12 lipca 2014 Redakcja Bieganie.pl Sport

Dlaczego warto wystartować w biegu w Gwatemali?


Czytelnicy i współpracownicy Bieganie.pl są wszędzie. Nawet w egzotycznej Ameryce Środkowej, skąd dotarła do nas relacja z półmaratonu w Coban. Dowiecie się z niej jak się robi imprezy biegowe w Gwatemali i dlaczego chce się do nich wracać.

10367732 10152439096655941 3616057032701770304 n

Coban to jedno z tych niewielkich i nieciekawych środkowoamerykańskich miast, straszących betonem i mnogością fastfoodu. Miast, w których uliczni sprzedawcy doskonałych owoców i gadżetów do telefonów oraz babinki handlujące kukurydzianymi plackami pozostają niepokojąco niewzruszeni poziomem hałasu i gęstością spalin. Jedyną przyczyną jako takiego ruchu turystycznego w Coban jest jego położenie – pośród oszałamiająco malowniczych wzgórz i w niedalekim sąsiedztwie naturalnego cudu, lazurowych wód Semuc Champey. Raz do roku robi się tu jednak niebywale wesoło i jeszcze głośniej niż zwykle, w Coban bowiem ma miejsce międzynarodowy półmaraton, na który – jak głoszą organizatorzy – przybywają obywatele wielu krajów i rokrocznie pierwsze miejsca zajmują obywatele Kenii. Ponieważ numery startowe rozeszły się jeszcze w marcu jak świeże croissanty, a ja takiej gratki jak górski półmaraton odpuścić nie mogłam, za pomocą odrobiny polskiego kombinatorstwa i przychylności losu stanęłam na linii startu jako Maria Isabel Castillo. O mały włos bym jednak nie stanęła, bo podróż do Coban okazała się sama w sobie niezłym ultramaratonem po wąskiej grani odwagi i szaleństwa z domieszką pecha i dziwnych zbiegów okoliczności. 

Ponieważ chickenbusy przestały mnie bawić po tygodniu mieszkania w Gwatemali, a autobusy liniowe są drogie i wykańczają pasażerów klimatyzacją, zdecydowałam się na mą ulubioną formę transportu i już o ósmej rano machałam ręką na drodze z Antigua wprost – jak mi się zdawało – do Coban. Jakież złośliwe lubią być mapy, przekonałam się w jakiejś niebywałej dziurze, gdzie odbywał się wielki i przepięknie kolorowy sobotni targ kwiatowy. Nacieszywszy oczy pojechałam dalej, ale im dalej jechałam, tym droga mniej przypominała drogę, aż wreszcie zlądowałam w środku niczego, by od podejrzanych typów z motocyklami dowiedzieć się, że krajowa droga owszem, wiedzie, ale jakieś 20 kilometrów na wschód stąd i jedyne, co mogę zrobić, to zdać się na szczęście. Jak zwykle przyszło, choć okupione sporymi nerwami na tle broni palnej, kurzem na rzęsach po podróży roztrzęsionym tuk tukiem i niespokojnym snem na ramieniu grubej Majanki wiozącej grubaśny pęk kalii. Część podróży odbytą ręcznie napędzanym promem o powierzchni dwóch metrów kwadratowych przez brązową rzekę pomijam z uwagi na jej absurdalność przekraczającą standardy logiki czytelnika. Tak czy inaczej – było wesoło, a droga, która miała zająć jakieś cztery godziny, zajęła dziesięć. Punkt osiemnasta wkroczyłam brudna, mokra i zmęczona na halę sportową w Coban, by opuścić ją już jako Maria Castillo, bogata w ohydną pomarańczową koszulkę, kilka ciekawych gadżetów i nowych przyjaciół, z którymi spędziłam noc w zaprzyjaźnionym domu. Od szalonego dnia gorsza okazała się dramatyczna noc i plan wyspania się oczywiście nie został zrealizowany, a to za sprawą grubej imprezy za oknem i upiornego jamniczka, ujadającego bez powodu pod moimi drzwiami. Kląc na czym świat stoi, wepchnęłam do uszu stopery. No dobra. Skoro tak, to trzeba kopnąć to miasto w dupę z całą mocą.

