fedaczynski
25 stycznia 2023 Redakcja Bieganie.pl Sport

Rafał Fedaczyński: zostałem okradziony ze swoich marzeń


Chodziarz Rafał Fedaczyński to wielokrotny reprezentant naszego kraju na międzynarodowe imprezy lekkoatletyczne i multimedalista mistrzostw Polski. Trzykrotnie startował na igrzyskach olimpijskich, a najlepiej spisał się zajmując ósme miejsce na dystansie 50 km w Pekinie 2008. Od kilku lat sądzi się z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki z powodu nieprawidłowości przy powołaniach na najważniejsze zawody, walcząc o odszkodowanie i dobre imię. Zawodnik zdradza szczegóły i okoliczności swoich sporów z PZLA, a także sukcesy i porażki w dotychczasowych sprawach sądowych oraz swoje plany na przyszłość.

Jest rok 2018. Nikt nie przewiduje jeszcze, że Igrzyska Olimpijskie w Tokio 2020 zostaną przesunięte o rok z powodu nękającej świat pandemii. Nikt nie spodziewa się również tego, że chodziarz Dawid Tomala w Sapporo (gdzie rozegrano maraton i chód sportowy) zdobędzie sensacyjny złoty medal na 50 km, sprawiając największą niespodziankę tych igrzysk. Sportowcy całego świata są na razie myślami przy kwalifikacjach do tej najważniejszej imprezy czterolecia, choć większość z nich nie zna jeszcze nawet reguł, na podstawie których będzie można walczyć o bilet do stolicy Japonii. Zasady są w tym przypadku kluczowe, bo w przypadku Polskiego Związku Lekkiej Atletyki wybieranie składu do kolejnych imprez mistrzowskich przypomina raczej wróżenie z fusów, aniżeli zwykłe, sprawiedliwe kryteria wyłaniania najlepszych polskich zawodników. Działacze największego polskiego związku sportowego przyzwyczaili się już, że mogą robić, co chcą i nie ponoszą za to żadnych konsekwencji. W tym przypadku trafili na twardy orzech do zgryzienia, bo chodziarz, z którym przyjdzie im się mierzyć, jest wytrwały i uparty. A to nie wróży sprawie szybkiego i przyjemnego zakończenia.

„Nie możesz nie jechać”

Moje problemy z PZLA zaczęły się, kiedy dostałem propozycję startu w reprezentacji Polski na I Drużynowe Mistrzostwa Świata w chodzie sportowym w Chinach – wyjaśnia Rafał Fedaczyński, trzykrotny olimpijczyk w chodzie na 50 km. – Z powodu niedyspozycji, a dokładniej choroby, zrezygnowałem z tego startu (tym bardziej, że jeszcze nie ogłoszono oficjalnego składu na te zawody). Byłem w tym czasie na obozie w Spale z moim trenerem Stanisławem Marmurem i przewiało mnie. Po prostu ciężko zachorowałem, miałem gorączkę, katar, ból gardła i przez 7 dni leżałem w łóżku.

Podjęliśmy więc decyzję z trenerem, że w takiej formie nie ma sensu jechać na mistrzostwa świata, bo szkoda pieniędzy i byłoby to blokowanie miejsc innym zawodnikom. Tym bardziej, że tam mogło jechać tylko trzech zawodników na 50 km. Dzięki mojej rezygnacji, za mnie mógł pojechać Rafał Sikora. I to była – moim zdaniem – dobra decyzja, bo drużyna zdobyła medal na tej imprezie. Moja postawa fair play niestety nie została doceniona.

Wcześniej byłem na obozie w Australii w styczniu i miałem ostrą wymianę zdań z ówczesnym trenerem kadrowym, Krzysztofem Augustynem. Od tamtej pory oficjalnie się z nim rozstałem, bo wcześniej mimo wszystko współpracowaliśmy. Po powrocie ze Spały trenowałem sobie ze swoim trenerem, licząc na to, że wszystko jest pozałatwiane tak jak trzeba.

