Jakob Ingebrigtsen – norweska droga do perfekcji
31 października 2021 Aleksandra Konieczna Sport

Jakob Ingebrigtsen – norweska droga do perfekcji


Miał czternaście lat, gdy jego brat był już utytułowanym lekkoatletą. Opowiadając o nim mediom, dodawał, że myśli, że gdy będzie miał 20 lat, to zdoła z nim wygrać. Marzenia dogonił szybciej, niż sądził, a w pogoni za braćmi pokonał również cały świat. Nie ma jednak historii Jakoba Ingebrigtsena bez opowieści o jego braciach, rodzinie, a zwłaszcza ojcu-trenerze.

W 2016 roku wyemitowano pierwszy odcinek serialu zatytułowanego „Team Ingebrigtsen”, który opowiada o rodzinie słynnych norweskich lekkoatletów. Dzisiaj liczy on już cztery pełne sezony, a fani czekają na kolejne epizody tytułu. Co jednak sprawiło, że Norwegia – kraj, w którym królują narty i jak mówił kiedyś słynny biathlonista Ole Einar Bjørndalen, to biegacze narciarscy są w nim uważani za bogów, pokochał historię lekkoatletów? Nim opowiemy o tym, jak zwykły samouk doprowadził swoich synów do mistrzostwa, przytoczmy kilka liczb. W swojej dotychczasowej historii Norwegowie wywalczyli 16 medali mistrzostw świata w lekkoatletyce i 23 medale olimpijskie w lekkoatletycznych zmaganiach. Dla porównania ostatnie mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym dałyby im 31 miejsc na podium, a na ostatnich Zimowych Igrzyskach Olimpijskich wywalczyli aż 39 krążków. Nie trudno więc uznać, że bracia Ingebrigtsenowie w wyjątkowy sposób zawładnęli sercami mroźnych potomków Wikingów.

Państwo Tone i Gjert doczekali się aż siedmiorga dzieci – sześciu synów: Henrika, Kristoffera, Filipa, Martina, Jakoba i Williama oraz córki Ingrid. Najmłodszego Williama od najstarszego z braci dzieli aż 25 lat różnicy, która wynika również z faktu, że pierwsze dziecko Tone urodziła w wieku 18 lat. Kobieta w młodości rekreacyjnie zajmowała się pływaniem. Jeszcze dalej od zawodowego sportu był jej mąż, który, co opisuje portal The Bridge, zajmował się logistyką oraz księgowością. Gdy jednak najstarsi z jego potomków zaczęli trenować, zdecydował się osobiście pokierować ich karierami. Chwycił za książki i niejako metodą prób i błędów doprowadził swoje szkolenie do bardzo wysokiego poziomu.

Ojciec braci dość szybko zasłynął ze swoich kontrowersyjnych metod treningu. Według portalu The Bridge rodzima prasa rozpisywała się o tym, że mężczyzna dla zawodników jest nie tylko trenerem, ale i tyranem. Jego autorska filozofia stanowi bowiem, że w sportowym treningu nie ma miejsca na demokratyczne zasady, a wszystkie decyzje autorytarnie powinien podejmować szkoleniowiec. Te jego zdaniem powinny być szybkie i trafne, dlatego nie ma czasu na to, by dyskutować je z zawodnikami. Mężczyzna, który dziś traktowany jest niczym bóg treningu, potrafi nawet formułować ostre opinie o sposobie szkolenia innych norweskich sportowców. Stwierdzał, że za wynikową posuchę kraju w lekkoatletycznych zmagania odpowiadają trenerzy, którzy prowadzą zawodników w „demokratyczny” sposób.

