Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Salazar vs Beardsley

Salazar vs Beardsley

Rok 1982. Boston. Na 27 kilometrze najstarszego maratonu świata zaczyna się pojedynek rodem z klasycznych westernów. Na placu boju pozostało już tylko dwóch biegaczy. Alberto Salazar, jeden z najlepszych amerykańskich długodystansowców w historii oraz Dick Beardsley – farmer z Minnesoty. Do mety pozostało 15 kilometrów, które przejdą do historii jako Duel in the Sun (Pojedynek w słońcu).

Gwiazda kontra ambitny farmer

Alberto Salazar wiosną 1982 roku miał niespełna 24 lata, ale już bogate biegowe CV. Dwukrotnie triumfował w maratonie nowojorskim. W roku 1980 okazał się najszybszym debiutantem w historii amerykańskiej lekkoatletyki, zatrzymując zegar na 2:09:41. Rok później wygrał już z wynikiem 2:08:13 co byłoby rekordem świata, gdyby nie fakt, że trasa w Nowym Jorku okazała się za krótka o około 150 metrów. Krótko mówiąc na początku lat 80-tych pochodzący z Kuby, ale wychowany w Wayland w stanie Massachusetts biegacz, był maratończykiem z absolutnie najwyższej półki.

Z Dickiem Beardsleyem sprawa miała się zgoła inaczej. Pierwszy maraton przebiegł w roku 1978 w czasie 2:47:14. Regularnie się jednak poprawiał notując pasmo 13-tu życiówek z rzędu, co zostało sklasyfikowane jako Rekord Guinnessa. W sezonie 1980, kiedy Salazar łamał już 2:10, pochodzący z rodziny hodowców bydła Beardsley mógł pochwalić się dość skromnym 2:15:11. Przełomem w jego karierze okazał się rok 1981. Najpierw z wynikiem 2:11:48 triumfował w pierwszej edycji maratonu w Londynie (Amerykanin wbiegł na metę trzymając się za ręce z Norwegiem Inge Simonsenem), a kilka miesięcy później wygrał maraton w Duluth w rodzinnym stanie Minnesota, gdzie jego rekord trasy 2:09:37 pozostał niepobity aż do roku 2014.

W Bostonie w roku 1982 to Salazar miał jednak status gwiazdy, a Beardsley'a - choć był na fali – mało kto traktował poważnie, jako godnego konkurenta dla nieoficjalnego rekordzisty świata. Szczególnie, że na linii startu pojawił się też inny doskonały długodystansowiec z USA Bill Rodgers, dobrze czujący się w stolicy stanu Massachusetts, gdzie wygrywał trzy razy z rzędu (w latach 1978-1980).

Alberto Salazar w autobiograficznej książce „14 minut" z typową dla siebie nonszalancją opisuje spotkanie z dziennikarzami na lotnisku w Bostonie, na kilka dni przed kwietniowym wyścigiem:

- Miałem ochotę przecisnąć się przez tłum, rzucając tylko: „Bez komentarza”, ale wziąłem głęboki oddech i powiedziałem sobie: „Chłopie, zachowuj się, jak przystało na zawodowca”. Zgodziłem się odpowiedzieć na kilka pytań. Kamery nagrywały, dziennikarze czekali z notatnikami w dłoniach.
- Alberto, czy liczysz na wygraną?
- W maratonie wszystko jest możliwe, ale myślę, że z liczbami nie da się dyskutować. - Jestem najszybszym zawodnikiem w tym biegu. I tyle.
- A Rodgers?
- Bill to świetny biegacz, wielki mistrz. Nie wolno go lekceważyć, zwłaszcza tutaj, w Bostonie - Resztę przemilczałem: że Rodgers miał już trzydzieści cztery lata, że pokonałem go w Nowym Jorku, że stracił dynamikę.
- A Beardsley?
- Jestem najszybszym zawodnikiem w tym biegu – powtórzyłem. Nie przechwalałem się, niczego nie udowadniałem, odpowiadałem szczerze.

„Co ty tu robisz, Dick?"

