philips
anita werner
23 sierpnia 2022 Redakcja Bieganie.pl Sport

Anita Werner i Michał Kołodziejczyk – W Rytmie Biegania [WYWIAD]


Adam Kszczot: Kiedy ostatnio Anito się widzieliśmy, mieliśmy okazję nagrywać odcinek dla TVN-u o Tokio, o przygotowaniach do Tokio, troszkę o patosie o tym, jak to wszystko przebiega. Wtedy jeszcze nie biegałaś.

Anita Werner: Wtedy jeszcze nie biegałam.

Adam Kszczot: 24  kwiecień roku 2020, jeśli dobrze pamiętam, w środku pandemii. Natomiast mówiłaś wręcz, że nie lubisz biegać.

Anita Werner: To prawda, tak było.

Adam Kszczot: Ale opowiadałaś też o takim momencie chyba. I tutaj mi się jawi taka myśl, że to jest moment, kiedy zaczęliście gdzieś troszkę mocniej podążać w kierunku sportu, a przynajmniej u Michała mogła się zarazić taka myśl coachingowa, treningowa. Opowiadałaś o tym, jak wybraliście się w góry i w połowie drogi nieco opadłaś z sił. – Nie mów do mnie teraz było kwestią, która też tam się pojawiła i to bardzo mnie urzekło, bo to świadczy o tym, jak fajne relacje ze sobą macie. Ale jaka myśl musiała się pojawić w Twojej głowie, że bieganie stało się faktem w twoim życiu?

Anita Werner: To było trochę tak, że brak możliwości uprawiania sportu przez epidemię, która wtedy się rozszalała w Polsce i na świecie spowodował, że zaczęliśmy z Michałem myśleć o tym, co tu ze sobą zrobić. I był to czas lockdownu. Był to czas siedzenia w domu. Był to czas spędzania czasu w sposób, do którego raczej nie byliśmy do tej pory przyzwyczajeni, bo obaj jesteśmy dosyć aktywni. No i co? Zamknięte były siłownie, zamknięte były baseny, wszystko było zamknięte. To co tu zrobić? Najlepiej pójść do lasu i pobiegać. Las wtedy był dostępny i taki pomysł się zrodził. Już nawet nie pamiętam, w jaki sposób ten pomysł został zrealizowany, ale tak się stało, że poszliśmy do lasu, zaczęliśmy biegać. Ja wiedziałam, że Michał jest dobry w bieganiu, bo wcześniej zdarzało mu się trenować, biegać, a ja całe życie nie znosiłam biegać. Zadziałał mój charakter i zadziałał chyba mój znak zodiaku, czyli baran, który jest ambitny i mój charakter, który lubi rywalizację i nie znosi okazywania słabości podczas rywalizacji.

Anita Werner: No i jak się okazało, że za pierwszym razem nie byłam w stanie przebiec 3 km, a właściwie przebiegłam chyba…Ile przebiegłam wtedy?

Michał Kołodziejczyk: 2600 m.

Anita Werner: 2600 m. i po prostu zdechłam. Po prostu odcięło mi prąd, odcięło mi zasilanie. To wtedy weszło mi to na ambicję i w ten sposób się to zaczęło. To znaczy postanowiłam być jeszcze lepsza i krok za krokiem doskonalić się w tym, żeby nie okazywać się takim miękiszonem.

Michał Kołodziejczyk: Wiecie co, takie uzupełnienie. To jest tak, że jak coś tracisz, nawet jeśli z tego nie korzystasz, tracisz możliwość, to kiedy znowu ją zyskujesz, to nadrabiasz. My mieszkaliśmy blisko lasu i nie bywaliśmy w tym lesie za często. Natomiast kiedy go zamknęli, a później znowu otworzyli, to wtedy poszliśmy do lasu. To wtedy, kiedy znowu można było pójść do lasu. Pomyśleliśmy, że trzeba korzystać z tego, że las jest otwarty, jest obok nas. Można tam było nie być wcześniej przez rok, ale jak nam zamknęli, to poczuliśmy się, jakby nam coś odebrano.

Kuba Pawlak: Anita, ja mam pytanie takie poza protokołem trochę. Adam nie słuchaj teraz proszę, bo mówicie o tym programie, to się nazywało „Tokio, ocena sukcesu”, prawda? Czy jak rozmawiałaś z innymi sportowcami i dostałaś na tle tutaj ich Adama, to widziałaś taką iskierkę w oku, że dzisiaj możesz wystąpić w roli przepytywanej przez niego, a nie na odwrót?

Anita Werner: Absolutnie. Oczywiście, to w ogóle mi nie przyszło do głowy. No, to był zupełnie inny czas. Adam był wtedy też na innym etapie swojej sportowej kariery i dla mnie to było ogromne przeżycie móc Ciebie spotkać osobiście. I móc z Tobą porozmawiać. Pamiętam, że bardzo dużo z tej rozmowy wzięłam dla siebie. Nie wiem, czy Ty w ogóle sobie zdajesz sobie z tego sprawę, że bardzo dużo takich rzeczy dotyczących sposobu przerabiania w głowie, pewnych właśnie wyzwań, radzenia sobie z bólem podczas treningu, ze słabością fizyczną organizmu. To były takie rzeczy, o których rozmawialiśmy, które ja zapamiętałam. Pamiętam jedno hasło, które gdzieś tam bardzo regularnie do mnie wraca. Jeżeli już czujesz, że nie możesz, to znaczy, że możesz dwa razy tyle. To, co zapamiętałam, to Ty mi powiedziałeś.

Michał Kołodziejczyk: Drugie tyle.

Anita Werner: Drugie tyle. Tak, tak.

Michał Kołodziejczyk: Też to często powtarzasz. Jeszcze cały czas się przechyla do przodu, mówiąc, że Kszczot jej powiedział, że im bardziej się nachyla do przodu, tym mniej energii to kosztuje.

Anita Werner: Widać z brzucha trzeba ciągle.

