Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

dyptyk o umieraniu

dyptyk o umieraniu

Uśmierciłem kiedyś człowieka.

Dziadek miał działkę, na której zanim jeszcze się urodziłem trzymał króliki. W centrum była altanka a w niej motyka, szpadel i grabie. Przy altance wisiała huśtawka zrobiona specjalnie dla wnusia, żeby miał gdzie się bawić, gdy już przyjdzie na świat. Obok huśtawki rósł orzech. Przy ogrodzeniu dumnie pięła się malina. W grządkach czerwienią błyszczały truskawki, a przy klatkach dla królików uginała się od nadmiaru owoców śliwka węgierka. Ale prawdziwą gwiazdą dziadkowej działki była czereśnia. Drzewo wyrosło przy furtce, a jego szerokie gałęzie wychodziły daleko poza płot, dając się obrywać przypadkowym przechodniom.

To była absolutnie fenomenalna czereśnia. Wydawała owoce słodkie jak miód, czarne jak smoła smagana sierpniowym słońcem i soczyste niczym hiszpańskie pomarańcze. Kiedy dziadek umarł, ogródkiem, a tym samym - zjawiskową czereśnią zajmowała się jego córka, a moja ciocia. Ciocia miała jednak z drzewem pewien sprawnościowy problem. Jej fizjonomia nie predestynowała do skakania po czereśni jak kozica, dlatego do zbiorów angażowała bliższych i dalszych znajomych. Sam bardzo chciałem pomóc w zrywaniu owoców, ale ciągle słyszałem, że jestem dzieckiem i tego nie mogę, tamtego nie mogę... Dlatego któregoś razu staliśmy z ciocią pod drzewem z lubością obserwując, jak po gałęziach skacze z gracją i łatwością pani Lonia.

Pani Lonia najprawdopodobniej miała na imię Leokadia, ale to tylko moje przypuszczenia. Pewne jest natomiast, że była szczupłą sąsiadką cioci z drugiego piętra i zawsze chętnie angażowała się w jakąkolwiek pomoc. Zazdrościłem pani Loni, że zrywa czereśnie z najwyższych partii drzewa, bo zawsze wyobrażałem sobie, że to właśnie tam rosną te najsłodsze, najdorodniejsze, najlepsze okazy. Pani Lonia wyposażona w białe wiaderko ładowała czereśnie garściami, co jakiś czas przemieszczając się między gałęziami. W tym gąszczu liści, mniejszych i większych gałązek w pewnym momencie straciliśmy ją z oczu, ale jej zadowolony ze swojej pracy głos dawał nam gwarancję, że ciągle jest na miejscu.

Nagle usłyszeliśmy jednak krótkie „trach”, a pół sekundy później „łup”. Pani Lonia leżała na ziemi. Mogliśmy ją wreszcie zobaczyć, ale teraz nie wydawała z siebie żadnego odgłosu. Ciocia po szybkiej diagnozie, że z panią Lonią jest źle i sama sobie z tematem nie poradzi, wybiegła na ulicę, krzycząc: „Ludzie! Ratunku!”. Wróciła jednak szybko do mnie stojącego w bezruchu przy ciele pani Loni, mówiąc: „Krzysiu, biegnij do mieszkania i powiedz mamie, że pani Lonia spadła z drzewa”.

Pobiegłem. Co sił i co tchu w drobnym siedmioletnim ciele. Wparowałem do mieszkania, drąc się na cały regulator: „Pani Lonia! Pani Lonia nie żyje!”.

Kilka tygodni później znowu widziałem jednak sąsiadkę mojej cioci. Jeździła na wózku. Kolejne tygodnie później poruszała się o kulach. Po paru miesiącach chodziła już normalnie. Zrozumiałem wtedy, że umrzeć wcale nie jest tak łatwo, jak mogłoby się wydawać.

Sam - nie umiem pójść w trupa.

Często przed zawodami obiecuję sobie, że tym razem dam z siebie wszystko. Że pójdę w przysłowiowego trupa, na maksa, do ostatków sił. Że na mecie odwiozą mnie ambulansem na ostry dyżur w międzyczasie cudem przywracając krążenie fachową resuscytacją. Że po tym wszystkim będę z dumą rozpowiadał ludziom, że ja to dopiero potrafię się skatować i oszukując umysłem organizm doprowadzić na skraj przepaści, a następnie zawisnąć gdzieś na granicy życia i śmierci.

Najczęściej sny o ukatrupieniu kończą się jednak tym, że na mecie robię dwa głębsze wdechy i mogę iść na wesele.

Nie umiem pójść w trupa. Palec pod budkę i witam w klubie -  kto ma tak samo.

 

____________________

Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.