Do Bostonu Salazar przyleciał raptem 9 dni po mitingu na słynnym stadionie Hayward Field w Oregonie, gdzie stoczył pojedynek na 10000 metrów z Henrym Rono. Co ciekawe rywala dobrał sobie sam, licząc, że towarzystwo ówczesnego rekordzisty świata na 25 stadionowych okrążeń (27:22.47 z 1978 roku), pomoże mu w ustanowieniu nowego rekordu globu. Zabrakło niewiele. Salazar przegrał o mniej niż sekundę, zamiast rekordu świata bijąc swój rekord życiowy (27:30.00). Warto przypomnieć, że Henry Rono uważany jest za jednego z największych biegaczy wszech czasów, a pojedynek z Salazarem na mokrej bieżni w Oregonie był szeroko komentowany przez kibiców i ekspertów.ronosalazar.jpg

W Bostonie tydzień po mitingu na Hayward Field, znany ze swojej chorobliwej wręcz ambicji Alberto wierzył, że to, co nie udało się na 10000 m, uda się w maratonie. Pogoda, jaka zastała biegaczy w tradycyjny dla bostońskiego maratonu trzeci poniedziałek kwietnia 1982 roku, zrewidowała jednak plany na bicie rekordu świata.

- Przyjechałem z zamiarem ustanowienia kolejnego rekordu świata, ale jak na tę porę roku było wyjątkowo słonecznie i ciepło, po południu słupek rtęci miał dojść nawet do 24 stopni Celsjusza - wspomina w autobiografii Salazar.

Pozostała walka o zwycięstwo na swoich ulicach, w mieście, w którym młody Alberto dorastał, nim przeprowadził się na studia na dalekie zachodnie wybrzeże (do Eugene).

- Mój status gwiazdy ułatwiał rywalom zadanie. Osiągnąłem taki poziom, na którym Dick Beardsley mógł skupić się wyłącznie na mnie, co upraszczało jego taktykę. Przed startem Dick, miły chłopak z minnesockiej wsi, którego ledwo co znałem, podszedł do mnie i podał mi rękę. Dość ozięble odwzajemniłem gest, ale nie dlatego, że chciałem być nieprzyjemny albo próbowałem zbić go z tropu; po prostu założyłem już maratońskie szaty, zasłoniłem twarz maską biegacza - pisze Salazar.

Z kolei Beardsley ostatnie chwile przed wystrzałem startera zapamiętał w taki sposób

- Kiedy tak stałem na linii startu tuż obok Alberto Salazara i Billa Rodgersa pomyślałem: „Dick, co ty do cholery tutaj robisz, pomiędzy tymi gośćmi?”. Chwilę później w mojej głowie pojawił się jednak inny głos: „Dick, zasługujesz na to, żeby tutaj być. Zapracowałeś sobie na to.”

Ostatnie 15 km poszli w trupa

Taktyka Salazara była prosta – przez większość dystansu chować się w grupie i zaatakować na ostatnich kilometrach. Miała to być identyczna strategia, która dwukrotnie doprowadziła go do zwycięstwa w Nowym Jorku. Na 27 kilometrze okazało się jednak, że nie ma się gdzie chować, ponieważ grupa przetrzebiła się do zaledwie dwóch osób – jego i Beardsleya. W dokuczliwym słońcu zaczęła się biegowa solówa.

- Dick wysunął się na prowadzenie i zaczęła się prawdziwa walka. Co pewien czas starał się mnie pozbyć, wystrzeliwując na kilometr albo półpełną parą do przodu i potem znów zwalniając, ale ja twardo deptałem mu po piętach. Gdy on zwalniał, ja atakowałem, pędziłem na pełnych obrotach przez trzydzieści, czterdzieści sekund, po czym wracałem do dawnego tempa... Sęk w tym, że Beardsley zawsze był krok przede mną... Połykaliśmy kilometr za kilometrem, Heartbreak Hill to pojawiało się na horyzoncie, to znikało, tłum widzów gęstniał i coraz głośniej nas dopingował. Zbliżaliśmy się do centrum Bostonu, Dick uparcie trzymał się pół kroku przede mną, a ja zaczynałem sobie uświadamiać, że chyba jednak go nie doceniłem - relacjonuje po latach Salazar.

Ostatnie 3 kilometry wyścigu toczono w szpalerze kibiców. Ulice wypełniły się mieszkańcami Bostonu, którzy chyba zrozumieli, że w ich mieście rozgrywany jest wyścig, który przejdzie do historii. Obrazki złapane przez telewizyjne kamery przypominają przejazd papieża papa mobile wśród wiwatujących tłumów. Salazar i Beardsley walczyli na całego, otoczeni policjantami na motocyklach i całym tabunem rowerzystów podążających ich śladem. Za metą ten drugi przyznał: Nie ustąpiłem na cal. Alberto również". Miejsce do biegowej rywalizacji na ulicy zdawało się kurczyć. O pół kroku sensacyjnie prowadził mleczarz z Minnesoty - biegnący w charakterystycznej białej czapeczce, podobnej do tej, z którą w 1972 na IO w Monachium wygrywał Dave Wottle. 

