Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

To jest cud ......

Do domu MONARu w Głoskowie przyjechał w czerwcu 2005 roku. Pozornie był pacjentem, jakich wielu, w rzeczywistości mało, kto wierzył w prawdziwość jego intencji. Bo jak wierzyć, że recydywista, po trzydziestce, który ani chwili w życiu nie przepracował uczciwie ni stąd ni zowąd zmieni swoje życie? On sam nie bardzo wierzył w swoje szanse. Pierwsze dni to była wewnętrzna walka, myślenie, że nie warto, że i tak jeszcze są jakieś wyroki w zawieszeniu, które pewnie trzeba będzie odsiedzieć. Ciągle potrzebował potwierdzenia, że to, co sobie zamierzył, ucieczkę z przeszłości, ze świata kradzieży, więzień, jest możliwe. Był jedynym pacjentem, któremu nie pomagała rodzina. Nie dostawał paczek, listów, ze wszystkim musiał sobie radzić sam.

g__osk__w_524.jpg
Ośrodek Rehabilitacyjno-Readaptacyjny Monar w Głoskowie

Ośrodek w Głoskowie to przede wszystkim wielkie gospodarstwo i piękny dworek. To takie miejsce, w którym żyje się inaczej, w którym można uwierzyć, że wszystko da się jeszcze naprawić, odbudować. Praca później wspólne spacery, gra w piłkę nożną, trochę jak na wakacjach na wsi, tyle, że cały czas trzeba pracować nad sobą.

Na początku Bardzo denerwujące dla Darka było ciągłe zwracanie uwagi: siedź prosto, popraw drelich. Musiał to znosić, mimo że słyszał te uwagi od chłopców, których na ulicy przestawiłby na bok i poszedł dalej. Praca była może nie ciężka, ale monotonna. I te ciągłe zakazy: nie można chodzić na siłownię, zniknąć gdzieś na chwilę, głośniej odezwać się, zażartować. O jakiejkolwiek agresji nawet nie ma mowy. „To było okropne małolat rzucał mi ‘Jedziesz podłogę’ a ja kładłem uszy po sobie i jechałem”

Kiedy jest w ośrodku niewiele ponad dwa tygodnie, pierwszy raz musi jechać na sprawę do Warszawy. Nie ma pieniędzy: do Garwolina idzie piechotą, dalej stopem, podwożący go kierowca słysząc, co robi daje mu dziesięć złotych. Ma na powrót to wystarcza mu na drobne wydatki. Niby w Ośrodku ma się pełne wyżywienie, ale przecież potrzebny jest choćby krem i maszynki do golenia. Kierowca słysząc, co się z nim dzieje stwierdza: jak z tego wyjdziesz to będzie jakiś cud.

Powoli przyzwyczaja się do spokojnego rytmu. Pobudka, gimnastyka, odprawa praca, wolne popołudnia. Kończy nowicjat, zaczyna nosić swoje ubrania. W magazynie pozostawiony przed laty ubrań można znaleźć całkiem niezłe ciuchy. Nosi się teraz trochę inaczej niż przed przyjazdem, ale zostało mu na ciele mnóstwo tatuaży. I twarz, na której widać doświadczenia z przeszłości.

W Głoskowie odkrywa nową pasję: bieganie. Dookoła jest wiele łąk, lasów, wymarzony teren do treningu. Jeszcze w nowicjacie wychodził z leczącymi się od dłuższego czasu pacjentami. Kiedy już może biega sam, ale częściej zabiera ze sobą na bieganie młodszych. „To było coś, czego się nie spodziewałem, nigdy nie lubiłem, bo który młody chłopak lubi bieganie, tu odkryłem, że bieganie może cieszyć” wspomina.

darek_400.jpgNajtrudniejsze wcale nie jest wykonywanie pracy, monotonia posiłków czy samotność. Musi przestawić całkowicie swój sposób myślenia. W jego środowisku powiedzenie czegokolwiek na temat kolegi jest zdradą. W ośrodku zatajenie czegoś, co się wie jest jednym z największych możliwych przewinień. To dla niego bardzo trudne, walczy w nim stary Darek z nowym, który powoli powstaje. Łamie się, ale z czasem zaczyna mówić na Społecznościach. Uczy się panowania nad emocjami, coraz rzadziej wybucha, nie kłóci się nie zachowuje agresywnie. „Niby potrafiłem powiedzieć przepraszam, ale nie było to naturalne, tutaj uczyłem się, że warto w ten sposób okazywać szacunek i że każdy człowiek na taki szacunek zasługuje.”

Idzie też do szkoły, zdaje eksternistycznie egzamin na koniec podstawówki, i myśli o tym żeby także eksternistycznie zaliczyć gimnazjum. Ludzie, którzy pomagają w nauce twierdzą, że jest inteligentny, choć braki ma ogromne. Zaczyna słuchać innej muzyki, czytać książki. Po roku jedzie na obóz wspinaczkowy i łapie kolejnego bakcyla. Wspinaczka to coś, co w jakiś sposób rekompensuje brak adrenaliny.

Przy okazji któregoś wyjazdu na sprawę zaczyna odbudowywać więzi z rodziną, po powrocie z emocjami opowiada jak trudne było dla niego to spotkanie, jak się bał reakcji ciotki a później, kiedy już dojdzie do spotkania także taty.

Odbywa także szkolenie zawodowe z prac wykończeniowych finansowane z unijnych dotacji, a organizowane przez MONAR w Żelaźnie. Tam zarabia pierwsze swoje pieniądze: rozładowuje samochód mającym opodal dom zakonnicom, przewożą we trzech siedemnaście ton węgla. Dostaje za to 50 zł. Kupuje loda. Resztę ktoś mu kradnie. Jak sam stwierdził, najważniejszą rolę już i tak spełniły, przekonał się, że uczciwie też można zarabiać. I przekonał się jak to jest być z drugiej strony.

Kiedy kończy terapię wynajmuje pokój i zaczyna pracować. We wrześniu 2007 roku w Warszawie biegnie swój pierwszy maraton. Nie wie na ile go stać, zaczyna z grupą na 4:30, kończy w 3:30, czuje euforię. Jeśli jest w stanie pokonać biegnąc ponad 42 kilometry wszystko jest dla niego możliwe.

darek_524.jpg

Upomina się o niego przeszłość. Sąd odwiesza mu trzy i pól roku więzienia. Boi się, wie, że bardzo trudno będzie mu w więzieniu trzymać się zasad wyniesionych z Głoskowa. Ucieka do Anglii. Zgłasza się do maratonu Londyńskiego, ale tam nie ma już miejsc, dostaje maila z propozycją startu we wrześniu w Berlinie, ale we wrześniu mieszka już na Rakowieckiej.

Z jednej strony ma pecha bo skierowano go do Zakładu Karnego na zupełnym odludziu, z drugiej może na kilka godzin opuszczać celę, ma pod opieką spory kawałek ziemi, którą się opiekuje, uczy się na kolejnym kursie zawodowym. I biega dookoła ślusarni, która jest długa na jakieś 70 metrów.

Ma nadzieję na przeniesienie do więzienia, w którym będzie mógł uczyć się w gimnazjum, na to, że nadal będzie mu się udawało przenosić to, czego nauczył się w Głoskowie. I chce znowu przebiec maraton. „W 2011 łamię trzy godziny – mówi - no chyba, że mnie jeszcze nie wypuszczą. Pamiętam jak po pierwszym wyjeździe na sprawę kierowniczka, pani Ela, mówiła, że jeśli mi się uda to będzie jakiś cud. To jest cud i ja nie chcę zmarnować swojej szansy”