New Balance 1080v12
 
30 lipca 2016 Redakcja Bieganie.pl Sport

Kolejne spotkanie z Majorem. Tym razem w Sankt Petersburgu


Słowo się rzekło, obietnica złożona to wypadałoby skreślić kilka słów w temacie Majora numer 2. Ireneusz Zielony zaprasza na swoją relację z kolejnego maratonu w Rosji z Russian Marathon Majors. 

Zgodnie z kalendarzem przygoda rzuciła mnie tym razem na względnie daleką północ bo do Sankt Petersburga. Tak może dla lepszego zobrazowania warto wspomnieć, że Sankt Petersburgu jest niemal na tej samej szerokości geograficznej co Helsinki. Oznacza to, że w okresie letnim można cieszyć się tu bardzo długim dniem. Jest to zjawisko znane jako białe noce, gdy tarcza słoneczna w nocy chowa się pod horyzontem dość płytko, bo tylko na kilka stopni. Daje to efekt rozproszenia światła w górnych warstwach atmosfery i sprawia, że niebo pozostaje jasne pomimo, iż słonce faktycznie zaszło. A w lekko pochmurną noc można obserwować „podświetlone” chmury z wyższych partii atmosfery i to nawet grubo po północy. Dodatkowo w tym okresie w Sankt Petersburgu ma miejsce jeszcze jedna atrakcja, a mianowicie otwierane są zwodzone mosty na rzece Newie.

newie

W Sankt Petersburgu można doliczyć się ponad trzystu mostów, mostków i kładek. Co nie jest niczym niezwykłym ponieważ miasto położone jest na 42 wyspach delty Newy i przepływa przez nie ponad 90 rzek. Jednak to co dodatkowo ciekawe dla nas, to, że trzy główne mosty związane są z polskimi inżynierami – Stanisławem Kierbedziem i Andrzejem Pszenickim. Najstarszy most żelazny, który na potrzeby komunikacji wodnej musiał być częściowo zwodzony powstał w połowie XIX wieku i był zaprojektowany przez inżyniera Kierbedzia – to tzw. Most Błagowieszczeński, czyli Zwiastowania. Kolejna „żelazna” przeprawa przez Newe, która powstała ponad 50 lat później to projekt samego Gustava Eiffla, przy której realizacji pracował Andrzej Pszenicki i który kilkanaście lat później otrzymał samodzielne zlecenie na budowę mostu tuż przy Pałacu Zimowym, siedzibie cara (obecnie Muzeum Ermitaż).

To wszystko sprawia, ze miasto jest autentycznie niezwykłe, jak do tego dodamy rozliczne budowle z XVIII-XIX wieku oraz fakt, ze Sankt Petersburgu był stolica Imperium Rosyjskiego przez ponad dwieście lat otrzymamy niezwykłą mieszankę pieprzu i wanilii. Z żoną mieliśmy taki mały spór z jakim miastem można porównać Sankt Petersburgu. Z jednej strony pojawiło się dość poetyckie określenie „Paryż północy”, ja natomiast optowałem za „centrum Moskwy zmieszane z Wenecją”. W finale doszliśmy do wniosku, że Sankt Petersburgu nie potrzebuje żadnych porównań, bo jest benchmarkiem sam dla siebie.

O samym mieście jak i przyległościach (np. Carskie Sioło, czy Peterhof – zespół pałacowo-ogrodowy założony przez cara Piotra I) można by jeszcze długo pisać i pisać, ale ponieważ bieganie.pl nie jest portalem podróżniczym, to już szybko przechodzę do relacji z zawodów.

Tradycyjnie expo jak i odbiór pakietów startowych mieściło się w tzw. Zimowym Stadionie, który jest dość niezwykłą hala lekkoatletyczna, gdyż pierwotnie przeznaczenie tego XIX w budynku było zgoła inne –  maneż. 

Tak było w środku ponad 200 lat temu
 

st.jpg

A taki wystrój mamy dziś – zdjęcie z odbioru pakietów startowych. 

