bobslej
25 stycznia 2022 Krzysztof Brągiel Sport

Arnold Zdebiak: Jeden błąd i jedziesz na głowie


W czerwcu 2017 wziął udział w naborze do zupełnie nowej dyscypliny sportowej. 8 miesięcy później startował już na igrzyskach olimpijskich. Na 100 metrów biegał 10.67 i był dobry na lokalne podwórko. Okazało się jednak, że ma smykałkę do bobslejów i w Pjongczangu (2018) wraz z kolegami z drużyny zajął, historyczne, 13 miejsce. Arnold Zdebiak opowiedział nam, jak ze sprintera stać się bobsleistą, czy bieganie setki poniżej 10 sekund wystarczy, żeby wykręcać najlepsze czasówki na lodzie, oraz dlaczego Jamajczycy będą mieli swoją drużynę podczas zbliżających się igrzysk w Pekinie, a Polacy nie.


Jak dowiedziałeś się o testach do kadry bobsleistów? Pojechałeś do Pucka celowo, czy akurat byłeś na wakacjach?

Celowo. Informacja o naborze od dłuższego czasu była dostępna na stronie internetowej związku. Wiedziałem, że moja kariera sprintera jest na ukończeniu. Bieganie setki na poziomie 10.60 jest dobre na lokalne podwórko, ale na nic więcej. Dużo sprinterów, ale też futbolistów amerykańskich przechodziło do bobslejów. Dlatego postanowiłem wybrać się na testy.

Jak sprawdzano czy się nadajecie?

Sprawdza się przygotowanie motoryczne, tak jak u sprinterów. Jedyną różnicą było to, że musiałem pchać wózek, który waży 120 kilogramów. Poza tym, mierzono nam 30 metrów lotne, 30 metrów z miejsca, 30 metrów z wózkiem i skok w dal z miejsca.

Pamiętasz, ile byłeś w stanie skoczyć?

Coś koło 3.60 m.

Na zgrupowaniu w Pucku był wtedy Kamil Masztak. Sprinter z bogatą przeszłością i fajną życiówką na setkę, bo 10.21 przy delikatnie przekroczonym wietrze w plecy. Ostatecznie Ty pojechałeś na igrzyska, jako członek czteroosobowej załogi, a on nie. Właśnie z Kamilem wygrałeś rywalizację o skład?

Kamil był rzeczywiście dużo lepszym sprinterem. Reprezentował kraj na letnich igrzyskach (Londyn 2012 – red.). Tylko, że z bobslejami jest inaczej… Wielu dobrych sprinterów, nie radzi sobie z bieganiem, gdy trzeba jednocześnie pchać bobslej. Do tego dochodzi odpowiednia technika wskakiwania i synchronizacji z całym zespołem. Podczas końcowych testów przed igrzyskami, sprawdzano, czy ktoś nie ciągnie bobsleja do tyłu podczas wskakiwania. Okazało się, że Kamil hamował. Mimo, że był lepszym sprinterem, to prędkość startowa ze mną w składzie była wyższa. Po prostu, robiłem to płynniej.

Arnold Zdebiak

Sprint, futbol amerykański – skąd jeszcze jest przepływ sportowców do bobslejów?

Trochę osób przechodzi z podnoszenia ciężarów. O ile dobrze pamiętam, w Austrii jest taki bobsleista. Jeśli ktoś ma siłę i szybkość, to taką osobę, wystarczy już tylko nauczyć biegać.

Największe sukcesy w sprincie odnosiłeś w biegach sztafetowych. Umiejętność pracy zespołowej w przypadku bobslejów jest chyba szczególnie ważna…

Dogadywaliśmy się z chłopakami bardzo dobrze. Grzegorz Kossakowski i Łukasz Miedzik też przyszli ze sprintu. Znaliśmy się z bieżni. Tylko nasz pilot, Mateusz Luty, pochodził ze sportów zimowych.

W załodze każdy ma swoją pozycję – rozpychający, hamulcowy, pilot. Jak ta układanka wygląda podczas zjazdu?