Michał Kołodziejczyk: Tylko tłumaczę Anitce też, że przy 800 m pochylanie się do przodu może być troszkę łatwiejsze niż pochylanie się do przodu przez 20 km, bo może tego mięśniowo nie wytrzymać.

Kuba Pawlak: Wyglądasz jakbyś się czerwienił.

Adam Kszczot: To dobrze, że mam taką obfitą brodę, ale to jest prawda, że można drugie tyle wytrzymać. Z drugiej strony pochylanie do przodu to jest domena maratończyków, czyli generalnie da się to wytrzymać, ale wymaga to wkładu pracy, treningu. Za wami wiele, tak naprawdę upłynęło, po 1000 km rocznie. Znalazłem gdzieś w deklaracji Instagramowej przebiegnięte.

Kuba Pawlak: Ale 200 w ostatnim miesiącu, więc to już zaraz będzie nieaktualne.

Adam Kszczot: Absolutnie. To już będzie nieaktualne. Zapowiedź kolejnych, coraz dłuższych dystansów. Za Wami 22 km, ale to wszystko zaczęło się od chce się powiedzieć pewnego mitu, bo mnie bardzo urzekła ta opowieść, którą miałem okazję obejrzeć w „Dzień Dobry TVN”. Okazuje się, że biegałaś oddychając nosem i Michał jako człowiek obserwacji, dziennikarz piłkarski od lat wyniuchał, że tutaj dzieje się coś bardzo niedobrego.

Anita Werner: Uratował mi życie.

Michał Kołodziejczyk: Otworzyłem buzię.

Anita Werner: No to opowiadaj.

Michał Kołodziejczyk: Nie, proszę, proszę, to Ty nie oddychałaś.

Anita Werner: Ale z Twojego punktu widzenia to jest historia. Ja sobie z tego nie zdawałam sprawy. Oddychałam nosem, bo moja mama zawsze mnie uczyła tego, że trzeba wpuszczać, wdychać powietrze nosem, wypuszczać ustami. I zawsze byłam tego uczona w domu. I pamiętam też, jak spałam z otwartą buzią, to moja mama przychodziła i mi zamykała tę buzię później. Tak było. Licząc na to, że to jakoś mi się zapamięta i tak też tak to zapamiętałam. I rzeczywiście biegłam, oddychałam nosem.

Michał Kołodziejczyk: To miało swoje plusy, ponieważ w domu czasami jej się buzia nie zamyka, a tutaj przez cały bieg zamknięta.

Anita Werner: Ale wtedy Michał zwrócił na to uwagę i od razu też użył autorytetu Anity Włodarczyk, z którą się przyjaźnimy.

Michał Kołodziejczyk: Wiedziałem, że nie będzie wiary od razu w to, że tak ma być, ponieważ ja kontra mama wystąpiłem, więc było wiadomo, a mama mi mówiła, że trzeba oddychać nosem, więc mówię to może zadzwonisz do Anity Włodarczyk i się zapytasz. Anita w biegach nie jest za mocna.

Anita Werner: Ostatnio jest.

Michał Kołodziejczyk: Powiedziała, że raczej wszyscy sportowcy, dla których oddech jest ważny, a w każdym sporcie jest ważny, oddychają ustami, bo jesteś w stanie dostarczyć większej ilości tlenu w krótszym czasie. Zadziałało. Następnym razem, bo chyba już z 5 km.

Adam Kszczot: Ja dostrzegam ogromny potencjał i nie bez kozery Jesteś szefem sportu w Canal+, bo to są ogromne umiejętności miękkie przejść tak od razu – ok, dobra, to wyznaczamy grube działa, dzwonimy do Anity.

Michał Kołodziejczyk: Prawda? Ale miałem jeszcze jeden sposób. Któregoś dnia powiedziałem, że dzisiaj biegniemy 10 km. To było, powiedzmy po dwóch miesiącach wspólnego biegania. Jest to jakaś bariera psychologiczna. Już widziałem nerwy, ale jak 10 km, ale to dwa razy po 5 km. Wiedziałem, że wtedy nastąpi ryzyko zakończenia biegu po 5 km. Więc mówię nie. Całą dyszkę w Kabatach dookoła. Mówię – a mówiłaś Anicie Włodarczykowej, a mówiłaś Magdzie Piekarskiej o tym, że będziesz dychę biegła. Zadzwoniła do jednej, zadzwoniła do drugiej. Biegniemy przy 6 km i widzę nadchodzący kryzys. Narzekanie zaczęło się przy 7 km. I mówię – no dobra,to możemy stanąć tylko jak ty teraz zadzwonisz do dziewczyn i powiesz im, że nie ukończyłaś. Słuchajcie, goniłem te ostatnie 3 km., żeby przypadkiem nie musiała przyznać się do porażki.

Anita Werner: Doskonale mnie zna i wie jak mi wejść na ambicję, ale chciałabym tutaj zaznaczyć jedną rzecz, mówimy o mnie, a ja chciałam powiedzieć, że Michał to jest po prostu maszyna nie do zdarcia. On sobie biegnie jak kozica górska i to mnie najbardziej wkurza. Po prostu jak wiecie, biegnie i ja też obok niego biegnę. Ja czuję, że już nie daję rady. Jestem na jakimś etapie biegu, gdzie po prostu już wypruwam flaki z siebie. Oddech mam ciężki, patrzę na niego, a on po prostu wiecie, biegnie leciutko, ma w tym przyjemność. I pytam go jeszcze kochanie, jak tam? A On mówi wyśmienicie, i myślę sobie grr…Jak to wyśmienicie? Jak ja się czuję tak źle, w związku z czym działa mi to na ambicję.