Na ostatnich dwóch zakrętach przed metą doszło do małego zamieszania. Policjanci obstawiający bieg na motocyklach wplątali się w biegaczy. Salazar przystąpił do finałowego ataku, do typowej dla siebie finiszowej szarży. Beardsley na chwilę zginął gdzieś między motocyklami, ale po chwili znowu wyłonił się ze słonecznych promieni i rzucił się w szaleńczą pogoń. Salazar uciekał, Beardsley nie chciał odpuścić. Jednak to zawodnik w trykocie Nike przeciął linię mety jako pierwszy, do tego z nowym rekordem trasy i USA: 2:08:51. Ubrany w strój New Balance, początkowo lekceważony rywal finiszował zaledwie 2 sekundy później, z najmniejszą jak do tej pory stratą w historii Boston Marathon.

Ciąg dalszy nie nastąpił

Obaj biegacze po maratońskiej batalii w pełnym słońcu byli wycieńczeni. Najgorzej trudy upalnego biegu zniósł Salazar, który zgodnie ze swoim zwyczajem rezygnował z częstego sięgania po kubeczki z wodą, żeby nie marnować czasu. Podczas wyścigu miał stracić cztery i pół kilograma w samej wodzie.

Beardsley sięgał po napoje regularnie i pewnie dlatego w przeciwieństwie do rywala, na mecie nie musiano w niego wpompować kroplówką ponad czterech litrów płynów. Życie biegacza po tym, gdy o mały włos przegrał z najlepszym maratończykiem Ameryki, zaczęło się jednak mocno komplikować. Pomijając problemy ze ścięgnem Achillesa i brak postępów sportowych, poważniejsze okazały się wypadki samochodowe, czy ten, który przydarzył mu się... na traktorze. Do tego doszły operacje i uzależnienie od środków przeciwbólowych. Beardsley pokonał jednak przeciwności, założył fundację pomagającą innym wychodzić z uzależnień i dziś podróżuje po świecie jako mówca motywacyjny.

Wyczynowa kariera zawodnicza Salazara po historycznym „Pojedynku w Słońcu” również nie wyglądała tak, jakby sobie tego życzył. W roku 1984 był wielką amerykańską nadzieją na medal olimpijski w Los Angeles, jednak zawiódł na całej linii - finiszując dopiero na 15-tej pozycji. Jego regres często uważany jest za pokłosie bostońskiego wyścigu z 1982 roku. Inna sprawa, że przed igrzyskami Salazar wychodził z założenia, że „więcej znaczy lepiej” i trenował ponad ludzkie siły, dozując sobie objętości na poziomie 320 kilometrów tygodniowo.

Po zakończeniu kariery został trenerem najlepszych długodystansowców świata m.in. Mo Faraha i Galena Ruppa, którzy w 2012 roku w Londynie przerwali afrykańską dominację w biegach długich na igrzyskach olimpijskich. W październiku ubiegłego roku Salazar otrzymał jednak 4-letni zakaz trenowania innych. W wyniku sześcioletniego dochodzenia, Światowa Agencja Antydopingowa wykazała wiele nieprawidłowości w funkcjonowaniu grupy biegowej Nike Oregon Project, którą zarządzał.


Przeczytaj również w cyklu „Pojedynki wszech czasów":

BAYI VS MALINOWSKI

PREFONTAINE VS VIREN

El GUERROUJ VS LAGAT

DONKOWA VS DIVERS

MASZCZENKO VS JANUSZEWSKI

BAILEY VS GREENE

BEKELE VS GEBRSELASSIE VS FARAH

GEBRSELASSIE VS TANUI

CZAPIEWSKI VS BUCHER

SKAH VS CHELIMO

CIERPINSKI VS SHORTER

Bieganie to nudny sport? Najbardziej zacięte pojedynki wszech czasów mogą przełamać ten stereotyp. Kontynuujemy serię artykułów poświęconych najciekawszym biegom w historii. Piszcie w komentarzach, o jakich wyścigach chcielibyście przeczytać. Postaramy się odświeżyć najbardziej zakurzone historie.