Bez nazwy 3

Co do liczby wystawców oraz oferowanych towarów, to expo trzymało przyzwoity poziom, ani za dużo, ani za mało. Odbiór pakietu poszedł zdecydowanie bardziej sprawnie niż rok temu. I tu mała dygresja. Już od dawna przymierzałem się do tego maratonu i w końcu w 2015 nadarzyła się okazja. Zarezerwowałem, czy też opłaciłem wszystko z odpowiednim wyprzedzeniem, ale zapomniałem o jednym – rejestracji. Jak się obudziłem w tym temacie to się okazało, że dosłownie dzień wcześniej z uwagi na przekroczenie limitu zamknięto zapisy. Hm… nie poddałem się, maratończyk się nie poddaje! Napisałem do organizatora lecz otrzymałem odmowę na moja prośbę. I co teraz. No cóż, co jeszcze można zrobić? Pokopałem trochę w internecie i znalazłem maila dyrektora maratonu jak również jego asystenta. Poprosiłem koleżankę z biura w Rosji, aby wspomogła mi językowo. Ona od siebie do pierwotnego listu dorzuciła jeszcze kilka zdań „na kotka ze Shreka”. I… tego się nie spodziewałem – autentycznie bardzo szybka odpowiedź brzmiała Добрый день Иренеуш! Приезжайте, приходите на ЭКСПО. Мы найдем для Вас место. – czyli w skrócie – Przyjeżdżaj, znajdziemy dla Ciebie miejsce!!! Przyznam szczerze – kupili mnie tym podejściem. Dodatkowo otrzymałem numer elity. Nigdy jeszcze nie miałem tak niskiego numeru na tak dużej imprezie. Czułem się mocno wyróżniony. Oczywiście musiałem wtedy dopełnić kilku formalności, które w tym roku na szczęście nie miały miejsca. 

W przypadku maratonu ERGO White Night nie odbywały się żadne lokalne mistrzostwa (jak to miało miejsce w Kazaniu), wiec start był wspólny dla wszystkich z Placu Pałacowego o 9:00. Nie wiem, czy z moimi majorami jest coś nie tak, ale wygląda na to, że lokalną tradycją jest silne uczestnictwo pogody w zawodach. W Kazaniu był to bardzo mocny wiatr i szczerze mówiąc w zeszłym roku też tu wiało, ale pierwszy weekend lipcowy okazał się jakimś szczytem temperaturowym przypadającym właśnie na niedzielę . Bowiem już od rana było 27oC, a miało się tylko ocieplić do 29oC – oczywiście w cieniu. Kwestia sporna to skąd wziąć cień w takim mieście jak Sankt Petersburg, gdzie króluje woda oraz szerokie ulice zwane tu prospektami. Ja do ostatnich minut przed startem chowałem się w cieniu, ale jak już musiałem dołączyć do karnie czekającego tłumu to widziałem stróżki potu spływające po zawodnikach stojących wokół. Wiedziałem, że nic dziś nie zwojuję, pomijając fakt, że od początku nie miałem planu na szybkie ściganie, a dodatkowo samo miasto nie zachęcały do spania i wylegiwania się w łóżku.

st_2.jpgUstawiłem się sporo za balonikami na 3:45 i ruszyłem bardzo spokojnie mając na uwadze m.in. fakt, że z maratonem startował równolegle bieg na 10 km i na początkowych kilometrach było trochę tłoczno. Jednak im dalej tym stopniowo podkręcałem tempo, by gdzieś tak na 8-9 km dogonić baloniki. Z zaskoczeniem skonstatowałem, że utrzymanie tempa w okolicy 5:05 nie stanowi problemu, choć z tylu głowy kołatała się myśl, że nie ma możliwości, bym w tych warunkach utrzymał je do końca. Z doświadczenia wiem, że temperatura powyżej 20 stopni bardzo negatywnie wpływa na moje zdolności biegowe. A 30oC dosłownie czyni spustoszenie. 

Do dziś pamiętam moją walkę o życie w 2005 roku, gdy w Łodzi podczas majowego maratonu temperatura w cieniu wynosiła 32oC. To był mój najdłuższy dosłownie i w przenośni maraton – ponad 4,5 godziny walki ze sobą. A w Sankt Petersburgu, było tylko ciut chłodniej. Kilometry jednak mijały i mijały. Między 16 a 17 km minąłem jednego z naszych rodaków, który biegł w tym maratonie. Zamieniliśmy kilka słów i potruchtałem dalej. Zabawne było obserwowanie jak wszyscy łakną cienia i jak tylko pojawiała się możliwość to cały potok ludzi przenosił się z ulicy na chodnik by choć na te kilkanaście sekund, czasami kilka minut zejść z asfaltowej patelni. Niestety nie było tego zbyt dużo. A przez 12 km pomiędzy 25-37 km cienia nie było w ogóle. Ten odcinek mocno dał mi w kość. Jeszcze do 30-32 km jakoś człapałem w tempie 5:15, ale później było już tylko gorzej. Nie pomagało ciągle polewanie się wodą, moczenie czapli, bezpośrednie schładzanie głowy. Słonce odciskało swoje piętno mocniej i mocniej. Czekałem tylko na ten „upokarzający” moment, gdy miną mnie baloniki pędzące na 3:45. Czekałem i czekałem, ale on nie nadchodził, choć międzyczasy wskazywały, że powinni mnie włośnie mijać. Uznałem, że nastąpiło to w momencie mojej wizyty w toi-toi i przestałem o tym myśleć. Bardzo mocno przegrzany zatrzymałem się na 40 km przy wodopoju wypiłem kilka kubków z jakimś izotonikiem, poprzybijałem piątki z kibicującymi dzieciakami i na autentycznym luzie, bez jakiegokolwiek zadęcia dodreptałem do mety.