Michał Kołodziejczyk: Ja naprawdę dwadzieścia lat jeździłem ze sportowcami wszędzie. Zimy to była Chiclana de la Frontera, Kadyks, Faro, tamte rejony fantastyczne, Albufeira. Dużo w pracy dziennikarza też związanego z piłką nożną. Dowiedzieć można się od lekarza np. wtedy, kiedy bada, masuje, więc też wiem, co boli, kiedy boli, jak boli, dlaczego niektórzy wchodzili po schodach tyłem po treningach i przy których trenerach to było. Ta praca z Anitą była wyzwaniem też, bo  wydaje mi się, że znam jej charakter i wiedziałem, że kiedy tylko dojdzie przeciwnik, to start będzie na trzy minuty na kilometr, a bieg ma mieć 15 km. I wiem, że go nie dokończymy. To nawet w lesie kiedy ktoś się tylko pojawia, to ja już widzę, że jest przyspieszenie tempa, bo nie można wtedy przecież dać się wyprzedzić, mimo że biegnie 20-letni, wyżywołany facet, to można się przecież do niego podłączyć, a może go za chwilę wyprzedzić. Pierwszy start jakikolwiek o punkty, to było trzymanie, nie chcę brzydko powiedzieć na sznurku, ale po prostu hamowanie co 10 sekund mówiłem wolniej.

Kuba Pawlak: Nie bez kozery mówi się, że najlepiej technikę biegową poprawia biegacz z naprzeciwka albo fotograf. Tak, że to by się zgadzało, ale wyraźnie tutaj już zaznaczyliście, że jest między wami taki podział ról, coach tutaj 2600, a nie 3. Mimo, że to było dawno temu, więc chciałem się was zapytać, jak to wygląda z waszych perspektyw, bo wbrew pozorom to nie jest takie oczywiste. Ja znam dość dużo biegających par i często gęsto to są osoby, które owszem, mają tą samą pasję, ale zazwyczaj na co dzień nie biegają razem. Jest nawet taki mem krążący w sieci, jak taka uśmiechnięta para sobie biegnie. Jest napis to moglibyśmy być my, gdybym nie był taki szybki. Mega rewelacja. Oczywiste jest, że my mężczyźni jesteśmy bardziej predestynowani do trochę szybszego biegania, jeżeli nawet robimy trening podobny, więc pytanie, jak to jest z męskiego punktu widzenia schować trochę ambicję w kieszeń i zaopiekować się tą drugą osobą? I z drugiej perspektywy, jak to jest cały czas gonić?

Michał Kołodziejczyk: Z mojej bardzo wygodnie. To znaczy każdy niedostatek mogę tłumaczyć tym, o czym powiedziałaś. Haha, czyli jestem tak samo zmęczony, ale mówię kochanie, biegłem tak wolno no, bo ty.

Anita Werner: Tak jest. Jesteś ode mnie o wiele lepszy i ja jestem wpatrzona jak w obraz w trenera po prostu mojego osobistego.

Michał Kołodziejczyk: W trenera gwiazd.

Anita Werner: Którym Michał jest, jeśli jestem zadaniowa, więc wykonuję zadania.

Michał Kołodziejczyk: Słuchajcie! Nie wyszedłbym 5 razy w tygodniu biegać gdyby nie Anita. Nie zmobilizowałbym się sam. Dodatkowo bardzo wiele spraw jesteśmy w stanie przegadać, bo też gadanie w czasie biegu już następuje.

Anita Werner: Oczywiście przy wolniejszym tempie, bo ja przy szybszym nie daję rady.

Michał Kołodziejczyk: Tak, ale kiedyś nie gadałaś w ogóle, a teraz już jest połowa spraw omówionych. Mamy oboje dość absorbujące prace, więc gdybyśmy mieli spędzać półtorej godziny jeszcze osobno, najpierw jedna, potem druga osoba, byłyby to trzy godziny bez widzenia siebie. Szkoda życia, trzeba biegać razem i wykorzystywać ten czas, kiedy można być razem na coś, co się razem robi. Jesteśmy osobami, które działały całe życie. Mając cel łatwiej nam było pewne rzeczy osiągać. Teraz też mamy cel. Wyjechaliśmy do Stanów, do Miami na parę dni i okazało się, że za bardzo nie ma tam czym oddychać. A wieczorem jest jeszcze gorzej, bo tak jak za dnia jest 25, to wieczorem są 24 stopnie, ale powietrze jest jeszcze bardziej nagrzane. W związku z tym na urlopie wstawaliśmy o godzinie 05:30 po to, żeby o 06:00 zacząć biegać. Uważam nieskromnie, że mało par stać na taki sposób spędzania urlopu. To jest pięć dni w tygodniu na siedem. Musi lać albo czasem ból głowy, ale taki dramatyczny, który nie pozwala na ruch. 

Anita Werner: A ja muszę powiedzieć, że fantastyczne jest to, jak nawzajem się inspirujemy, bo tak naprawdę nawzajem ciągniemy się za uszy. Są takie sytuacje, kiedy jednemu z nas np. się nie chce, po prostu nie zawsze się chce. Doskonale wiecie, jak to jest. Czasami się nie chce i to po prostu strasznie się nie chce. I wtedy jakoś tak się dzieje, że bez pytania automatycznie ta druga osoba jakoś motywuje, wyrywa do przodu, ciągnie. Właśnie wyciąga tak naprawdę z domu tą, której się nie chce. I to jest różnie. Raz się nie chce mnie, raz się nie chce Michałowi i to fantastycznie działa. Właśnie jak razem się inspirujemy. I ja myślę, że też to działa, że chcemy przed sobą nawzajem pokazać, że dajemy radę. I to jest też fajne. I to się kończy właśnie tym, że nawet jak jest gorszy dzień, to się mobilizujemy i idziemy biegać. Jest jeszcze jedna rzecz, że mamy takie poczucie. Ja mam takie poczucie, że tyle już pracy włożyliśmy w to, tyle kilometrów przebiegliśmy, mamy taki poziom formy, że zawsze, jak mi się nie chce, to sobie myślę kurczę, odpuszczę jeden trening i później ta forma już nie jest taka, tylko już jest niżej. To po co to? To w takim razie idźmy za tym. W związku z czym to też działa na psychikę, a jeżeli chodzi o zaopiekowanie, o które Kuba pytałeś, Michał jest w tym świetny i doskonale się mną opiekuje. Doskonale wie, kiedy mi powiedzieć coś co mnie zmobilizuje żebym jeszcze dała radę do mety.