Po tej chorobie chciałem sprawdzić, w jakiej formie jestem, dlatego wystartowałem w Czechach w Podebradach na 20 km (7.04.2018), ale po 7 km się wycofałem, bo po prostu nie dałem rady. Tydzień później był jeszcze start w Zaniemyślu, ale sędziowie zdjęli mnie tam z trasy. To mnie tylko utwierdziło przy mojej decyzji, że dobrze zrobiłem rezygnując ze startu w I Drużynowych Mistrzostwach Świata. Niestety pan Krzysztof Augustyn miał inne zdanie na ten temat. Polski Związek Lekkiej Atletyki praktycznie postawił mnie pod ścianą, informując mnie, że muszę na tę imprezę jechać, bo „byłem planowany”, „są pieniądze do wydania” i wiele innych rzeczy. Tłumaczyli to w jakiś pokrętny sposób, jakbym nie mógł się już z tego wycofać. Twardo trzymałem się swojej decyzji i powiedziałem włodarzom związku, że nie jadę, ponieważ jestem niedyspozycyjny, chory i słaby, dlatego nie ma to sensu. Dałem im nawet propozycję, że mogę pokryć te koszty, żeby było fair – dodaje nasz reprezentant.

Wkrótce okazało się, że te wydarzenia to był dopiero początek trwającej kilka lat walki o wyjazdy na kolejne imprezy mistrzowskie, szkolenie ze związku, a przede wszystkim dobre imię zawodnika.

Nasi reprezentanci pojechali na Drużynowe Mistrzostwa Świata do Taicangu w Chinach, gdzie zdobyli medal na 50 km. Od razu znalazło się wielu „ojców” tego sukcesu i odtrąbiono wielki sukces, którym działacze i trenerzy mogli się pochwalić. Rafał pojechał na kolejne zgrupowanie do Cetniewa w maju, bo wcześniej zrobił minimum na mistrzostwa Europy w Berlinie, więc dalej szykował się do tej imprezy. Wkrótce okazało się, że był to jego ostatni obóz, bo w czerwcu działacze wykreślili go z kadry.

Nic nie dały pisanie maili i rozmowy telefoniczne z przedstawicielami związku – na wiadomości nikt nie odpisywał, a podczas dyskusji działacze nabrali wody w usta. Tłumaczyli się, jak to zwykle w takich wypadkach: „to decyzja działu szkolenia, nic się nie da zrobić” i tym podobne frazesy. Nikt jednak wprost nie powiedział zawodnikowi, czy pojedzie na mistrzostwa Starego Kontynentu, czy też nie. Wykreślenie z kolejnych obozów dawało jednak jasny przekaz, że z mistrzostwami można się już pożegnać. Rafał postanowił bronić się wynikami. Zdecydowanie wygrał na Mistrzostwach Polski w Warszawie na 20 km z Adrianem Błockim, proponowanym przez działaczy do startu zamiast niego w Mistrzostwach Europy. Zaliczył też dobry start na 10 000 m, gdzie Błocki nawet nie wystartował. Miał też medal mistrzostw Polski na 50 km z ubiegłego roku, bo w 2018 r. mistrzostwa Polski na tym dystansie rozegrano na koniec sezonu, w październiku w Wiedniu.

„Bo miał obiecane”

Po jakimś czasie jasne się stało, że wszystkie ruchy działaczy zmierzały w kierunku wysłania Adriana Błockiego do Berlina. Zgodnie z zasadą, że „jeśli fakty przeczą naszym planom, to tym gorzej dla faktów”. A faktem było, że Adrian Błocki nie miał wymaganego minimum na Mistrzostwa Europy w Berlinie, co według regulaminu powoływania jest podstawowym kryterium. W toku zakulisowych, oczywiście nieoficjalnych rozmów, wyszło na jaw, że na mistrzostwach świata w Chinach trener blokowy Zbigniew Rolbiecki i trener kadrowy Krzysztof Augustyn byli tak zadowoleni z postawy Adriana Błockiego, że obiecali mu wyjazd na Mistrzostwa Europy. Trzeba było tylko wymyślić jakieś powody i argumenty, które by taką decyzję wspierały. Ostatecznie tak też się stało – Błocki pojechał na Mistrzostwa Europy, po których de facto zakończył karierę. Starania Fedaczyńskiego, by potwierdzić swoje miejsce w reprezentacji na ME w Berlinie, czyli wszystkie wysłane maile i rozmowy, zakończyły się fiaskiem.

