paryz1900
5 lutego 2022 Aleksandra Konieczna Sport

Jak nie organizować igrzysk, czyli najdziwniejszy maraton w historii


Zawodnicy nieznający trasy wyścigu. Pływacy walczący z prądem rzeki. Biegacze rezygnujący z maratonu na rzecz zimnego piwa. Obiekty nieprzystosowane do rywalizacji. Kolarze na trasie maratonu. Do tego kibice mający problem z trafieniem na areny sportowych zmagań. Drugie nowożytne igrzyska olimpijskie nie były wielkim świętem sportu, były jedynie swoistym dodatkiem, a nawet przystawką do Wystawy Światowej.

Nim przedstawimy niezwykłą historię jednego z najdziwniejszych maratonów olimpijskich w dziejach, to nie możemy nie wspomnieć szerzej o tym, jak wyglądały zawody w Paryżu. Portal historia.org.pl określa je mianem „największej porażki w historii olimpizmu”. I nie da się z tym określeniem nie zgodzić. Ówczesnym prezydentem MKOL-u, a także osobą odpowiedzialną za przygotowanie imprezy, był baron Pierre de Coubertin. Pomysłodawca igrzysk sprowadził więc zawody do swojego rodzimego kraju, czyli Francji. Zapewne drugą edycję imprezy wyobrażał sobie inaczej. Tymczasem, obok chaosu organizacyjnego, problemów było więcej – pływacy walczyć mieli nie z rywalami, ale prądem rzeki. Lekkoatleci rywalizowali m.in. w nieprzystosowanym do zmagań Lasku Bolońskim. Sport był jedynie dodatkiem do Wystawy Światowej, na której ponownie eksponowano Wieżę Eiffla – została ona pomalowana i przystrojona światełkami. O ile więc Francuzi mogli pochwalić się swoją architekturą, o tyle dla sportowców nie przygotowano niemalże żadnej oprawy. Nie grano zwycięzcom hymnów, nie było flag, a medale wysłano do zawodników pocztą już po zakończeniu zawodów. Pierwotnie nie chciano ich nawet wręczać. Najdłużej na swój krążek czekał zwycięzca maratonu. 12 długich lat upłynęło nim otrzymał medal, który wywalczył w kuriozalnych okolicznościach.

Siedmiu wspaniałych

Pierwszym i wymownym faktem, który zauważy każdy, kto zerknie w tabele wyników biegu maratońskiego w Paryżu, jest liczba uczestników tego wyścigu. Do rywalizacji przystąpiło bowiem jedynie 13 sportowców, a bieg ukończyło tylko siedmiu z nich. Zwyciężył Michel Theato z Luksemburga przed Francuzem Emile Championem oraz Szwedem Ernstem Fastem. Wyniki, jak to zwykle w sporcie bywa, nie oddają jednak historii, która stała za tym niezwykłym wyścigiem.

Zacznijmy od warunków, w których rozegrano zawody. Maraton rozpoczął się około godziny 14:30 i toczył się w strasznym upale – było prawie 40 stopni Celsjusza. To czyni go prawdopodobnie najgorętszym maratonem w olimpijskiej historii. Hugh Jones – autor książki „The Expert’s Guide to Marathon Training” – zawody opisuje jako graniczące z farsą. Bieg rozegrano na dystansie 40 kilometrów oraz 260 metrów. Organizację zmagań przedstawiał Thomas Tutton na łamach RTL Today – zawodnicy rozpoczęli od kilku okrążeń na stadionie, by następnie wybiec na paryskie ulice. Na tych jednak nie rozstawiono policyjnego kordonu i nie zabezpieczono trasy zmagań. Sportowcy musieli więc wbiec w tłum przypadkowych spacerowiczów, rowerzystów oraz gapiów. Trzech Brytyjczyków widząc rozgrywające się szaleństwo szybko zdecydowało się wycofać z rywalizacji. Inni walczyli jednak dalej.

Śmiertelna pomyłka

Szwed Ernst Fast w Paryżu pojawił się nie tylko w celach sportowych, ale przede wszystkim zawodowych. Był inżynierem elektrykiem i pracował przy organizacji Wystawy Światowej. Pracę zawodową łączy z pasją sportową, a w dorobku miał już kilka istotnych wyników. W 1899 roku został najlepszym biegaczem długodystansowym w Szwecji – zdobył tytuł mistrza kraju na dystansie 10 000 m. Wcześniej startował także w mistrzostwach Danii oraz brał udział w maratonie w Kopenhadze. Nie dziwi więc, że będąc w Paryżu zdecydował się skorzystać z okazji i pobiec w olimpijskim maratonie.

Wyścig rozpoczął się dla niego dobrze, ponieważ po wycofaniu się prowadzącego w rozgrywce Francuza Touqueta-Daunisa, przesunął się na czoło zmagań. Co ciekawe – były lider wyścigu, który uznał, że warunki atmosferyczne uniemożliwiają mu kontynuowanie zawodów, miał swoje kroki skierować do jednego z pubów. Zamiast walki z gorącem Francuz wybrał więc zimne piwo. Inni próbowali dobiec do mety, ale to zadanie dodatkowo utrudnili organizatorzy wyścigu. Maraton stał się bowiem swoistym biegiem na orientację. Nieznający Paryża Szwed Fast zwyczajnie nie wiedział, gdzie powinien skierować swoje kroki.