Bardzo fajne było to, że na punktach z wodą podawane były małe butelki (0.4l), a nie kubki. To znacznie ułatwiało nierówną walkę z temperaturą. Gdyby nie to „poległych” zapewne byłoby więcej. Bo patrząc po wynikach to na mecie nie odliczyła się co dziesiąta osoba. A wśród elity żeńskiej i męskiej ten odsetek był jeszcze większy i przekroczył 30%! Również zające padały jak betki lub przybiegali sporo po czasie (niekiedy nawet 9 minut). Swego rodzaju pozytywnym wyjątkiem była pacemakerka z 4h, która przybiegła na metę tuż przed limitem jednak nie zawinszowała, ale stanęła na ok 40 m od linii końcowej i krzycząc zagrzewała biegnących do ostatniego zrywu, by rzutem na taśmę zeszli poniżej „magicznych” 4 godzin.

A kiedy przeglądałem film z finiszu dowiedziałem się, że pacmakerzy z 3:45, gdzieś się zawieruszyli po drodze i tak to, wbiegając na metę z czasem 3:50 byłem przed owymi zającami. Takie magiczne właściwości posiada „rosyjskie” słońce.

Na koniec kilka suchych, ale mam nadzieje interesujących faktów odnośnie samej imprezy. Również ten major zanotowała przyrost uczestników w stosunku do roku ubiegłego. Wystarczy tylko rzucić okiem na poniższą tabele ukazującą liczbę biegaczy (finiszujących).
 

 

Rok
2015

Rok
2016

Maraton

2
470

2
868

10
km

3
089

4
452

 

5
559

7
320

Szczególnie ponad 40% przyrost w biegu na 10 km wygląda imponująco. Dodatkowo chyba już jakaś reguła nam się robi, że na dystansie krótszym (10 km) większość biegnących to są panie!
 

 

Rok
2015

Rok
2016

Maraton

 

 

K

515

533

M

1
955

2
335

10
km

 

 

K

1
624

2
337

M

1
465

2
115

st_3.jpg

Patrząc na podsumowanie z imprezy doliczyłem się blisko 50 państw, które miały swoich reprezentantów. W tym z tak egzotycznych miejsc jak Andora, Kostaryka, Korea, czy Majotta. Przy tej ostatniej, to aż musiałem do Wikipedii sięgnąć by sprawdzić, czy to nie jakaś pomyłka. Ale nie, jest to wyspa w archipelagu Komorów posiadająca status departamentu zamorskiego Francji. Czego to się człowiek nie dowie biegając maratony. W całej imprezie w sumie brało udział ponad pół tysiąca obcokrajowców, z czego największa reprezentacje wystawiła Białoruś – 92 osoby, dalej byli Włosi – 86, a podium domykali Niemcy z 46 osobowym składem. Polaków zapisanych było 13, ale wystartowało nas tylko 6 w tym jeden zawodnik na 10 km. Ponieważ było nas mniej niż 10 to dobiegliśmy wszyscy, bo jak pisałem wcześniej na metę nie docierał co 10 zawodnik.

Warto może jeszcze tylko wspomnieć, że trasa miała wyrysowany atest, co nie jest zbyt powszechną praktyką, ale dla walczących o życiówki jest to świetna podpowiedź.

Przebieg samego maratonu nie obfitował w tak mocne wrażenia jak ten w Kazaniu. Praktycznie w przypadku mężczyzn i kobiet zwycięzcy oderwali się od swoich rywali już w pierwszej połowie dystansu by dalej spokojnie utrzymywać bądź wręcz powiększać swoją przewagę. I tak na metę wśród pan pierwsza wbiegła Nadia Leshchinskaya, z czasem 2:39:58, a wśród panów wygrał Yuri Chechun – 2:20:28.

Do zobaczenia/usłyszenia z kolejnego “majora” – tym razem kolejna lokalizacja to Jekaterynburg.