Na Mistrzostwach Polski na 20 km w Warszawie uzyskałem przyzwoity wynik, więc myślałem, że wynikowo się już wybroniłem – tłumaczy zawodnik. – Miałem minimum wyznaczone przez Związek, uprawniające do wyjazdu, potwierdziłem formę, zdobyłem medal, wygrałem z największymi rywalami do wyjazdu, a Adrianowi Błockiemu jeszcze włożyłem dubla. Więc byłem na 95 proc. pewny, że Zarząd, a raczej jak to mówi Związek: Dział Szkolenia, doceni moją formę i da mi szansę, wysyłając mnie na Mistrzostwa Europy. A byłem – tak szczerze mówiąc – w bardzo dobrej formie. Mojej wysokiej dyspozycji nie zniszczył nawet fakt, że na kilka tygodni przed Mistrzostwami Europy w Berlinie pan Krzysztof Kęcki wystąpił do Komisji Wyróżnień i Dyscypliny przy PZLA o zawieszenie mnie w prawach zawodnika. Powodem miało być to, że odmówiłem startu na mistrzostwach świata w chodzie i naraziłem Polski Związek na wydanie niepotrzebnych pieniędzy. Było to kłamstwem, bo wtedy nie było ogłoszonego składu. Żeby oskarżać mnie, że odmówiłem startu, najpierw trzeba ogłosić oficjalny skład. Później, na rozprawie w sądzie cywilnym w Warszawie, okazało się, że pan Kęcki napisał pismo na kilka tygodni do mistrzostw Europy, licząc na to, że komisja zawiesi mnie w prawach zawodnika. W takim wypadku nie mógłbym reprezentować kraju na zawodach międzynarodowych.

Mistrzostwa przed telewizorem

Komisja zebrała się w ciągu tygodnia – wspomina chodziarz. – Pojechałem na nią razem z trenerem. Przedstawiłem wszystkie zaświadczenia lekarskie, potwierdzające to, że byłem chory i nie mogłem lecieć do Chin. Komisja nie miała więc wyjścia i musiała mnie uniewinnić, bo moje dowody były twarde i niepodważalne. Dlatego mnie nie zawiesiła. Po prostu stwierdziła, że winę ponoszę po części ja, bo zrezygnowałem, jak i polski związek, bo mógł zaplanować czterech zawodników, zamiast trzech. Na tej podstawie myślałem już, że się wybroniłem. Ale gdy ogłoszono skład na Mistrzostwa Europy, próżno było szukać w nim mojego nazwiska. Zamiast walczyć na mistrzostwach Europy, zostałem w domu, gdzie mogłem jedynie śledzić zmagania przed telewizorem.

Na koniec wystąpiłem z wnioskiem do PZLA, że albo na te mistrzostwa pojadę, albo będę dochodził swoich spraw w sądzie. Napisałem też do Ministerstwa Sportu. Odpowiedź z tego resortu dostałem dwa dni po mistrzostwach Europy. Poinformowano mnie, że już jest po zawodach, więc ministerstwo nie widzi problemu. Po co ma interweniować w mojej sprawie, jak już jest po zawodach? Temat był więc dla nich zamknięty. Wcześniej złożyłem do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego wniosek o udostępnienie mi informacji publicznej, czyli wszystkich dokumentów związanych z moim nie powołaniem”. Na komisji dyscyplinarnej dowiedziałem się, że złożono pięć dokumentów w mojej sprawie. Domyślam, się, że były one od panów Augustyna, Kęckiego, Rolbieckiego, choć do dzisiaj nie wiem, kto jeszcze się tam wypowiadał. Mniemam, że te osoby wypowiadały się, żebym nie jechał na mistrzostwa Europy. Sprawę wygrałem, ale polski związek złożył skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Sprawa zakończyła się tak naprawdę miesiąc temu, na szczęście pozytywnie dla mnie, bo tutaj akurat wygrałem. Czekam zatem na dokumenty, które pokażą mi pełen obraz sytuacji z 2018 roku.