Jeden z mitów głosi, że o pomoc we wskazaniu drogi poprosił przypadkowego policjanta, który jak się okazało również dobrze nie znał miasta. Wskazał jednak Fastowi trasę, którą uważał za prawidłową. Ta okazała się błędna i mężczyzna najprawdopodobniej pokonał nawet 4 dodatkowe kilometry. Według informacji zamieszczonych na stronie Szwedzkiego Komitetu Olimpijskiego, biegacz, gdy zorientował się, że popełnił błąd, to rzucił się do rowu. Do kontynuowania rywalizacji miał przekonać go jeden z kolarzy – Henning Jonsson. Decyzja okazała się właściwa, bo mimo ogromnej straty czasowej, Fast na metę wbiegł na trzecim miejscu.

Mity i legendy

Kolejną z legend związanych z występem pierwszego szwedzkiego medalisty olimpijskiego w historii są losy wspominanego już policjanta, który miał wskazać zawodnikowi złą trasę maratonu. Według mitu, który przywołuje strona olympic.com – pochodzący z Marsylii funkcjonariusz Pierre Vendreau – miał, gdy zorientował się jak kosztowny był jego błąd, popełnić samobójstwo.

Szwedzki medalista w kolejnych latach kontynuował swoją przygodę ze sportem – w 1902 roku wygrał maraton w Kopenhadze. Odnosił także liczne sukcesy w mistrzostwach kraju. Sprawdźmy natomiast, jak potoczyły się losy złotego i srebrnego medalisty z Paryża oraz piątego na mecie Amerykanina, który twierdził, że to on powinien być mistrzem olimpijskim.

Luksemburski Francuz

Najmniej wiadomo o srebrnym medaliście tego dziwnego wyścigu. Champion był zawodnikiem Racing Club de France, a także służył w jednym z pułków piechoty. Zawodowo miał zajmować się handlem. Jego sportowa historia jest praktycznie nieznana – miał tym mniejsze szanse na bycie zapamiętanym, że złoty medalista wyścigu również został skalsyfikowany jako Francuz. Zagrano dla niego nawet Marsyliankę.

Użycie słowa sklasyfikowany jako Francuz wydaje się tutaj w pełni trafne, ponieważ Michel Theato był Luksemburczykiem. Prawdę o jego pochodzeniu ujawnił dopiero pod koniec XX wieku Alain Bouillé. Historię niezwykłego zawodnika przedstawia RTL Today. Mężczyzna urodził się w Luksemburgu w 1878 roku, a w młodości poprzez Belgię wyemigrował do Francji. Co ważne – mimo tego, że tym w tym kraju pozostał do chwili, gdy w wieku 41 lat zmarł, to nigdy nie wnioskował o francuskie obywatelstwo.

12 lat oczekiwania

W dniu wyścigu Theato miał być bliski decyzji o wycofaniu się z rywalizacji. W chwili, gdy Fast pomylił trasę, to jednak właśnie on został liderem biegu i zdecydował się go dokończyć. Na metę wpadł z czasem 2:59:45 i na srebrnego medalistę musiał czekać prawie pięć minut. Na brązowego Szweda wspólnie panowie czekali ponad pół godziny. Dlaczego jednak Luksemburczyk został uznany za Francuza? Reprezentował bowiem francuski klub i jego medal MKOL do dziś traktuje jako zaliczany na konto Trójkolorowych.

Sukces w amatorskim gronie skłonił Theato do rozpoczęcia startów zawodowych. Te okazały się jednak nieudane i nigdy nie powtórzył swojego wyczynu. Na medal, który go upamiętniał musiał czekać dłużej niż inni triumfatorzy z Paryża. Pozostali otrzymali je pocztą niedługo po zakończeniu zawodów, a Luksemburczyk czekał 12 długich lat. Sytuacja związana była z protestami, które składał Amerykanin Arthur Newton. Piąty na mecie zawodnik twierdził bowiem, że przez cały dystans nikt go nie wyprzedził. Miało to dowodzić, że pozostali rywale skracali sobie trasę. Główne podejrzenia spadły na Theato. Twierdzono, że doskonale znał miasto. Jedna z legend głosiła, że miał je poznać, gdy pracował jako dostawca w piekarni. Rzeczywiście był stolarzem.

To nie wszystko

Ostatecznie pretensji Amerykanina nie uznano – niemniej sprawę prowadzono tak długo, że złoty medal do Theato trafił w 1912 roku. Sytuacja dwóch medalistów oraz Amerykanina, to jednak nie wszystkie kontrowersyjne wydarzenia związane z maratonem w Paryżu. Protestował również jeden z Kanadyjczyków – twierdził, że podczas biegu został potrącony przez rowerzystę.

Historia, która w 1912 roku niejako została podsumowana, po raz kolejny rozbrzmiała w 2004 roku. Luksemburski Komitet Olimpijski złożył bowiem oficjalny wniosek o uznanie medalu wywalczonego przez Theato jako zdobytego w barwach Luksemburga. Dla tego państwa byłby to niezwykle znaczący sukces. W swojej historii ma ono bowiem jedynie dwóch medalistów olimpijskich, w tym jednego złotego. Wniosek został jednak rozpatrzony negatywnie.

Drugie igrzyska olimpijskie, a zwłaszcza bieg maratoński można niewątpliwie podsumować słowami, że w sporcie niemożliwe nie istnieje.

Fot. Jules Beau

Aleksandra Konieczna
Aleksandra Konieczna

Pasjonatka sportu, którą bardziej niż listy wyników i cyferki interesują ludzkie historie. Szuka odpowiedzi na pytanie: „jak do tego doszło?”. Zwolenniczka długich dziennikarskich form i opowiadania barwnych historii. W szczególności zajmuje się sportami zimowymi, żużlem oraz lekkoatletyką