Jakob Ingebrigtsen

Naukowy sprawdzian

Metody szkoleniowe Gjerta zostały nawet przeanalizowane przez jednego z naukowców z Uniwersytetu w Stravanger. Leif Inge Tjelta na potrzeby badań odbył szereg rozmów z zawodnikami, ich trenerem, a także rodziną. Wyniki swoich ustaleń opublikował na łamach magazynu „International Journal of Sports Science and Coaching” w 2019 roku. Mężczyzna stwierdził, że podstawą sukcesów braci było uprawianie sportu od dziecka – jak wspominał – Henrik i Filip grali w piłkę nożną, jeździli na nartach oraz startowali w zawodach lekkoatletycznych. Natomiast najmłodszy, ale i dzisiaj najbardziej utytułowany z nich, czyli Jakob zaczął biegać w wieku siedmiu lat. Z braćmi treningi rozpoczął, gdy miał dwanaście lat, ale co istotne stosowane obciążenia ojciec dostosowywał do wieku chłopaka. Dopiero po kilku latach, gdy miał ponad 17 lat zaczął pracować na równi ze starszymi braćmi, ale i swoimi naturalnymi rywalami. Jak pisał badacz: „Bracia mają ojca, który rozumie, jak działa szkolenie. Po próbach i błędach odkrył, co działa najlepiej i dzięki temu znaleźli schemat treningowy, który im odpowiada”.

Tjelta, którego ustalenia przedstawia także portal sciencenorway.no zauważał jednocześnie, że bracia, podobnie jak inni lekkoatleci, trenują bardzo dużo. Ustalił, że przed sezonami 2018 i 2019 Ingebrigtsenowie mieli pokonywać średnio po 140-160 km tygodniowo. Dodatkowo około ¼ ich treningów miała odbywać się na najwyższym możliwym obciążeniu. Swoje organizmy zawodnicy monitorowali poprzez stałe sprawdzanie poziomu mleczanu we krwi. Zdaniem naukowca o ich sukcesie zdecydowało jednak coś jeszcze, co określić można jako składnik X. To pula kilku czynników – od swego rodzaju wygranej na loterii genetycznej, poprzez siłę psychiczną oraz posiadanie rodzinny, która na każdym kroku ich wspierała. Rozważania naukowca można podsumować jego własnym stwierdzeniem, że wynik sportowy to nie tylko efekt katorżniczych treningów: „Możesz próbować podążać za ich programem ćwiczeń, ale nie miej nadziei, że staniesz się tak dobry. Najlepsze wyniki w sportach wytrzymałościowych to tylko częściowo efekt ciężkiego programu treningowego”.

Jakob Ingebrigtsen

Początek historii

Od naukowych rozważań przejdźmy jednak na bieżnię, czyli miejsce, gdzie bracia odnoszą swoje największe sukcesy. Jako pierwszy z nich na arenie międzynarodowej wybił się Henrik, który w 2012 roku zdobył złoty medal Mistrzostw Europy na dystansie 1500 m. Medalowy sukces powtarzał w 2014 i 2016 roku – kolejno był drugi oraz trzeci. Jego aspiracje sięgały jednak zdecydowanie dalej i udane boje starał się toczyć także ze światową czołówką. W Londynie w 2012 roku wywalczył piątą lokatę. Cztery lata później w Rio odpadł jednak w półfinale i porażkę mógł przeżywać w towarzystwie brata Filipa. Dwa lata młodszy mężczyzna rywalizację zakończył jeszcze szybciej – został zdyskwalifikowany po biegu eliminacyjnym, w którym miał przepychać się między rywalami. Sezon 2016 trudno jednak uznać za nieudany dla braci – obok brązowego Henrika na podium europejskich zmagań w Amsterdamie stanął bowiem złoty Filip, który zaimponował spektakularnym finiszem, a po wyścigu łapał się za głowę.

W tym samym roku lekkoatletyczny świat za głowę złapał się z innego powodu – tego, co zrobił Jakob Ingebrigtsen. 16-latek w imponującym stylu zdobył złoty medal juniorskich mistrzostw Europy w biegach przełajowych. Nie byłoby to nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że chłopak rywalizował z dużo starszymi rywalami. Kategoria w której wystartował to bowiem U-20. Rok później Jakob znów skupił na sobie uwagę całego sportowego świata, której nie stracił do dziś. Podczas zmagań Diamentowej Ligi w Eugene wystartował na dystansie jednej mili. Choć do mety pierwszy dobiegł Thiago do Rosario Andre, to publika skupiała się na młokosie z Norwegii. Chłopak prawie wyzionął ducha, ale do mety dotarł w niebotycznym czasie – 3:58.07. Złamał więc granicę czterech minut, czym pobił aż dwa rekordy świata. Nie tylko ustanowił najlepszy wynik w historii wśród 16-latków, ale również został najmłodszym zawodnikiem w dziejach, który przebiegł dystans mili poniżej czterech minut.