Rozpychający, czyli inaczej breakman. Hamulcowy też jest rozpychającym, ale wskakuje na końcu i odpowiada dodatkowo za wyhamowanie na samym dole. Podczas zjazdu się nie hamuje. Najważniejszą pozycją jest pilot. To on trzyma lejce i steruje bobslejem. Reszta zespołu musi być w jednej linii za pilotem. Rozbieg zajmuje około 60-70 metrów. Czas startu jest kluczowy. Jeśli będzie słaby, to nawet przy bardzo dobrej jeździe pilota, nic nie zdziałamy. Przelicznik jest mniej więcej taki – 0.01 sekundy wolniej od rywali na górze, to 0.1 sekundy straty na dole. Zakładając idealną jazdę pilota.

W jakich butach biegniecie, żeby utrzymać się na lodzie?

Buty są podobne do kolców lekkoatletycznych. Mają gwoździe na śródstopiu. Dużo, małych gwoździ, wręcz igiełek.

Jak się w tym biega?

Na śródstopiu, więc sprinter nie powinien mieć problemów. Gorzej, jeśli ktoś biegał dłuższe dystanse i lądował bardziej przez piętę. Wystarczy, że raz postawi się piętę na lodzie i niestety orzeł gwarantowany. Trzeba o tym pamiętać.

bobsleje

Jak wyglądały treningi bobslejowe? Większą część roku musieliście imitować warunki startowe?

Dużo pracy motorycznej, fizycznej, często na stadionie lekkoatletycznym. Jeśli chodzi o zgrupowania, najbliżej było do Liberca w Czechach i na Łotwę do Siguldy. Tam są tartanowe ścieżki do rozpychania. Lodowe ścieżki zaczynają działać dopiero we wrześniu. Imitacja bobsleja przypomina mały tramwaj. Jeździ się po szynach.

Trenowanie na sucho, a trenowanie na lodzie muszą się od siebie bardzo różnić…

Zwłaszcza, że na sucho trenujemy jedynie starty. Nie ma jazdy. Dlatego tak ważny jest doświadczony pilot, bo dopiero w okolicach października oswaja się z lodem. Do tego momentu trenuje stricte fizycznie z nami i dodatkowo ćwiczy na imitacjach w okularach 3D.

Ty czasu na oswojenie się z lodem miałeś wyjątkowo niewiele. W czerwcu 2017 trafiłeś do kadry, a w listopadzie już się ślizgałeś. Jak wspominasz pierwsze zjazdy? Był strach? Pędzicie grubo ponad 100 km/h, lodowym tunelem, w bobsleju, który wraz z załogą potrafi ważyć ponad pół tony…

Mieliśmy crashe. Nie jest to ciekawe jak przy 120 km/h jest wywrotka i szurasz plecami po lodzie. Tak naprawdę naszym jedynym zabezpieczeniem jest kask, a poza tym ubrani jesteśmy w lycrę. Ryzyko zawsze lubiłem i w bobslejach się odnalazłem. W lekkiej atletyce coś było nie tak. Starty mnie stresowały. Były rozmowy z psychologami, nawet z profesorem Blecharzem, ale koniec końców na zawodach nie byłem w stanie odzwierciedlić tego, co robię na treningach.

Chcesz powiedzieć, że bardziej stresowało Cię przebiegnięcie setki, niż pędzenie ponad sto na godzinę bobslejem?

Nie wiem, dlaczego tak było. Ja swoich biegów na 100 metrów nie pamiętam. Nie wiem co się działo między startem a metą. Wyłączałem się. A w bobslejach? Było dużo więcej elementów do zgrania… Najpierw kilkadziesiąt metrów biegu po prostej, przy prędkości ponad 40 km/h, bo bobslej zaczynał ciągnąć. Później trzeba było wskoczyć z trzema innymi gośćmi w odpowiedniej synchronizacji. Wszystko robiło się automatycznie. Pamiętałem każdy swój ruch.

Rodzina protestowała, kiedy oznajmiłeś, że przerzucasz się na dużo bardziej ekstremalny sport?

Na samym początku jakieś strachy były. Zwłaszcza u mojej mamy.