Michał Kołodziejczyk: Śpiewam czasami.

Anita Werner: Tak, do mety, czyli do tego czasu, który mamy przeznaczony albo też do tej odległości, którą mamy przeznaczoną do biegania. A jak jestem w trochę gorszej formie, to też wie, jak do mnie przemówić i przyjmuję ze spokojem wszystkie sytuacje, które się dzieją. Czego się śmiejesz?

Michał Kołodziejczyk: Ładny eufemizm.

Adam Kszczot: Ja bym takie tylko dwa słowa wtrącił do tego, co mówicie, bo widać, że darzycie się wielkim szacunkiem, zaufaniem. Zachęcam do obserwowania was zarówno razem w pakiecie, jak i pojedynczo na social mediach. Michal_kolo1  – „Dziękuję ci za to, że kiedy wczoraj podczas biegu miałam kryzys i pytałam cię, jak tobie się biegnie, powiedziałeś radośnie – super. Wtedy nieoczekiwanie spłynęły na mnie nowe pokłady sił”. O co można prosić więcej właśnie w takiej relacji biegowej, bo to jest dla mnie po prostu szczyt, jaki można osiągnąć. Kiedy wy mówicie to, co mówicie dziś tutaj z nami, ale tego jest mnóstwo tak naprawdę w waszych social mediach.

Michał Kołodziejczyk: Social media, jeśli są po coś, mówię o innych rzeczach niż próżność, która w każdym z nas w jakiejś części występuje i jeśli są stworzone po coś innego niż akcje społeczne, nie wiem, protestujemy przeciwko czemuś, jakieś ważne rzeczy. Mówię o rzeczach mniej ważnych od tych naprawdę ważnych. Są doskonałym motywatorem do każdego treningu. Ludzie kiedy chwalimy się naszymi wynikami, które na początku wcale nie były w żaden sposób imponujące, kiedy przestawaliśmy wrzucać na storiesy kolejne nasze zdjęcia pisali – coś dawno nie biegaliście, a kiedy biegacie? To znaczy tak, pewnie jest to chwalenie się naszą aktywnością, ale z drugiej strony ja to traktuję jako promowanie zdrowego trybu życia, ale też sam na siebie zakładam takie jarzmo, że jak nie pobiegnę znowu, to ten ktoś, dla kogo może jestem w jakimś stopniu motywacją, zobaczy i powie – a on też odpuszcza.

Anita Werner: Ja się strasznie cieszę, że mnóstwo kobiet do mnie pisze, że czerpią z tego naszego biegania, z tego mojego biegania inspiracje.  Jeżeli to właśnie ma motywować, inspirować to moje bieganie, to cieszę się, bo powoduje, że wiele kobiet postanawia postawić na sport, postawić na zdrowie, postawić na ruch i próbować w tym się jakoś tam doskonalić, bo to jest przekazywanie dalej czegoś dobrego, aktywności, która jest dobra dla zdrowia, która może nam pomóc i w uzyskiwaniu odporności i w ogólnym zadowoleniu z życia. I z tego się bardzo cieszę.

Kuba Pawlak: Może źle źrozumiałem, bo mi się jedno nie klei w tej historii. Też apropo Instagramu i apropo tego, co powiedzieliście, że podbija waszą motywację i że nie lubicie robić przerw. Ty Anita powiedziałaś, że czujesz wtedy jak ta forma ucieka, a przy okazji informacji o czwartym twoim półmaratonie napisałaś, że ponownie przygotowywałaś się od zera. Czy to znaczy, że wpisujesz się w taki schemat, że do zawodów rośnie forma, a potem jest basta i dwa czy trzy tygodnie i nic?

Anita Werner: Zimą nie biegamy. Ja jakoś mam lęk, że się przeziębię w moim przypadku. Rzeczywiście kilka razy tak było, że jednak niższa temperatura powodowała, że ja od razu miałam przeziębione gardło i mam wrażliwe górne drogi oddechowe. Rzeczywiście tak się to kończyło i do tej pory nie biegaliśmy zimą.

Michał Kołodziejczyk: Można podjąć ryzyko, kiedy nie ma to wpływu na pracę zarobkową, na nasz zawód. Anita pracuje głosem i mnie pozostało w tym momencie tylko zaakceptować to, że nie biegamy zimą, bo się przeziębi. Musimy być odpowiedzialni też za firmy, które nam zaufały.

Anita Werner: Oczywiście przeziębiamy się, także i bez zimy. Natomiast rzeczywiście te zimowe bieganie, przerwa jest na zimę i później wracam rzeczywiście od zera, bo przez zimę ta forma już się jakoś tam zeruje.

Michał Kołodziejczyk: 9 – 10 stopni Celsjusza.

Anita Werner: Chociaż parę osób mi już powiedziało, że zimą biega się super albo też napisało to na Instagramie.

Michał Kołodziejczyk: Myślę, że będą kolejne motywacje do tego, żeby zimą biegać. To znaczy dużo fajnych imprez jest wiosną, na które kompletnie nie jesteśmy przygotowani. Właściwie większość jest wiosną, bo jesienią, jeśli chodzi o półmaratony, maratony, to zostaje teraz Warszawa i półmaraton. To po pierwsze. Po drugie Gdańsk był teraz wiosną. Kraków wiosną, Poznań wiosną, więc jeśli chcemy biegać w różnych miejscach, to zimą musimy zacząć trenować. To jest dla tych, którzy trenują zimą. Tak, bo my nie jesteśmy w stanie się przygotować na marcową imprezę w miesiąc.

Adam Kszczot: To rozumiem, że solidarnie nie biegasz zimą.

Michał Kołodziejczyk: My tylko razem trenujemy. To znaczy nawet jeśli jedną osobę boli głowa, to druga nie idzie biegać.

Adam Kszczot: To jest pełna solidarność.

Anita Werner: Pełna solidarność absolutnie.