Piąta piętnaście. Wypełzam ze śpiwora i podglądam świat przez popsutą roletę – jest już jasno, a na ulicy zaczynają rozstawiać się pierwsi venedores z warzywami. Ominąwszy cichcem rzeczonego jamniczka nastawiam wodę na kawę instant i rozgniatam widelcem dwa maleńkie, kupione poprzedniego wieczoru banany, mieszając je z odrobiną owsianki i siemieniem lnianym, podróżującym ze mną jeszcze z ekologicznej farmy w Antigua. Wiem, że to za mało, wypływam więc boso w rozjaśniony pierwszym słońcem lekki uliczny gwar i na narożniku kupuję od kolorowej, pasiastej kobieciny rozkoszne tamales (na zdjęciu poniżej). Tu dodam, że tamale powinno zostać narodowym pokarmem całej społeczności biegaczy, stanowi bowiem doskonałe źródło białka i węgli, jest lekkostrawne, niewielkie, energetyczne i przepyszne. Mętnej i zwartej masie kukurydzianej egzotyki dodaje fakt, że gotuje się ją na parze zawiniętą w liście bananowca, a w środku nafaszerowana jest kurczakiem, wieprzowiną lub – ku mej radości – czarną fasolą. Ani myślę ładować w siebie pszenne „pełnoziarniste” ciasteczka ani tym bardziej ohydne, winogronowe Gatorade – zamiast napoju energetycznego wychylam kubek chiahito, czyli boskiego płynu dodającego ciału energii, animuszu i urody, jak mawiają Majowie. Chiahito, w Meksyku zwane iskiate, to nic innego jak namoczone na noc nasiona hiszpańskie szałwii, zmieszane z nierafinowanym trzcinowym cukrem i sokiem z limonki – aż przykro robi mi się na myśl, że taki superfood w Polsce jest drogi i słabo dostępny. Tu dosłownie leży na ulicy i można zwyczajnie je podnieść, umyć i zasilić biegową maszynę.

tamales

O siódmej już wiem, że będzie gorąco. Słońce wstało nad blaszanymi dachami i rozgrzewa się intensywnie, podobnie jak setki kolorowych biegaczy na ulicach. Ponieważ czapki nie posiadam wcale, a okulary zgubiłam wczoraj, całe moje zabezpieczenie przed słońcem stanowi wysoki filtr, który spłynie ze mnie po trzecim kilometrze i zatrzyma się na skarpetkach. Do startu zostało zaledwie kilka minut. Jest ciasno; wąskie uliczki Coban ledwo mieszczą tłum biegaczy i kibiców. Ciężko znaleźć odrobinę przestrzeni, usuwam się więc w jakiś boczny zaułek i pod czujnym okiem pijaniutkiego starca dokonuję szybkiej rozgrzewki. Wśród startujących nie ma zbyt wielu przybyszy z Europy czy Stanów, ale i tak jest kolorowo. Rzekłabym: koszmarnie kolorowo! Mnogość barw przytłacza; panuje tu moda na wściekły róż, pomarańcz, jadowitą zieleń i różne fiolety (moje majty z NB dobrze się komponują), biegaczy czarno-białych ze świecą szukać. Gwatemalczycy szczególną miłością darzą gadżety, co drugi biegacz ma na sobie waterbelta, na ramieniu smartfona, w uszach słuchawki, a na łydkach plastry wzdłuż, w poprzek i na ukos. Zapraszam do swojego ucha środkowego Leonarda Cohena, bo dudniących okrutnie basów wściekłej disco-salsy znieść nie mogę; organizatorzy hałasują bez opamiętania, aż drży asfalt. Tak będzie przez większość drogi – tu i tam ustawione są głośniki, z których płynie rytmiczna łupanka; jedyną miłą odmianę stanowi chór dziewcząt, najpewniej Majanek, ubranych w tradycyjne stroje i stojących po obydwu stronach ulicy na siódmym i dwunastym kilometrze, śpiewających i klaszczących coś na modłę gospel. Urocze to niezwykle i trudno się nie uśmiechać; podobnie jak na widok maluchów wyciągających ręce z woreczkami z wodą, starszego pana polewającego biegaczy wodą z węża z własnego ogródka, dziewczynek wrzeszczących „Maria! Vamos Maria!”, gwiżdżących młodzieniaszków na dachach pickupów i kobiecin sprzedających smażone banany (z myślą o kibicach chyba, bo jaki biegacz zdecydowałby się na smażone papu podczas biegu?). 