Jakob Ingebrigtsen

Wojna na słowa

Kolejne sezony to dalsze wyczyny braci, których losami coraz pilniej zaczęli interesować się także polscy kibice. Wynikało to z faktu, że na zmianę dystansu zdecydował się Marcin Lewandowski, który z Norwegami bój o medale stoczył m.in. podczas Mistrzostw Europy w Berlinie. W stolicy Niemiec Polak w biegu na 1500 metrów zdobył srebro, a ze złota cieszył się ten najmłodszy z tercetu, czyli Jakob. Chłopak w wieku 17 lat spełnił swoje wielkie marzenie – pokonał swoich braci, a przy okazji zdobył aż dwa złote medale europejskich zmagań. Wygrał i na 1500 m i na 5000 m. Na dłuższym z dystansów na podium stanął ze swoim bratem Henrikiem, który wywalczył srebrny krążek.

Sukcesy odniesione w Berlinie spowodowały, że Gjert Ingebrigtsen mógł się poszczycić już trzema synami, a zarazem podopiecznymi, których jako trener doprowadził do złota Mistrzostw Europy. Sytuacja spowodowała, że książka, którą zdecydował się wydać – „Sztuka wychowania mistrza świata” – biła rekordy popularności, a Norwegowie ustawiali się po nią w długich kolejkach. O lekkoatletycznym szaleństwie, które ogarnęło Skandynawów, może świadczyć fakt, że książka Ingebrigtsena zepchnęła z pierwszego miejsca na liście najczęściej kupowanych biografię Pettera Northuga – wybitnego biegacza narciarskiego.

Polsko-norweska rywalizacja ma jeszcze jedno, nie tylko czysto sportowe oblicze – norwescy bracia słyną z ostrych i kontrowersyjnych wypowiedzi. Takie padły chociażby podczas Halowych Mistrzostw Europy w 2019 roku. Na dystansie 1500 metrów zwyciężył Marcin Lewandowski, który w znakomity sposób rozegrał wyścig i pokonał Jakoba. Po wyścigu jego brat Henrik, który komentował występ młodszego brata, powiedział dość niesprawiedliwe słowa wobec startujących. Uznał, że „prawdziwy mistrz Europy”, podczas gdy inni walczyli o medale, siedział na trybunał. Miał na myśli swojego brata Filipa, który został wcześniej zdyskwalifikowany za ścięcie wirażu. Negatywnych emocji nie zabrakło również podczas ostatnich halowych zmagań – gdy w trakcie HME w Toruniu Jakob najpierw został zdyskwalifikowany, a później oddano mu złoto na dystansie 1500 metrów. Oburzenia nie krył wtedy drugi na mecie Lewandowski, który nie tylko uznawał decyzję za co najmniej kontrowersyjną, ale również zwracał uwagę, że traktowany jak gwiazda Norweg mógł szantażować władze, że jeśli nie wróci na listę wyników, to nie wystartuje na dystansie 3000 metrów. Ostatecznie – Ingebrigtsen wyjechał z Polski z dwoma mistrzowskimi tytułami.

Do wymiany zdań pomiędzy najmłodszym z braci oraz Lewandowskim doszło także w 2020 roku, gdy świat sportu został zamrożony przez pandemię koronawirusa. Na łamach telewizji NRK Jakob twierdził bowiem, że jeśli dojdzie do rozegrania ME w Paryżu (impreza została ostatecznie odwołana) to będzie mu trudno walczyć z Marcinem Lewandowskim, ponieważ Polak ma dużo lepsze warunki do treningu. Wskazywał, że on wraz z braćmi nie może opuścić kraju i wyjechać na zagraniczne zgrupowanie. Polak szybko odpowiedział, że trenuje w niemalże identycznych warunkach, bo także nie opuszcza domu.

