7 rzeczy, których nie wiecie o biegaczach
11 stycznia 2022 Krzysztof Brągiel Lifestyle

7 rzeczy, których nie wiecie o biegaczach


To nie będą „Porady na zdrady”, bo jesteśmy wierni naszej pasji, aż po treningowy zgon. „Na układy nie ma rady”? U nas nie ma układów. Wygrywa najszybszy, to proste jak ziewanie. „To musi być miłość” na całe życie, a nie tylko „Weekend” i przygodny „Wyjazd Integracyjny”. „Ciacho”? Zawsze. Filmowe paździerze? Nigdy. Zrobimy wyjątek tylko raz, żeby zdradzić wam 7 rzeczy, których nie wiecie o biegaczach.

1. Mistrzowie skróconego mnożenia

Jesteśmy matematycznymi nindża. Znajdując się w połowie maratonu, potrafimy oszacować, jakim tempem będziemy musieli przebiec kolejne kilometry, żeby znaleźć się na mecie o zakładanym czasie. Przykładowo. Biegacz Janek chciał złamać 3:00 w maratonie. Na półmetku pojawił się w 1:32:13. Poruszając się z prędkością 14 km/h, policzył w pamięci, że aby zrealizować założenia, drugie 21,097 km będzie musiał ukończyć w 1:27:46. Popijając izotonika skonstatował, że każdy kolejny kilometr należy pokonać w okolicach 4:09. Oczywiście przy założeniu, że przyśpieszy natychmiast za znacznikiem półmaratonu, ponieważ do tej pory biegł średnim tempem 4:22/km. Janek zabiera się do roboty. Na 30 km kontroluje międzyczas. Łapie 2:10:08. Całą strategię przyśpieszania rozpisał sobie flamastrem na przedramieniu, ale pot wszystko rozmazał. Dlatego oblicza w pamięci, że chociaż przyśpieszył, to nadal jest w niedoczasie. Spina poślady i rusza do ostatecznego ataku. Na 35 km melduje się w 2:30:50. Cel jest blisko. Szacuje, że jego średnie tempo na całym dystansie kręci się w okolicach 4:18/km. Wciąż delikatnie za wolno. Dopiero średnia na poziomie 4:16 daje pewność. Dlatego sięga głębiej do kieszeni i wyciąga resztkę sił. Finiszowe tysiączki kręci blisko 4:00. Przy fladze z 40 km łapie 2:50:54. 42 km wychodzi w 2:59:00. Ostatnie 200 metrów w najgorszym wypadku będzie musiał przebiec tempem 5:00/km. Nikt mu tego nie zabierze. Sam sobie to wyrwał. Zegar na finiszu błękitnego dywanu pokazuje eleganckie 2:59:52. Tylko Janek wiek, ile musiał się intelektualnie napocić, żeby złamać trójkę.

liczenie tempa
WAYHOME studio / shutterstock

2. Płaczemy na „Królu Lwie”

Jesteśmy okropnymi wrażliwcami. Potrafimy się wzruszyć wschodem słońca na Płaskowyżu Głubczyckim i kluczem żurawi w sierpniowe popołudnie, gdzieś na Żuławach. Zalewamy się łzami wielkimi jak grochy, gdy Mufasa ratuje Simbę, a chwilę później ginie marnie zrzucony w urwisko przez okrutnego Skazę. Największa rozpacz ogarnia nas jednak, gdy zastopujemy zegarek na światłach, a później zapomnimy go ponownie włączyć. Tej tragedii nawet mało szalup na Titanicu nie przebije.

3. Dr Biegacz

Nie możesz dostać się do lekarza na NFZ? Skonsultuj się z biegaczem lub farmaceutą. Przyjmujemy bez kolejki, a nawet bez pytania. Mamy fioła na punkcie kontroli zdrowia. Sprawdzamy puls zaraz po przebudzeniu, przed treningiem, w trakcie i minutę po, żeby nacieszyć się restytucją. Liczymy kalorie, hemoglobinę i laktaty. Znamy wszystkie możliwe kontuzje świata. ITBS, łokieć tenisisty, kolano skoczka, chondromalacja rzepki, zapalenie Achillesa, rozcięgno podeszwowe – znamy temat od podszewki. Zawsze wiemy co, jak, dlaczego, gdzie i kto, komu wziąć, a komu dać, czym smarować, a czym lać.

kontuzje biegacza
VGstockstudio / shutterstock

4. Mamy wiatry

Znamy się na meteorologii. Redaktor Zubilewicz mógłby nam hektopaskale potrzymać. Forrest Gump wspominał, że w Wietnamie poznał wszystkie rodzaje deszczu. Padało z góry, z boku, z tyłu, z przodu, a czasami wydawało się nawet, że deszcz atakuje z dołu. My, biegacze, mamy podobne doświadczenia w kwestii wiatru. Najbardziej fałszywy jest wiatr w plecy, bo trudno go wyczuć. Inna sprawa, że występuje incydentalnie. Powszedni, jak chleb, jest natomiast wmordewind. Potrafi wyhamować człowieka nawet o 15 sekund na każde 1000 metrów, czyli 1.5 s na setkę (patrz punkt 1).

5. Myślimy tylko o jednym

To będzie dla niektórych szok. Obdarcie świętości ze skóry. Uchylenie burki. Ale powiedzmy to wprost – najpiękniejsza w bieganiu jest ta przerwa na zrobienie sobie selfie. Głównie po to wychodzimy na treningi. Wstajemy bladym świtem, żeby strzelić sobie focię na tle wschodzącego słońca i klucza żurawi. Nie dlatego, że nie możemy wytrzymać bez biegania, leżąc pod ciepłą kołderką.

Znasz tę historię? Zatrzymujesz się urżnięty, jak indyk co myślał o niedzieli (gimby nie znajo). Kontynuowanie biegu jest ostatnią rzeczą, o której marzysz. Ale zmuszasz się i wyszczerzasz zęby do aparatu, niosąc w świat message, że bieganie takie fajne. Pstryk. I nadal możesz spokojnie kląć pod nosem: „Na uj mi to było, trzeba było zostać szachistą”.

bieganie selfie
Halfpoint / shutterstock

6. Permen? Biegam, nie biorę

Biegacze to mistrzowie miłosnych igraszek. Skromność nie pozwala nam się tym przechwalać, ale tak – jesteśmy doskonałymi kochankami. W łóżku działamy, tak jak biegamy: długo i powoli. Każdy ptaszek ma swój daszek? Nic z tych rzeczy. U nas co najwyżej schludna markizka. Kondycja olimpijska i dużo niestandardowych rozwiązań geometrycznych, to rzeczy, które można zakładać w ciemno podczas łóżkowego starcia z biegowym partnerem.

7. Nie mamy wstydu

Trudno znaleźć inną grupę społeczną, która miałaby tak bardzo w nosie jakąkolwiek etykietę. Paradujemy po miastach w rajtuzach, co już samo w sobie jest odrażające. Plujemy z częstotliwością 3 na 5 minut. Charczemy i stękamy, kończąc interwały. Drzewa obsikujemy, w najlepszym wypadku. Niektórzy po tempie potrafią zwymiotować. Ufajdani, zasmarkani, upoceni jak dorodne knurzyska – nie mamy wstydu. Ale dziwnym trafem, zaskakująco często jesteśmy z tym wszystkim cholernie szczęśliwi.

bieganie zmęczenie
vladgphoto / shutterstock
Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.