20181124 105951

Rafał Fedaczyński jest drugą osobą w Polsce, która wygrała przed sądem ze sportowym związkiem w historii naszego kraju. Pierwszy wyrok zapadł w sporze z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Fedaczyński jest chyba pierwszym poszkodowanym, który zwyciężył z tą nietykalną wręcz instytucją, zarządzającą profesjonalną lekką atletyką w Polsce. Czołowy polski chodziarz nie jest pierwszym zawodnikiem, który domagał się wiedzy, informacji i szacunku, ale chyba jedynym, który doprowadził sprawę do końca i pokazał działaczom, że czasy bezkarności powoli mijają.

Większość działaczy w związku to są byli zawodnicy lub trenerzy, często posiadający stopnie naukowe, jednak ich zachowanie jest w wielu przypadkach karygodne – przyznaje ósmy zawodnik Igrzysk w Pekinie.
Nie mają żadnego szacunku do zawodników i ich pracy. Nie tylko w stosunku do mnie, ale też do innych, bo co rusz dowiadujemy się o podobnych przypadkach. Jest to nieodpowiednie zachowanie, które nie przystoi takim osobom. Działacze nie szanują naszej ciężkiej pracy, szczególnie mojej, nie doceniają wyniku, bo i tak powołują słabszych zawodników. Nie ma to nic wspólnego z regulaminami powoływania i zasadami etyki. Można też przypuszczać, że nie wysłano mnie, bo pojechałbym na mistrzostwa świata czy Europy i zdobyłbym medal, to miałbym kolejne argumenty, żeby domagać się swoich praw. Przysługiwałoby mi szkolenie, zatrudnienie mojego trenera, fizjoterapeuty i wiele innych rzeczy. Przede wszystkim zdołałbym spełnić zasady kontraktu z moim klubem. Nie wysyłając mnie na kolejne imprezy nie miałem nawet szansy udowodnienia mojej racji.

Sprawa w sądzie cywilnym została założona za niepowołanie na Mistrzostwa Europy do Berlina, a Rafał trenował do kolejnego sezonu, w którym imprezą główną były Mistrzostwa Świata w Dosze. Postanowił poczekać i dać PZLA jeszcze rok. Liczył, że uda się jeszcze jakoś wyjść z tego impasu. W marcu zrobił minimum na mistrzostwa świata na 50 km, zdobywając srebrny medal mistrzostw Polski na tym dystansie. Na 20 km również zdobył srebrny medal, a na mistrzostwach Polski na stadionie zdobył na dystansie 10000 m brąz. Ponownie okazało się, że to za mało i te wyniki nie wystarczą do wyjazdu na mistrzostwa świata w Dosze. Kolejny raz działacze PZLA wysłali słabszego zawodnika, nie podając żadnych sensownych argumentów.

Pan Tomasz Majewski na sprawie w sądzie już po mistrzostwach świata w Dosze stwierdził, że przegrałem o 2 sekundy na 10000 m, dlatego nie dostałem się do reprezentacji Polski na mistrzostwa świata w stolicy Kataru – relacjonuje zawodnik. – To wymyślony powód, bo ten dystans nie był w ogóle w regulaminie powoływania na tę imprezę. Trzymając się przepisów, nie musiałem nawet startować, ani tym bardziej potwierdzać się na tym dystansie. Bo chód sportowy i maraton był zwolniony z udziału w mistrzostwach Polski na stadionie. Jednak – jak powiedział w sądzie pan Majewski, gdzie uważam, że mijał się z prawdą – Polski Związek Lekkiej Atletyki do ostatniej chwili „weryfikował formę zawodników”. Wtedy na mistrzostwa świata pojechał za mnie Rafał Sikora, który ukończył zawody jako ostatni, a przedostatni wśród kobiet, więc zanotował bardzo słaby występ. Ba, pojechał kontuzjowany, a wszyscy zainteresowani o tym wiedzieli.