Kuba Pawlak: A czy to znaczy, że nieprzygotowani nie startujecie? Ja mam was oczywiście, tylko obrazek taki, który widzę przez media, ale żeby nie zabrzmiało to zbyt cukierkowo, ale za takich bardzo profesjonalnych w swojej pracy. I zastanawiam się, czy podobnie profesjonalnie podchodzicie do swoich pasji typu bieganie i również np. nie wystartowalibyście w zawodach, gdybyście nie byli do nich przygotowani, tak na zasadzie przeczłapać sobie.

Anita Werner: Tak, absolutnie tak. Nasz charakter i nasz chyba taki etos pracy, nie tylko zawodowej nam na to nie pozwala. To znaczy, jeżeli coś robimy, to robimy na 100 %, nie robimy fuszerki. Oboje tacy jesteśmy, charakterologicznie także. Poza tym też oboje mamy tak, że w swoim życiu bardzo ciężko i długo pracowaliśmy, zdobywając doświadczenie, rozwijając się zawodowo i też oboje tacy jesteśmy, że zawsze jak coś robimy, to jesteśmy dobrze przygotowani i w pracy i nie w pracy, więc absolutnie odpowiem na to pytanie twierdząco. Jeżeli byśmy nie byli przygotowani, to byśmy nie startowali, prawda?

Michał Kołodziejczyk: Była kiedyś taka sytuacja Anita wróciła z którejś z rozmów, nie pamiętam, z której. Umówmy się po 20 latach w pracy można mieć asystentów, można mieć kogoś, kto chce się przy tobie uczyć. Odebrałem Anitę z lotniska, była godzina 22:00 i powiedziała – musimy jechać teraz do TVN-u, bo ja muszę przejrzeć surówki z tego wywiadu, żeby wybrać coś na zapowiedzi do Dzień Dobry TVN itd. To nie był początek naszego związku, to już było po jakimś czasie i tak byłem zdziwiony, że na tym etapie kariery zawodowej nie oddaje się tego stażyście. Ja mam tak samo, ale że nie oddaje się tego stażyście i nie oddaje się tego komuś, do kogo nie ma się zaufania. Ewentualnie do kogoś, kto mógłby odciążyć o  tej 22:00, albo przynajmniej dobra, jest 22:00 jadę do domu spać, zajmę się tym jutro. Nie, to było tak, że pojechaliśmy do TVN-u. Ja stałem nad Anitą, a ona siedziała nad komputerem i wybierała te fragmenty. To jest imponujące i motywujące też. Jak czasami chce się odpuścić gdzieś, czy w pracy, czy w bieganiu. Tych wyzwań jest naprawdę dużo. Do wszystkiego można podchodzić wyzwaniowo.

Adam Kszczot: Jestem pełen podziwu.

Anita Werner: Dobrze powiedziałam, że gdybyśmy nie byli przygotowani to byśmy nie startowali.

Michał Kołodziejczyk: W ogóle mieliśmy bardzo dużo obaw przed pierwszym półmaratonem. Pierwszy to był 2 godziny 19 minut. W pierwszym zawsze chodzi o to, żeby skończyć, ale nie mogło być gorzej. Była ulewa, wichura i jak skończyliśmy, to powiedziałem – kochanie, już nigdy gorzej nie będzie, bo to jeszcze w Gdańsku przy stoczni. Głowę urywało.

Anita Werner: Ja byłam cała kompletnie mokra po tym półmaratonie. To znaczy ta ulewa była taka, że ja nie miałam naprawdę tak jak w przysłowiu suchej nitki, po prostu wszędzie chlupało w środku. Miałam całe mokre ubranie.

Michał Kołodziejczyk: Jakbym miał wycieraczki samochodowe, to chętnie bym je sobie założył przed twarz , bo nic nawet nie widziałem momentami.

Anita Werner: I wiatr w twarz cały czas.

Adam Kszczot: To jest coś co was nie zniechęciło do jakby aktu biegania czy was zahartowało wręcz?

Michał Kołodziejczyk: Hasło, że nie może być gorzej też działa.

Adam Kszczot: Też działa, absolutnie tak, więc to było moje kolejne pytanie. Czy to gdzie tu jest klucz, żeby po takim traumatycznym, bo to trzeba nazwać już traumatycznym doświadczeniem, kiedy przez cały półmaraton pada ci, wieje? To jest daleko od komfortu.

Anita Werner: A dla mnie to było też takie poczucie, że jestem kobietą po czterdziestce i zrobiłam coś, co mi ktoś powiedział parę lat wcześniej, że zrobię to bym popukała się w czoło, powiedziała, że to jest niemożliwe i nagle się okazuje, że kobieta po czterdziestce jest w stanie od zera przygotować się do takiego poziomu, żeby przebiec 21 z hakiem kilometrów. I dla mnie to było niesamowite, jeżeli chodzi o moje poczucie takiego wysiłku, celu osiągniętego i treningu.

Adam Kszczot: A przygotowania trwały zaledwie trzy miesiące, no bo to oczywiście po zimie, prawda?

Michał Kołodziejczyk: Tak, to było po zimie.

Adam Kszczot: Ja bardzo was podziwiam za etos pracy i mieliśmy okazję też prywatnie porozmawiać o tym, jak podchodzicie do pracy, jak wiele wyzwań sobie stawiacie, jakie cele ambitne sobie wyznaczacie w ogóle w pracy, mimo doświadczenia, które stoi za wami, latami doświadczeń. Ale jak to jest z ambicjami w bieganiu? Bo te ambicje to się przebijają troszkę przez tę rozmowę. Te ambicje dają się tutaj namierzyć. Jednym z wpisów też – „Czuję się beznadziejna”. Anita, jak to jest, kiedy bieganie troszeczkę nie jest po naszej myśli, kiedy przychodzi gorszy dzień, kiedy nie wszystko się sprawdza, czy te myśli są uniwersalne? Czy one wam towarzyszą też w życiu? Czy jeden do jednego przenosi się na życie zawodowe, na życie prywatne, bo potem dojdziemy do tego na odwrót. Bieganie pozwoliło wam jak spojrzeć na życie swoje prywatne i zawodowe?