Gorąco. Jaskrawe słońce razi w oczy, nieprzyzwyczajone do takiego światła. Próbuję korzystać z wszystkich plam cienia, które znajduję na trasie; tak zresztą czyni większość biegaczy. Fenomen mojego niepocenia się (bo tak mnie jakoś natura zaprogramowała, że obce mi są mokre plamy na koszulce) niniejszym ulega przedawnieniu: w życiu swoim nie przegrzałam się tak szybko, jak teraz, gdy na drugim kilometrze i piątym (!) podbiegu ocieram twarz przedramieniem i wylewam na dekolt kubek wody. Zdaję sobie sprawę dość szybko, że zabawa się skończyła, nie jestem w Polsce, gdzie jest chłodno, pochmurno i gdzie biega się zaledwie kilkadziesiąt metrów nad poziomem morza. Nie zwykłam pić zbyt wiele podczas biegów; tym razem biorę sobie do serca nawadnianie i czynię je odśrodkowo jak i zewnętrznie, polewając się co chwila. Łykam trochę izotoników, ale są paskudne w smaku, w przeciwieństwie do wyjątkowo przyzwoitego żelu o smaku cappuccino, który ostatecznie zabieram ze sobą, bo zapomniałam o kupieniu suszonych bananów które zmieściłyby się w kieszeni. No i biegnę sobie: góra, dół, góra, dół, góra, dół. Trasa Coban składa się wyłącznie z podbiegów i zbiegów, nie ma ani jednego dłuższego płaskiego odcinka. Szybko odkrywam, że pasuje mi taki rytm biegania – odpoczywam przyspieszając na zbiegach i z łatwością utrzymuję równy rytm na podbiegach, zwykle wyprzedzając wówczas innych biegaczy. Pot leje się po oczach, gorąco, gorąco… w pewnym momencie zaczynam mieć mroczki przed oczami, zwalniam więc nieco i podziwiam łydki jakiegoś Alejandro, malownicze wzgórza dookoła, urodę tych prześlicznych dzieciaków i moją własną cierpliwość dla zacinającego się odtwarzacza. 

Aa skoro jesteśmy przy muzyce, to okolicznościowy utwór:

Trasa wiedzie po agrafce, przez co traci wiele ze swej atrakcyjności; za to kibice dają z siebie wszystko. Okoliczne wioski, do których wbiegamy, przeżywają coś na kształt narodowej fiesty, podobnie jak całe Coban które wyległo na ulice by cieszyć się wraz z maratończykami. Atmosfera szczera, wesoła, kiczowata i infantylna napełnia mi dusze optymizmem i sprawia że biec się chce. Ostatnie kilometry znaczy górujący nad miastem symbol złotych łuków. Od McDonalda do stadionu, gdzie zbudowano metę, pozostało zaledwie dwa kilometry. Euforia kibiców osiąga pułap taki, jakby w Coban odbywały się co najmniej olimpijskie igrzyska. Na mecie kolejna fiesta i muzyka wżerająca się w zakręty kory mózgowej; docieram tam mokra jak ukwiał i z pięknie opalonym śladem od koszulki na plecach; nieświadoma dokonania życiówki. Ktoś robi mi zdjęcie w objęciach jakiejś gromady męskiej; ktoś wciska w rękę niedojrzałego banana, ktoś inny wiesza na szyi diabelsko ciężki medal. Czterdziesty półmaraton w Coban zjedzony. Zajmuję 29. pozycję na ponad 1500 kobiet, co utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że moda na bieganie owszem, panuje, ale nad kondycją można jeszcze popracować tu, w Ameryce Środkowej. My za to powinniśmy nauczyć się odczuwania zwykłej frajdy z biegania w zawodach i takiego zaangażowania w kibicowanie, jakie przejawili mieszkańcy całego Alta Verapaz. Bo tu nie ma znaczenia, że na środku trasy stoi samochód-zawalidroga, że pachołki poprzewracały się i można się o nie ładnie potknąć; że kibice pałętają się pomiędzy biegaczami, droga jest dziurawa i wyznaczona przez bezpańskie psy i betonowe smutne domki. Nie ma też znaczenia czy jesteś szybki czy wolny; zbierzesz takie same owacje. Wspaniała jest ta wymiana wzajemnej ekscytacji między biegaczami a kibicami, której doświadczyłam w Coban; cieszą się wszyscy, choć słońce wypala umysły, a nad miastem i biegaczami unosi się nieśmiała mieszanina spalin i rafinowanego oleju spod frytek.

Czuję się skołowana jak po wizycie w wesołym miasteczku: w głowie się kręci, mięśnie miękkie, żołądek ściśnięty, endorfiny wystrzelone w kosmos. Ściągam mokre od potu buty (rzecz mi nieznana dotąd) i na bosaka maszeruję rozgrzanym asfaltem na spotkanie z przyjaciółmi pod – rzecz jasna – McDonaldem; po drodze siedmiu podstarzałych panów wciąga mnie do sklepu na rogu, wkłada w dłoń zimnego browara, za co chcę ich po rękach całować i obłożywszy komplementami mój kulejący hiszpański zapewniają dozgonną przyjaźń. Obiecuję im, że wrócę. I wiem, że nie kłamię – któregoś roku wrócę na półmaraton w Coban z czystego sentymentu, by poczuć się znów częścią tego uśmiechającego się narodu.