„Wiek to tylko liczba”

Nigdy się nie dowiemy, który byłby w Dosze Rafał Fedaczyński, bo ponownie został okradziony w możliwości występu na mistrzowskiej imprezie. Warto w tym miejscu obalić argument, że starsi zawodnicy nie mają szans osiągać dobrych wyników w maratonie czy chodzie sportowym. Srebrny medal w Dosze na dystansie 50 km zdobył 43-letni João Vieira z Portugalii, a na ósmym miejscu ukończył Hiszpan Jesús Ángel Garcia, który kilka dni po mistrzostwach świata świętował swoje 50. urodziny…

Pan Majewski odpowiadał na argumenty moje i mojego prawnika, kiedy wyjaśniałem te wszystkie sprawy, że „to jest tylko sport, a w sporcie różne rzeczy się dzieją”. Szkoda tylko, że drugi raz nie mogłem spełnić swoich marzeń, a przede wszystkim wypełnić umowy-kontraktu z moim klubem. Tak się praktycznie skończyła moja kariera, bo brak tych dwóch startów na docelowej imprezie sprawił, że spadłem w rankingu olimpijskim, ważnym w walce o Igrzyska w Tokio.

Wtedy to założyłem w sądzie cywilnym sprawę za niepowołanie mnie na Mistrzostwa Świata w Dosze. Na rozstrzygnięcie czekałem 3 lata, a sprawę o Mistrzostwa Europy przegrałem. Sąd powołał się na argument powagi rzeczy osądzonej. Wcześniej złożyłem jeszcze sprawę przeciwko PZLA do Trybunału Arbitrażowego przy PKOl-u licząc, że działacze i prawnicy sportowi docenią to, weryfikując sprawę uczciwie i na zasadach fair play. Tam, na jednym ze spotkań, pan Krzysztof Kęcki, szef szkolenia PZLA, powiedział na tej rozprawie olimpijsko-koleżeńskiej, że trener może kogoś nie lubić i na takiej zasadzie zawodnik też może nie pojechać na imprezę mistrzowską. Już wtedy wydałem dość dużo pieniędzy, licząc na to, że PKOl wstawi się raczej za zawodnikiem, a nie za związkiem. Po kilku miesiącach PKOl sprawę oddalił.

Sprawę za mistrzostwa świata przegrałem w pierwszej instancji i czekam na uzasadnienie wyroku. Po analizie uzasadnienia z moim prawnikiem zadecyduję, czy mam jeszcze szansę na wygraną w drugiej instancji. Jeśli będą za tym przesłanki, to myślę, że się odwołam i tę sprawę będę kontynuował, aż do Sądu Najwyższego. Liczę na to, że Polski Związek udostępni mi w końcu dokumenty. Będę mógł zaspokoić swoją ciekawość, a nawet upublicznić na mojej stronie Facebookowej, kto tak naprawdę skreślił mnie z mistrzostw Europy i świata. Czyli tak naprawdę przyczynił się do zakończenia mojej kariery sportowej na poziomie mistrzowskim, przez brak wyjazdów na mistrzostwa Europy i świata.

Interwencja w World Athletics

Mimo tego, że miałem w tym czasie dużo stresu, czekało mnie sporo papierkowej roboty i wciąż rosnących kosztów, trenowałem dalej, licząc na wyjazdy chociażby na Drużynowe Mistrzostwa Europy czy świata w chodzie. Co bym jednak nie robił, koordynator chodu sportowego przy PZLA – Krzysztof Augustyn, na te imprezy mnie nie wysyłał. Dopiero przed igrzyskami wysłali mnie na Drużynowe Mistrzostwa Europy do Podebrad w Czechach. Stało się tak tylko dlatego, że założyłem sprawę przeciw PZLA w World Athletics. Argumentowałem swoją sytuację tym, że od 3 lat nie mogę nigdzie wystartować i polski związek utrudnia mi eliminacje na igrzyska olimpijskie. Wtedy to, na 2 tygodnie przed startem, dostałem propozycję udziału w Drużynowych Mistrzostwach Europy. De facto już mało co trenowałem, bo wiedziałem, że mój wyjazd na igrzyska jest raczej nieosiągalny. Dawid Tomala uzyskał niedługo wcześniej minimum na 50 km w Dudincach i musiałbym pójść naprawdę bardzo dobry wynik, by powalczyć o kwalifikację. Bez szkolenia i dobrej motywacji zdrowotno-psychicznej, było to praktycznie nie do osiągnięcia. Ale podjąłem rękawicę, uzyskaliśmy tam dość dobre, szóste miejsce drużynowe na mistrzostwach Europy. Mnie to osobiście nic nie dało, ale to zawsze taka „nagroda pocieszenia”.