Jakob Ingebrigtsen

Telewizyjne szaleństwo

Opisując słynnych braci, warto wspomnieć o jeszcze jednym wątku, który ich dotyczy – wszyscy trzej zawodnicy są leczeni na astmę. W 2017 roku Henrik komentował nawet sprawę przedawkowania środków na tę dolegliwość przez kolarza Chrisa Froome’a. Na łamach norweskiej telewizji mówił, że taka sytuacja jest niedopuszczalna, a on i bracia byli podczas jednego z obozów codziennie kontrolowani przez przedstawiciela Norweskiego Komitetu Olimpijskiego. Władze nie chciałby, by powtórzyła się sytuacja podobna do tej Martina Sundby’ego – biegacza narciarskiego, który z powodu przedawkowania leku na astmę stracił w 2015 roku wygraną w Tour de Ski.

Nim opowiemy o ostatnich miesiącach treningów i przygotowań, które doprowadziły Jakoba Ingebrigtsena do wygranej w Tokio, warto na moment wrócić do 2019 roku i mistrzostw świata w Doha. Te bez ogródek nazwać można porażką norweskich braci – żaden z nich nie stanął na podium, a Jakob w biegu na 1500 metrów zajął czwarte miejsce. Przegrał wtedy z trzecim Marcinem Lewandowskim. Według danych, które zaprezentowała telewizja NRK zmagania Ingebrigtsenów oraz Karsten Warholm w Katarze śledzić miało około 1,5 miliona Norwegów. To imponujący wynik wobec faktu, że zimowe zmagania z udziałem np. Therese Johaug nie skupiły nawet miliona widzów. Dodatkowo – sam finałowy i przegrany przez Jakoba wyścig na dystansie 1500 metrów oglądać miało około 45% norweskiej populacji powyżej 12 roku życia.

Wobec przytoczonych danych nie dziwi fakt, że bracia poszczycić mogą się wysokimi zarobkami oraz wielkim medialnym zainteresowaniem. O tym, jak sobie z nim radzą, a także jak korzystają ze swojej popularności w 2019 roku opowiadał portalowi Dagens Næringsliv były dyrektor handlowy rodziny Ingebrigtsenów – Rune Brynhildsen. Mężczyzna zauważał, że popularni bracia nie wykorzystują w pełni swojego potencjału marketingowego, ponieważ dzięki swojemu ojcu skupiają się tylko na sporcie. Dlatego też nie biorą udział we wszystkich kampaniach reklamowych, które zostaną im zaproponowane.

Jakob Ingebrigtsen

Najbogatszy z braci

Portal Dagens Næringsliv w 2019 roku wyliczał także, ile zarobił każdy z braci. Jak się okazało, największy dochód uzyskali nie zawodnicy, ale ich ojciec, a równocześnie trener. Wskazywano także na wielką popularność serialu o norweskich lekkoatletach, którego pierwszy odcinek od czasu emisji do listopada 2019 roku miał zostać obejrzany ponad 760 tysięcy razy. Wraz z kolejnymi sukcesami wzrosła także wartość firmy, którą mężczyźni prowadzą, czyli Run Fast AS. Henrik, Filip, Jakob i Gjert posiadają w niej po 25% udziałów. Firma w 2019 roku miała zarobić niemal dwukrotnie tyle, co w 2018 roku.

Należy przypuszczać, że popularność braci zostanie utrzymana, a nawet będzie wzrastała. Brynhildsen w sierpniu tego roku, już po olimpijskim triumfie Jakoba na łamach norweskiej gazety Dagsavisen mówił, że chłopak może rocznie zarobić nawet 15 milionów koron. Jednocześnie mężczyzna podkreślał, że nawet jeśli to najmłodszy z braci zarobi najwięcej, to profity będą osiągali wszyscy członkowie jego rodziny, bowiem ten doskonale wie, że nie byłby w tym miejscu, w którym się znalazł, gdyby nie ich wcześniejsze sukcesy oraz praca.