Na „You Tube” filmików z bobslejowych wypadków jest dużo…

U mnie, na szczęście, skończyło się tylko na poparzonych plecach. Inni nie mieli tyle szczęścia. Przeciążenia są duże. Wystarczy jeden błąd i jedziesz na głowie. Jeden chłopak miał złamany obojczyk, innego wyciągnęło z bobsleja. Nie mamy żadnych pasów. Trzymamy się ramy. Jak jest wywrotka przy 130 km/h to trzeba się utrzymać siłą mięśni. Jakiś czas przede mną z lekkiej atletyki do bobslejów przeszła wieloboistka (Agnieszka Borowska – red.). Miała na tyle poważny wypadek, że jest sparaliżowana od pasa w dół. Dużo zależy od pilota. Mateusz Luty startował od wielu lat, miał duże doświadczenie i chłodną głowę. Nowy pilot to trochę tak, jakby wstawić pierwszą lepszą osobę do Formuły 1 i powiedzieć: masz jechać na cały gaz, bez hamulca.

bobsleje

Powiedziałeś, że po letnich miesiącach imitacji przychodziła jesień i okres prawdziwej konfrontacji z lodem. Zdarzało się, że ludzie wymiękali? Że ktoś latem robił super czasówki, a na lodzie sobie nie radził?

Tak było. Jak stoisz na Siguldzie i widzisz, że meta jest pięć pięter niżej, to głowa zaczyna pracować. Nie wszyscy to wytrzymywali psychicznie. Lód to zawsze była weryfikacja. Ktoś, kto robił dobre starty na tartanie, nie zawsze potrafił pokazać to samo na prawdziwym torze. Przykładem może być Brytyjczyk Joel Fearon, który trafił do bobslejów ze sprintu. 100 metrów biegał rewelacyjnie, bo poniżej 10 sekund (9.96 – red.), ale pchając bobslej wcale nie robi najlepszych startów, a teoretycznie powinien.

Twoja historia jest jak z amerykańskiego filmu. W czerwcu 2017 pojawiłeś się na naborze, a niewiele ponad pół roku później byłeś już w kadrze na igrzyska w Pjongczangu… Przed bobslejami miałeś w ogóle jakiś kontakt ze sportami zimowymi?

Zdarzyło mi się zjechać parę razy z górki na sankach czy tak zwanym dupolocie (śmiech). To tyle. W lekkiej powyżej pewnego poziomu nie wejdziesz. W bobslejach, wystarczy, że jesteś w miarę dobrym sprinterem czy skoczkiem w dal i możesz powalczyć nawet o start na igrzyskach olimpijskich.

Jak wspominasz Koreę? Wywalczyliście z kolegami z drużyny, wysokie 13 miejsce, a po pierwszym ślizgu byliście nawet 7. Coś Cię zaskoczyło, jeśli chodzi o olimpijski klimat?

Moim trenerem w czasach lekkoatletycznych był Marcin Nowak (6 zawodnik polskiej listy ALL-TIME na 100 m, z życiówką 10.21 – red.). Tak się złożyło, że w Pjongczangu był kierownikiem misji olimpijskiej. Nie udało nam się pojechać na igrzyska letnie, ale los pozwolił nam się spotkać podczas igrzysk zimowych. Udział w igrzyskach to było spełnienie marzeń. Tym bardziej się cieszę, zakończyliśmy rywalizację w okolicach top 10. Zrobiliśmy historyczny wynik. Igrzyska mają szczególną atmosferę. To jest inna rywalizacja, niż na Pucharze Świata czy Europy. Klimat był bardziej przyjacielski. Z każdym można było usiąść i porozmawiać.

Po historycznym występie w Pjongczangu, dziś jesteśmy w takiej sytuacji, że Jamajka będzie miała bobsleje na igrzyskach w Pekinie, a Polska nie. Co poszło nie tak?

Po Pjongczangu nic nie zaczęło się zmieniać na lepsze. Trener (Łotysz, Janis Minins – red.) od nas odszedł. Zaczęliśmy się zastanawiać z resztą ekipy, co dalej? Mieliśmy możliwości, żeby dorzucić pieniądze od naszych sponsorów i pchnąć polskie bobsleje. W tym sporcie bez pieniędzy nie osiągnie się za dużo. Sam bobslej dla czwórki kosztuje około 100 000 euro. Buty to kolejne 500 euro. Jeden zjazd treningowy 40-50 euro. Pilot, zwłaszcza nowy, przed sezonem musi zrobić takich zjazdów około stu. Robi się z tego wielka kwota. Związek nie pozwolił nam jednak zaangażować naszych sponsorów, bo stwierdzono, że są to za małe pieniądze, żeby w ogóle był sens o nich rozmawiać. Przez pewien czas próbowaliśmy jeszcze walczyć, trenować, ale jak weszliśmy w sezon okazało się, że nic nie jest przygotowane, a związek nie ma żadnych planów. Nie wiadomo było, kto ma zostać pilotem po Mateuszu. Nas nie interesowało startowanie dla startów, ale chcieliśmy jeździć coraz lepiej i poprawić wynik z Pjongczangu.