Relacje zawodników z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki to materiał na osobny artykuł. Nasz chodziarz informował PZLA, że założy sprawę w sądzie o wyjaśnienie sprawy. PZLA za każdym razem lekceważył te prośby, twierdząc, że do tej pory, w 100-letniej historii tego związku nikt z nimi nie wygrał, więc nie ma się czym martwić. Działacze liczyli, że sportowiec – podobnie jak dziesiątki innych – pewnie wcześniej czy później się podda, bo to są ogromne koszty. Samo założenie sprawy, koszty prawnika, dojazdów na rozprawy, opłaty za pisanie pozwów – wszystko kosztuje niemałe pieniądze. Całość jest bardzo zawiła i wymaga wiele czasu, wiedzy i energii, którą można by przeznaczyć na inne rzeczy. Dlatego większość zawodników, którzy byli w podobnej sytuacji i chciało walczyć o swoje, gdy zobaczyło, ile to kosztuje pieniędzy i stresu, dawało sobie spokój. Takich przypadków było mnóstwo w poprzednich latach, a z chodziarskiego podwórka wystarczy wymienić Katarzynę Burghardt (z d. Kwokę), która wolała zakończyć karierę, niż iść na wojnę z działaczami. Również Rafał Sikora za czasów prezesa Jerzego Skuchy straszył związek sądem, ale niedługo później doszło do ugody i sprawa się zakończyła. Można by jeszcze długo wymieniać, ale schemat zwykle był ten sam: związek może wszystko, zawodnik nie ma żadnych praw. Działacz przetrwa, a nowi zawodnicy zawsze się znajdą. Najlepiej tacy, którzy nie zadają za dużo pytań.

Sprawa ciągle jest w toku

Postanowiłem, że dla mnie ważniejsze jest dane przeze mnie słowo, niż pieniądze, dlatego ile będę mógł i będę widział w tym sens, będę kontynuował tę walkę. Teraz, gdy uzyskałem już pierwszy pozytywny wyrok, czekam na kolejne. W ciągu 14 dni miałem dostać dokumenty od PZLA. Napisałem maila z zapytaniem i prośbą o przesłanie mi tych dokumentów – czy to drogą listowną, czy elektroniczną. Otrzymałem odpowiedź, że ich nie mają. Jeśli polski związek nie udostępni mi tych plików, to dalej będę składał skargi. Moim zdaniem PZLA część decyzji podejmował telefonicznie, a zarząd w ogóle się nie zbierał fizycznie. Tak to pewnie było ustalane. Dlatego PZLA może mieć teraz problem, żeby te dokumenty „odtworzyć”. Działacze mogą niektórych wątków nie pamiętać, zresztą niektóre osoby nie są już w zarządzie PZLA, jak chociażby pan Grzegorz Sobczyk z Krakowa.

Czekam więc na cztery protokoły z zebrań zarządu PZLA. Nie jest to tylko informacja: kto jedzie na jakąś imprezę, tylko: kto głosował, na jaki wniosek, kto go złożył, jakie argumenty miał. Uważam, że pan Augustyn argumentował to tym, że jestem już nieperspektywiczny, bo jestem już wiekowym zawodnikiem. A lepiej wysłać młodego zawodnika, który jest z „mojej opcji”. Tylko gdyby mi to powiedzieli prosto w twarz, to może bym całą sprawę zaakceptował. Ale jak ktoś mnie nie szanuje, to trzeba o to walczyć. W roku 2022 podobnie było z Iwoną Bernardelli, która powinna jechać na mistrzostwa Europy i jej nie wzięli. Z rozmów kuluarowych wiadomo, że nawet zawodniczka w ciąży pojechała, a ona nie. U niej była nieco inna sytuacja, bo ona nie „blokowała” nikomu miejsca. Nikt nie pojechał za nią, tak jak zawodnicy jeździli w moje miejsce. W tym wypadku były pieniądze, maratonka mogła jechać, ale ponownie zadecydowały układy. Jak to mówią: psy szczekają, a karawana jedzie dalej.

