krystiannumerale
24 kwietnia 2020 Kuba Wiśniewski Sport

Niezły numer – Krystian Zalewski


Starty dobre, biegi zawalone, imprezy pamiętne i takie, o których chciałoby się zapomnieć… W serii „Niezły numer” biegaczki i biegacze wyczynowi z różnych konkurencji wyciągają swoje numery startowe, by z ich pomocą przywołać dla nas ciekawe historie sprzed lat. Sprawdzamy, co kryje się za suchymi wynikami, jakie było okoliczności towarzyszące zawodom i jak konkretne wyścigi wyglądały od zaplecza.

Przed nami wspomnienia przeszkodowca. Zaczynał międzynarodową karierę przez duże „k” od medalu ME U23 w 2009 roku. Od początku, mimo dużego wzrostu, zdradzał szczególne predyspozycje właśnie do 3000 m z przeszkodami. W tej konkurencji uzyskał 5 wynik w historii polskiej LA (PB 8:16.20) i zdobył srebro Mistrzostw Europy w 2014 roku w Zurychu. Od kilku lat nie stroni jednak od długich dystansów – w 2019 roku został mistrzem Polski aż w 3 stadionowych konkurencjach (10000, 5000 oraz 3000 m pprz), jak też debiutował bardzo udanie w półmaratonie (PB: 1:02:34). Na ten sezon zapowiadał z kolei walkę o minimum olimpijskie w maratonie, jednak, jak w przypadku wielu sportowców, ambitne plany zostały pokrzyżowane przez niezależne okoliczności…

O swoim, wcale nie najlepszym biegu, opowiada nam zawodnik UKS Barnim Goleniów Krystian Zalewski.


TEN START ODBYŁ SIĘ..
6 lipca 2016 roku podczas 23. Mistrzostw Europy w Amsterdamie. Był to bieg eliminacyjny na 3000 m z przeszkodami.

BYŁEM WTEDY…
w środku roku olimpijskiego. Dla każdego oczywiście najważniejsze były Igrzyska Olimpijskie w Rio, jednak po drodze dochodził start na mistrzostwach Europy i jako wicemistrz chciałem co najmniej powtórzyć sukces sprzed dwóch lat. Sytuacja była na tyle trudna, że w kwietniu, w trakcie Biegu Europejskiego w Gnieźnie naderwałem łydkę i sezon letni stał pod znakiem zapytania. 3 tygodnie przerwy w treningu, ciężkie zgrupowanie w górach w Font Romeu dały jednak pozytywne efekty i już na początku sezonu uzyskałem drugi wynik w karierze na 3000 m z przeszkodami. 8:19.91. Ten czas pozwolił wierzyć, że wszystko wraca na dobre tory.

PRZED BIEGIEM…
w Amsterdamie byłem dwa dni przed startem. Rozruch na stadionie i tak naprawdę od razu start. Będąc już na miejscu w hotelu czuło się atmosferę mistrzostw, ducha mobilizacji w naszej ekipie, każdy dopingował każdego. 

W TRAKCIE ZAWODÓW…
jako doświadczony zawodnik starałem się zapanować nad stresem i emocjami. Start z orzełkiem na piersi zawsze wyzwala dodatkowe emocje… W trakcie rozgrzewki (standardowej jak przed każdymi zawodami – nic nie kombinowałem i nie zmieniałem) starałem się skupić na sobie i na zadaniu, czyli awansie do finału. Kiedy byłem już na stadionie, czułem się pewnie i dobrze. Bieg rozgrywał się zresztą dokładnie tak, jak chciałem. Kiedy był odpowiedni moment, wziąłem na siebie ciężar prowadzenia, wyszedłem naprzód i biegłem po swoje. Jednak już na 4 koła do końca poczułem ból w łydce (pomyślałem, że to skurcz). Nie zwracając zbytnio na to uwagi dobiegłem do mety na drugim miejscu, tuż za jednym z faworytów Mahiedinem Mekhissim-Benabbadem (Francuz to rekordzista Europy i podwójny wicemistrz olimpijski – przyp. red.). On miał 8:31.42, ja 8:31.50. Do tego momentu wszystko szło idealnie.

PO BIEGU…
przeszedłem przez mix zonę, ubrałem się w dresy, poszedłem do namiotu naszego teamu i fizjoterapeutów, no i się zaczęło. Ból łydki, który wydawał się „śmieszny”, nagle zaczął narastać, do tego stopnia, że nie byłem w stanie ustać na bolącej nodze. Nawet nie poszedłem zrobić roztruchtania po biegu. Fizjoterapeuci od razu zabrali się do pracy z moją łydką. Po kilku zabiegach manualnych pojechaliśmy do hotelu. Chwila przerwy i kolejna wizyta u „fizjo”. Mieliśmy 48 godzin, by pozbyć się problemu i sprawić, żebym mógł biegać – w tamtej chwili problemem było nawet chodzenie. Na stołówkę chodziłem o niestandardowych godzinach, tak aby nikt nie widział moich problemów ze zdrowiem. W dzień, w którym miał odbyć się finał biegu na 3000 m z przeszkodami poszedłem na poranny rozruch, wiara w start wróciła i wydawało się, że dam radę pobiec w wieczornym finale i walczyć o medale. Niestety. W trakcie rozgrzewki, kiedy przyszedł czas na rytmy i skoki przez płotki, cały optymizm zniknął. Z bolącej nogi nie mogłem się odbić, ani wylądować za płotkiem tak, żeby noga się nie ugięła. Trener wraz z lekarzem i fizjoterapeutami podjęli decyzję, że nie wystartuję w finale, ponieważ walczyliśmy przecież jeszcze o start – za 30 dni – na Igrzyskach Olimpijskich w Rio. Co bolało najbardziej? Kiedy wiesz, że jesteś dobrze przygotowany i mogłeś dokonać czegoś dużego, kiedy po biegu finałowym od rywali słyszysz słowa uznania i szacunku, a jeden z nich, który był w tym finale trzeci w krajowej telewizji na żywo mówi: „Gdyby Polak wystartował ja byłbym dzisiaj 4-ty”…
Co się okazało podczas badania USG? Naderwałem łydkę. Nie poddałem się i walczyłem, a za miesiąc na igrzyskach wystartowałem. Czego się wtedy dowiedziałem po tak trudnym i ciężkim sezonie? Wiedziałem, że zawsze będzie przy mnie moja rodzina, przyjaciele i ten który jest „ojcem” moich sukcesów – trener Jacek Kostrzeba.

Kuba Wiśniewski
Kuba Wiśniewski

Pisząc coś o sobie zwykle popada w przesadę. Medalista mistrzostw Polski w biegach długich, specjalizujący się przez lata w biegu na 3000 m z przeszkodami, obecnie próbuje swoich sił w biegach ulicznych i ultra. Absolwent MISH oraz WDiNP UW, dziennikarz piszący, spiker, trener biegaczy i współtwórca Tatra Running.