bobsleje

Wydawało mi się, że PZLA ma nie najlepszą opinię wśród niektórych długodystansowców, ale jak przeczytałem Wasze wypowiedzi na temat Polskiego Związku Bobslejów i Skeletonu w artykule na sport.onet.pl, to tam dopiero padają mocne słowa. Z drugiej strony ludzie ze związku twierdzą, że „nigdy nie było tak dobrze”, a będzie jeszcze lepiej…

Właśnie trwa weryfikacja tego, co związek zrobił przez ostatnie 4 lata. W Pekinie nie będzie żadnej ekipy. Są saneczkarze, ale oni podlegają pod oddzielny związek. Czy nasz PZBIS miał jakiegoś skeletonistę w tym sezonie? Nie widziałem. Bobsleistę? Były pojedyncze starty w Pucharze Europy.

Według związku, po odejściu Mateusza Lutego byłeś przymierzany do roli pilota. Dlaczego nie wyszło?

To były nerwowe poszukiwania. Tego nie da się zrobić w grudniu, poprzez rzucenie: Arnold, będziesz pilotem. Sezon zaczął się w październiku, ja nie zrobiłem żadnych zjazdów na tej pozycji i mam nagle wskoczyć i jechać? Równie dobrze można byłoby wziąć osobę z ulicy. Tak to nie działa. Trzeba mieć plan. W 2017 roku, można powiedzieć, że trafiłem do bobslejów z ulicy, ale jako breakman, nie pilot. Pilota nie da się stworzyć w tydzień czy dwa. Należało odpuścić sezon, wyjechać na zgrupowanie i przygotować się porządnie do następnego. Raz daliśmy się przekonać i zjechaliśmy razem z Jakubem Zakrzewskim. Skończyło się na dwóch wywrotkach. Powiedzieliśmy, że dziękujemy. Pilot w bobsleju jest trochę jak pilot w samolocie. Siedzi za tobą kolega, przyjaciel. Jeśli nie jesteś odpowiednio przeszkolony, taka jazda to duże ryzyko i niebezpieczeństwo.

Wspomniałeś o zgrupowaniach w Czechach i na Łotwie. W Polsce z infrastrukturą do bobslejów nie jest kolorowo. Jest to o tyle smutne, że w latach 20-tych XX wieku tor w Szklarskiej Porębie cieszył się uznaniem świata. Nawet na jego podstawie miał powstać olimpijski tor w Lake Placid. Jak dzisiaj wygląda bobslejowa baza w Polsce?

Można odpowiedzieć krótko – nie ma bazy. Dla Łotyszy jest to sport narodowy, w Polsce jest to niszowa dyscyplina. W innych krajach, na przykład w Szwajcarii czy w Niemczech, każdy turysta może zjechać z profesjonalnym pilotem i zobaczyć jak to wygląda. U nas nie ma takiej infrastruktury i prawdopodobnie nie będzie.

Może mimo wszystko znajdą się w Polsce bobslejowi pasjonaci. Miałbyś jakąś radę dla sprinterów, którzy chcieliby podążyć Twoją drogą?

Chłodna głowa, dopóki nie wykonasz pierwszych startów. To, że szybko biegasz nie jest decydujące. Dopiero na lodzie przekonasz się, czy na pewno jest to sport dla ciebie. Zjazd jest widowiskowy, są przyjemne odczucia, ale nie każdy się odnajdzie. Sprinterzy muszą zrozumieć, że nawet, jeśli na bieżni zostawiają rywali daleko z tyłu, to wcale nie oznacza, że w bobslejach też będą najszybsi.

Krzysztof Brągiel
Krzysztof Brągiel

Biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.