Michał Kołodziejczyk: To jest tak, że wczoraj było np. fatalnie, a i tak czuję się dobrze z tym. Wczoraj miałem tętno 176 przy biegu, strasznie duszno było i jak kończę taki bieg, to pamiętasz, co powiedziałem? Że i tak jestem zadowolony, bo mimo 25 stopni wtedy wyszliśmy pobiegać. Zaczęliśmy i dokończyliśmy tę godzinę. Nie, nie był to rekord. Mieliśmy zrobić w godzinę 10 kilometrów. Zrobiliśmy 9750 m, ale się nie ścigamy z nikim. Warunki były jakie były. Marudziliśmy, ale zrobiliśmy swoje. Wydaje mi się, że też pokazywanie w mediach społecznościowych tego, że czasami jest gorzej i że poczucie -byłam beznadziejna, to też jest pokazywanie tego, że nie jest się robotem, że każdy sportowiec ma prawo do gorszego dnia i każdy ma prawo na treningu zwymiotować, ale to wszystko jest po coś. Są momenty bardzo trudne, nawet z włosami w oczach, to 18 km jak robiliśmy, to nie był twój dzień, wtedy podnoszę ją i mówię – a teraz sobie zapamiętaj tamten moment, jak będziemy biec i będziemy biec na czas gdzieś i będzie ci bardzo ciężko i będziesz myślała, że jesteś nieprzygotowana, to pomyśl sobie, że dzisiaj skończyłaś 18 km, chociaż od 14 km płakałaś. Albo jak właśnie jest straszny wiatr, straszny upał albo jest 05:00 rano. Tak w tym Miami, jak wstaliśmy raz o 05:00, to też mówiłem jak nie będziesz wierzyła w siebie któregoś dnia idąc na zawody, to sobie przypomnisz, że wstałaś o 05:00 rano na urlopie. To powinno dodawać sił, że byłaś tak nienormalna, żeby wstawać o 05:00 rano na urlopie.

Adam Kszczot: Czy to jest szaleństwo?

Michał Kołodziejczyk: Nie, to jest dbanie o własny komfort. Jak masz pracę i przyjdziesz do pracy trzy godziny wcześniej po to, żeby się przygotować, przejrzeć wszystkie notatki, sprawdzić ustawienie kamer, sprawdzić make up, zrobić go wcześniej, później zrobić poprawkę, to zdejmujesz z siebie stres w czasie programu, bo możesz przyjść pół godziny przed programem. Zwłaszcza z takim doświadczeniem 20-letnim, czy Anita czy ja, usiąść i być może się uda, a nawet powiedzmy, że się uda, ale wiecie, ile to stresu więcej kosztuje? Dużo więcej stresu to kosztuje.

Kuba Pawlak: Już wiem, co Adam tutaj dzisiaj od południa robił.

Michał Kołodziejczyk: No, ale tak samo jest z przygotowaniem do biegu. Im mocniej się przygotujesz, tym więcej stresu z siebie zdejmujesz w dniu startu. Bo jak idziesz na egzamin maturalny i wiesz, że opracowałeś pytania, tylko ja miałem dwadzieścia dwa lata temu maturę, nie wiem czy dalej to tak wygląda, było tam 350 pytań. Jak wiedziałem, że na wszystkie 350 pytań znam odpowiedzi, bo się przygotowałem, to szedłem bez stresu. Stres tam się pojawiał, że komisja może zemdleje albo coś w tym stylu. Jak idziesz na bieg i myślisz sobie, jeśli co tydzień biegam 18 km, to czy 27 km jest dla mnie wyzwaniem? No nie, nie jestem zawodowym sportowcem, chcę to skończyć, ale np. półmaraton we Wrocławiu ostatni, no to Anita w swojej kategorii wiekowej to w ogóle było wow. Już teraz nie pamiętam, 141 była, a tam startowało 8 tysięcy ludzi i wiem, że to nie było trzecie miejsce, czy piąte czy pierwsze. Broń Boże, jak patrzymy też na naszych znajomych sportowców albo z nimi gadamy i oni np. mówią o czasie to Dawid Tomala chodzi szybciej niż my biegamy. No to już bądźmy poważni. Jeśli my przez 15 km we Wrocławiu mamy średnie tempo 5.50, to dla nas jest to fantastyczny wynik. Po czym wrzuca Dominika Stelmach na informację, że dzisiaj biegała sobie truchtem 30 km w fatalnym tempie 4.20.

Anita Werner: I wtedy patrzymy po sobie i mówimy – aha.

Kuba Pawlak: Tutaj gościem naszym był Robert Korzeniowski i on chodził 50 km, tu jest napisane 3.36. To jest dokładnie to o czym mówicie.

Michał Kołodziejczyk: Nie ma czym się chwalić. W ogóle jestem zażenowany, że wy Nas wypytujecie o bieganie, bo to jest straszne. Tak jak szliśmy do „Dzień Dobry TVN” i poproszono nas, żeby wziąć medale. Powiedziałem, że w życiu nie bierzemy żadnych medali.

Adam Kszczot: Dlatego my mamy swoje.

Michał Kołodziejczyk: Kotku, pójdę do pracy i koledzy się ze mnie będą śmiać. Ja mam tam zacharów – Marcin Rosłoń, facet dookoła przebiegł 250 km albo jakieś rzeźniki biegają, a ja sobie truchtam.

Adam Kszczot: Ale truchtasz całe życie.

Michał Kołodziejczyk: No tak, powoli do celu.

Anita Werner: Poza tym dzisiaj też mówiliśmy, że kurczę, mistrz świata będzie nam zadawał pytania o bieganie. Przecież to jest zawstydzające dla nas, że w ogóle nas o to pyta.

Adam Kszczot: To wstydzimy się po obu stronach, bo tak wspaniałych gości, dziennikarzy utytułowanych, z niesamowitymi nagrodami na koncie i doświadczeniem i zadawać pytania, uwierzcie mi, dłonie są spocone.

Michał Kołodziejczyk: To chodź się zamienimy i będziemy cię pytać o bieganie.