Plany na przyszłość

Aktualnie od roku odpoczywam od wyczynowego sportu. Praktycznie 25 lat trenowałem 2 razy dziennie. Mam 42 lata i w tym roku stwierdziłem, że skupię się na innych sprawach. Przebiegłem półmaraton, trochę potrenowałem biegowo. Dalej od czasu do czasu ćwiczę, bo ze sportem nie da się skończyć z dnia na dzień. Nabieram motywacji do dalszego treningu. Przede wszystkim zmieniłem klub, bo w poprzednim nie mogli mi przedłużyć kontraktu. Argumentowali to następująco: – słuchaj Rafał, jesteś dobrym zawodnikiem, zdobywasz medale mistrzostw Polski, ale my płacimy ci za to, żebyś jechał na igrzyska, mistrzostwa świata i Europy. A ty od 3 lat nigdzie nie byłeś. Wiemy, że to nie twoja wina, bo Polski Związek Lekkiej Atletyki blokuje cię i utrudnia ci życie. Ale my też nie mamy pieniędzy, żeby ci płacić, bo nie jesteś w stanie wypełnić umowy.

Działacze z poprzedniego klubu zachowali się wobec mnie fair i bez opłat pozwolili mi na zmianę klubu. Wróciłem więc do Katowic, gdzie też w sumie nic nie mam, ale przynajmniej będę mógł korzystać ze stadionu, siłowni, a na miejscu mam trenera. Za półtora roku są kolejne igrzyska, które mnie zawsze strasznie motywują. Myślę, że znajdę czas, by powalczyć o kwalifikację do Paryża, a tam wszystko może się zdarzyć. Nastąpiła zmiana dystansu, mamy teraz chód na 20 km i chód drużynowy w mikście na 35 km. Jednak jeśli polski związek nie zmieni podejścia do mojej osoby, a wydaje mi się, że nie, to na mistrzostwa świata czy Europy nie mam sensu się przygotowywać, bo i tak będę się „odbijał od ściany”. Polski związek działa na granicy powiedzmy grupy zorganizowanej. Współpracują z ministerstwem sportu, PKOl-em, to są wszystko byli zawodnicy, byli trenerzy, byli działacze, którzy czują się bezkarni. Nikt tego nie potwierdzi, ale wystarczy czasem zadzwonić, by załatwić każdą sprawę. Można mieć najlepsze wyniki i nigdzie nie pojechać. Już niejedna osoba się o tym przekonała, czy to Karol Zalewski, który nie pojechał do Dohy, bo go postawili przed komisją, czy Ewa Swoboda, którą również wzywali „na dywanik”, bo chciała zrezygnować z jednego startu. Są też tacy, którzy nie dają rady i rezygnują przez te sprawy z uprawiania sportu i to też jest problem. Wciąż wiele zależy od tego, kto z kim trenuje. Jeśli trenuje się z trenerem, który ma wiedzę, ale ma też swoje zdanie i nie pasuje do całej układanki polityczno-klubowej w centrali, najlepiej z poparciem danych osób w wyborach do zarządu, to taką osobę się „odstrzeliwuje”. Najłatwiej zwolnić trenera w ten sposób, żeby zbuntować mu zawodników, albo wykluczyć zawodnika z kadry, to trener już nie jest potrzebny i sprawa się rozwiązuje.

Działacze argumentują czasem swoje decyzje tak, że PZLA jest „autonomicznym ciałem” i nie podlega naciskom z zewnątrz. Ale nikt nie widzi różnicy między słowem autonomiczny i bezprawny. W mojej ostatniej sprawie sądowej, Naczelny Sąd Administracyjny wysłał mi pisemnie uzasadnienie, że Polski związek jest organem publicznym, ponieważ część jego dotacji pochodzi z ministerstwa sportu. Czyli tak jak urząd miasta, wojewódzki itp., musi podawać do wiadomości publicznej to, jak wydaje pieniądze. Polski związek może zarządzać niezależnie, ale musi udostępniać dokumenty na stronie BIP, tak jak każdy urząd, według regulaminów i przepisów. Jest więc szansa, że działacze będą musieli tłumaczyć się ze swoich pokrętnych działań i dwa razy się zastanowią, zanim podejmą kontrowersyjną decyzję. Powoli kruszymy ten „beton”, a przyszłość pokaże, czy było warto – kończy zawodnik.