
dzieciaków: Michała (13 lat), Zuzi (11 lat) i Justynki (7 lat).


Twoje życiowy pasje

Praca społeczna zawsze dodawała
kolorytu mojemu życiu. To okazja do sprawdzenia się w różnych sytuacjach bez
presji umów i wynagrodzeń. To świetny pretekst do spotkania wielu wartościowych
ludzi. To wreszcie okazja do dania cząstki ze swoich talentów innym. Dzięki
pracy społecznej poznałam Marka Troninę. Dzięki niemu współorganizowałam
towarzyski maraton i sztafetę „Wesoła Stówa”. Dzięki patrzeniu na wysiłek
biegaczy zaczęłam myśleć, że może, kiedyś, także i ja…i w ten sposób narodziła
się moja nowa pasja – bieganie.


Sport w twoim życiu

Jak zapewne
każda statystyczna kobieta kibicowałam jeździe figurowej na lodzie. Jestem z
pokolenia fanów Kathariny Witt i pary
Jayne
Torvill & Christopher
Dean. Nadal lubię oglądać tę dyscyplinę, choć już nie tak fanatycznie J Aktywnie zaczęłam się ruszać po przeprowadzce na osiedle Stara
Miłosna. Las na wyciągnięcie ręki motywuje do działań. Kupiliśmy rowery.
Jeździliśmy na długie przejażdżki z dziećmi w fotelikach, które niejednokrotnie
zasypiały po drodze. Był też sezon jazdy na rolkach, intensywnej jazdy, nie
rekreacyjnej. Zeszła zima minęła pod znakiem Nordic Walking. Jak to czytam, to
wychodzi na to, że spędzam wolny czas aktywnie.


Czy biegałaś do tej pory?

Biegam, z pewnymi
przerwami, od 3 września 2007 roku.
Dlaczego pamiętam tak dokładnie? Tego dnia mój mąż namówił mnie do startu w Run
Warsaw na dystansie 5 km i od razu kupił mi z okazji moich imienin buty
biegowe. Wieczorem wyszliśmy na pierwszy trening. Nie wierzyłam, że w 1,5
miesiąca człowiek z zadyszką po kilkudziesięciu metrach da radę przebiec 5 km.
Prawdę mówiąc, wychodziłam na treningi dla Piotrka. Spędzaliśmy czas razem i to
był dobry czas wspólnego wysiłku. Potem, ze zdumieniem odkryłam, że pokonuję
coraz dłuższe dystanse, moje serce już tak nie wali, a płuc już nic nie rozrywa
od środka. Start w Run Warsaw był dla nas prawdziwym świętem. Po raz pierwszy
przebiegliśmy całe 5 km, bez marszu. Udzieliła nam się także atmosfera
biegowego święta. Już wtedy wiedzieliśmy, że za rok wystartujemy na 10 km.
Potem był Human Race, start w drużynie
"Stara Miłosna Run For Fun" w Ekidenie,
bieg towarzyszący maratonowi Stara Miłosna, wreszcie Bieg Niepodległości.
Medali przybywa i rośnie ochota na coraz to nowe wyzwania, coraz dłuższe
dystanse. Przestaje przeszkadzać deszcz. Ciepłe ubrania pozwalają przezwyciężyć
wiatr i przymrozki. Wyjście na trening staje się wewnętrzną koniecznością.
Jestem uzależniona!


Boisz się tego, co Cię czeka w
ramach naszego projektu?

Nie boję się. Mentalnie jestem
już gotowa na pokonanie tych 21 km. Reszta ciała ma jeszcze trzy miesiące
czasu, na to, żeby się przygotować.


Czy jesteś przygotowana na
trudności – na przykład na to, że czasami ciężko będzie zmusić się do treningu?

Biorę to pod uwagę, choć z
natury nie zakładam pesymistycznego scenariusza. Teraz jestem podekscytowana
zaproszeniem do tego projektu. To dla mnie to całkiem nowa sytuacja. Wiążę z
nią duże nadzieje.


Wierzysz w sukces?

Oczywiście, że tak. Inaczej
mnie tu by nie było.

Redakcja Bieganie
Redakcja Bieganie.pl