Anita Werner: Ale też pamiętam, jak mi mówiłeś przy okazji nagrania odcinka do programu „Tokio – cena sukcesu”, o tym właśnie, że bieganie płotków jest podstawą treningu, to też zapamiętałam. Zapamiętałam też właśnie, że potrafi organizm nie dać rady po ciężkim treningu, że można wymiotować, że może być niedobrze,  powiedziałeś o pomroczności jasnej przed oczami. Wszystko to pamiętam.

Adam Kszczot: Niesamowite.

Anita Werner: Pamiętam też jak mnie uczyłeś ustawienia do startu. I to wszystko było niesamowite i ćwiczenie jaskółki.

Adam Kszczot: Tak, jest taka forma jaskółki. To ćwiczenia, kiedy jeszcze odblokowujemy panewkę biodrową.

Anita Werner: No więc tak, to była jaskółka.

Michał Kołodziejczyk: Też nie chciałbym wypowiadać się w charakterze jakiegoś trenera, ale uważam, że Anita, gdyby nie była dziennikarką, to kariera w sporcie była by przed nią wielka.

Kuba Pawlak: A jaką cechę by się od Niej wziął jako od biegaczki do siebie?

Michał Kołodziejczyk: Od biegaczki? To upór zdecydowanie i waleczność. Ja bym czasami biorąc pod uwagę różne okoliczności przyrody, po prostu powiedział, że pobiegam jutro. Natomiast w tym przypadku jakby, nie wiem, w którymś momencie ja się gniewam, bo widzę, że zaczynamy tempo marszowe 6:48, więc biegnę specjalnie, wiecie jak to jest, biegniesz 20 m przed kimś i mówisz na dobra teraz trochę na nią poczekasz, zwalniasz i widzisz, że ona też zwalnia. Wiem, że jakby stanął, to by zaczęła iść do tyłu, żeby pokazać, że za szybko biegnę. Rozumiecie, ten upór i waleczność, że mimo wszystko za mną biegnie. Anita ma fenomenalną koordynację ruchową, 1.83 m na parkiecie.

Anita Werner: Powiedział ten, który nie ma koordynacji. Ty też masz świetną koordynację ruchową.

Michał Kołodziejczyk: Ja uważam, że, sporcie indywidualnym przy takich parametrach fizycznych i przy takiej głowie Anita spokojnie mogłaby odnieść sukces w zawodowym sporcie. Nie poszła w to i bardzo dobrze, odnalazła się gdzie indziej, jest najlepsza w tym, co robi. Natomiast jak nie umiała jeździć w ogóle na łyżwach, na rolkach i mnie to wychodziło zawsze świetnie, więc powiedziałem idziemy na łyżwy, założyliśmy łyżwy i nauczyłem Anitę jeździć na łyżwach. Teraz mamy rolki.

Anita Werner: Michał tak jeździ na łyżwach i na rolkach, że naprawdę.

Michał Kołodziejczyk: Kiedyś jeździłem. Tak, to prawda. I na rolkach tak samo.

Anita Werner: Wstyd mi było wyjść na tę taflę lodowiska.

Kuba Pawlak: Przeplatanka tyłem, te sprawy.

Michał Kołodziejczyk: Była, ale trochę obciach był z tym hamulcem w rolkach, więc jak odkręciłem.

Anita Werner: I od tego czasu nie wiem jak się hamuje.

Michał Kołodziejczyk: Już możesz mieć te wszystkie ochraniacze.

Adam Kszczot: Pozbywamy się wszystkich hamulców.

Michał Kołodziejczyk: Ale mamy wiesz na kolana. Znaczy Anita ma na kolana, na łokcie, kask, a ja tak dość swobodnie się zabezpieczam przed rolkami. Na łyżwach to się trochę boję, bo to nie jest moje naturalne środowisko, ale na rolkach to spędziłem kawał dzieciństwa. Do czasu, aż wyskoczyłem z murku jednego i złapałem się i zapomniałem się puścić, były lata 90. Skejci, te takie spodnie trzy czwarte, szerokie. Jak na kolanach wylądowałem, to miałem już będąc nastolatkiem 13-14-letnim. Nie było innego wyjścia niż gencjana. Ja mam taką bliznę 10-centymetrową, bo to się nigdy skóra nie uzupełniła w tym miejscu po tym lądowaniu.

Anita Werner: A ja chciałam powiedzieć apropo właśnie tego, co bym np. wzięła od Michała, że jest totalnie ambitny, bardzo zadaniowy i pracowity i ma niesamowity analityczny mózg, który pozwala zmieścić wszystkie statystyki, dane. Michał wszystko wie o nas, o sobie i o mnie też w liczbach, wykresach, w czasach. To jest niesamowite. Ja kompletnie jestem beznadziejna w tym, zupełnie tego nie ogarniam, a Michał ma absolutny mózg, excelowo-matematyczno-wykresowy i wszystko o naszym bieganiu wie i to mi bardzo imponuje. On jest naszą bazą danych, bo bez tego by nam było ciężko.

Michał Kołodziejczyk: Kajetan Kajetanowicz powiedział mi kiedyś, jak ćwiczy mózg kierowca rajdowy, że nie ma czasu, żeby odpoczywać w sezonie, więc np. jadąc gdzieś pociągiem albo lecąc odejmuje cały czas. Bierze liczbę 1000 i odejmuje po 37 i że najpierw to jest 963.

Adam Kszczot: Ciekawe zadanie.

Michał Kołodziejczyk: Powiem wam, że jak biegam, to liczę sobie czas. To znaczy mam średnio 6:13 np. to znaczy, a mam za sobą 10 km. To jest równanie z wieloma niewiadomymi, ale jak mi wychodzi to jestem mega szczęśliwy. Biegnę półmaraton, a w połowie mam 6:13, a chciałbym mieć 6:05 załóżmy. To znaczy, że muszę biec osiem sekund szybciej na kilometr, ale już mam stratę osiem, a jestem nawet nie w połowie tylko dziesięć, czyli przez najbliższe dziesięć jak biegnę 6:13, a chcę mieć 6.:05, to muszę biec 5:57 po to, żeby na ostatni kilometr wrócić do 6:05.