Jakob Ingebrigtsen

Zdalny pojedynek

Przygotowania do olimpijskich zmagań w Tokio, które zostały opóźnione o rok, upłynęły braciom w interesujący sposób. Wzięli oni m.in. udział w zdalnej rywalizacji z najlepszymi biegaczami świata z Kenii. Rozgrywka, do której doszło w ramach Impossible Games polegała na starciu dwóch pięcioosobowych drużyn. Pierwsza z nich w składzie z Ingebrigtsenami pobiegła w Oslo, druga, w której znaleźli się m.in. Timothy Cheruiyot i Elijah Manangoi startowała w Kenii. Oba teamy miały do przebiegnięcia dystans 2000 metrów, a ich celem było spowodowanie, by lider zespołu dotarł do mety jak najszybciej. Zdecydowanie lepsi okazali się Norwegowie – wygrał Jakob, który pobiegł 4:50,01. Dla porównania najszybszy z Kenijczyków Cheruiyot uzyskał czas 5:03,5. Szybsi od tego zawodnika byli także Henrik i Filip. Sukces pokazał, że nie ma śladu po kontuzji, której skutki jeszcze na początku roku odczuwał Jakob – w grudniu 2019 roku chłopak wygrał zmagania juniorów podczas przełajowych ME. Sukces opłacił nadwyrężeniem mięśnia pośladkowego – kontuzja miała być związana z nagłą zmianą kierunku w trakcie biegu, a także przetrenowaniem.

Przeciążenia, ból czy wymioty spowodowane wysiłkiem podczas treningów, to codzienność norweskich braci. W czerwcu 2020 roku – na łamach Przeglądu Sportowego – Tomasz Lewandowski wyliczał, że Ingebrigtsenowie mieli odnieść już łącznie piętnaście złamań zmęczeniowych. Dowodem na wielki hart ducha tych zawodników może być również sytuacja, która w 2018 roku dotknęła w Berlinie Filipa. Do Niemiec zawodnik jechał jako jeden z wielkich faworytów biegu na 1500 metrów. Niestety – w biegu eliminacyjnym mężczyzna upadł i jak się okazało złamał żebro. Mimo tego – awansował do finału i wystartował w decydujących zmaganiach.

Jakob Ingebrigtsen

Mission complete

7 sierpnia 2021 roku w Tokio Jakob Ingebrigtsen zrobił to, co sobie zaplanował. Z fenomenalnym czasem 3:28.32, czyli nowym olimpijskim rekordem, w zdecydowany sposób zwyciężył na dystansie 1500 metrów. Tym samym został pierwszym Europejczykiem w XXI wieku, który dokonał tej sztuki. Po wygranej, w rozmowie z portalem The Guardian przyznał, że przed wyścigiem nie chciał zdradzić ojcu swojej taktyki, a po triumfie czuł się tak, jakby czekał na to przez całe swoje życie. Jego ojciec i trener w rozmowie z NRK dodawał natomiast, że Jakob dysponuje porównywalnym talentem jak jego bracia, ale był lepiej prowadzonym zawodnikiem. Gjert wyjaśniał, że podczas przygotowań czerpał z wiedzy, którą pozyskał trenując Henrika oraz Filipa. Dzięki temu uniknął błędów i szybciej doprowadził Jakoba do wielkich sukcesów.

Niewątpliwie można stwierdzić, że złoty medal olimpijski Jakoba Ingebrigtsena, to niejako zwieńczenie projektu, który wraz z ojcem rozpoczęli przed laty jego starsi bracia. Bez nich – ich sukcesów, ale i porażek oraz kontuzji – prawdopodobnie nie byłoby norweskiego championa, który dopiero zaczyna pisać swoją historię. Ma jasny cel – zostać najszybszym w historii.

Jakob Ingebrigtsen

Zdjęcia: Marta Gorczyńska

Aleksandra Konieczna

Pasjonatka sportu, którą bardziej niż listy wyników i cyferki interesują ludzkie historie. Szuka odpowiedzi na pytanie: „jak do tego doszło?”. Zwolenniczka długich dziennikarskich form i opowiadania barwnych historii. W szczególności zajmuje się sportami zimowymi, żużlem oraz lekkoatletyką