Anita Werner: No i co. Niezłe co?

Michał Kołodziejczyk: Wiecie co mi to pozwala też nie myśleć o tym, że biegnę. Nie myśleć o tym, że maraton cztery godziny miałby trwać czy pięć, to ja nie wiem o czym tam się myśli. Jakbym myślał o wakacjach, to zaraz bym się położył, a to utrzymuje mózg, a mózg napędza ciało. Jak utrzymuje mózg w pełnej świadomości licząc. Nie odejmuje po 37, tylko skupiam się na tym, co mi zegarek pokazuje i co to oznacza na dalszą taktykę biegu, nazwijmy to taktyką biegu, bo mi jest głupio przed wami mówić o taktyce biegu. To taka pełna świadomość mózgu pozwala mi na pełną świadomość ciała i kontrolę nad nim.

Kuba Pawlak: To znaczy, że nie pobiegłbyś zawodów bez zegarka?

Michał Kołodziejczyk: Czytam taką książkę, gdzie gość jest amerykańskim komikiem i powiedział, że jak sobie kupił opaskę, która liczy mu kroki to jak ją zgubił to przestał chodzić bo nie warto. Haha! Pobiegłbym. Tutaj są też jak w memach, tak jak facet załamany – przebiegłem maraton, ale zapomniałem włączyć Endomondo. Pobiegłbym, ale sprawiłoby to mi dużo mniej frajdy. Z tym, że ja jestem takim statystykiem, że jak jadę do Chorwacji samochodem to zeruje licznik, ten komputer cały i pod koniec robię sobie zdjęcie 1630 km, spalanie 5,6, średnia 110.

Kuba Pawlak: Jakie horrory na stacji ty musisz teraz przeżywać

Anita Werner: Ja się zasłuchałam, bo dla mnie za każdym razem jak Michał opowiada o tym właśnie jak ten analityczny mózg pracuje, to robi to na mnie niesamowite wrażenie i każdy ma inną konstrukcję. Wiecie, każdy potrzebuje czegoś innego, każdy myśli inaczej. Na przykład jak biegniemy i Michał mi o tym opowiada, bo się dzieli ze mną tym, to ja kompletnie nie wiem o czym on do mówi i o tym tempie właśnie. Ja po prostu wykonuję polecenia, jak on mi mówi – dobra, biegniemy takim tempem, to ja się dostosowuje, wykonuję to zadanie. Natomiast zupełnie nie ogarniam tych jego przeliczeń i tych wszystkich cyferek, mimo że byłam na mat-fizie w szkole średniej.

Michał Kołodziejczyk: A ja w humanistycznej. Może to jest główny motywator do biegania przez pięć, sześć godzin w tygodniu. Anita Werner dokładnie wykonuje polecenia.

Anita Werner: Powiem też, że ja sama gdybym biegała, to bym nie zmusiła się do tego, żeby każdy trening zrobić i żeby przełamywać barierę swoich możliwości. Michał jest moją fantastyczną inspiracją. Także ta wiedza, którą ma na ten temat robi na mnie ogromne wrażenie i to jest też tak, że jak jesteśmy razem, to ja wiem, że pójdziemy trenować i ja wiem, że ten nasz trening będzie działał. Gdybym to miała robić sama, to podejrzewam, że w połowie przypadków bym odpuściła.

Michał Kołodziejczyk: A wiecie, co jest jeszcze ważne? To, że działa, to znaczy, że kiedy robimy sprint, nasz sprint, czyli 4:30 – 800 m, a później 400 m odpoczywamy i robimy to osiem razy, to wychodzi dokładnie 9800 m. Prawie dziesięć przez 400 m.

Adam Kszczot: Dokręcacie?

Michał Kołodziejczyk: Kończymy na 9800 m. Tylko, że za pierwszym razem Anita powiedziała, że nigdy więcej. Po czym po takim odświeżeniu mięśni, następnego dnia biegnie ten nasz dwugodzinny znacznie łatwiej, szybciej i spokojniejszym oddechem. I sama do mnie mówi – to działa. Natomiast zróżnicowanie tego, że po zimie, kiedy zaczynamy sprinty, a to już takie sprinty, czyli po 3:40, jak dla nas to sprint.

Anita Werner: Pozdrawiamy Dominikę Stelmach.

Michał Kołodziejczyk: 12 razy po 20 sekund i minuta truchtu, tak teraz robimy po minucie czegoś takiego. I robimy to 16 razy, prawda? Widac efekty, to pomaga.

Adam Kszczot: Ja do ciebie się zapiszę na trening. Ja tak powoli zaczynam się przekonywać do takiego schematu.

Kuba Pawlak: Michał tak mówi nieśmiało amatorszczyzna, ale wiadomo, że amatorszczyzna się kończy tam, gdzie nie dokręcasz do dychy. W waszym wydaniu to już jest na pewno profeska.

Michał Kołodziejczyk: My praktycznie codziennie nie dokręcamy do dychy. My biegamy równo godzinę takiej żmudnej roboty, żeby przyzwyczajać mózg do tego, że ma takie poczucie, że godzina biegu to nic.

Adam Kszczot: Zapraszamy do Lasu Kabackiego.

Michał Kołodziejczyk: Tak, codziennie pięć razy w tygodniu godzinkę i czasami nam wychodzi 10 km i 150 m, ale kupienie Anicie zegarka to był zły pomysł, więc najczęściej kończymy 9 759 850 m i ja mówię – nie szkoda ci? Nie mogliśmy docisnąć na ostatnim kilometrze?

Anita Werner: Ja po prostu podchodzę do tego, jak do zadania. Miałam biec godzinę. Biegnę godzinę. A czy to jest 9 840 m czy to jest 10 km, to już schodzi na dalszy plan. Miałam biec godzinę w takim tempie, jakby tutaj to moja ambicja i charakter trochę inaczej operują.

Michał Kołodziejczyk: Pół roku zajęło mi wyeliminowanie nawyku Anity na patrzenie tempo  aktualne. Myślałem, że któregoś dnia zdejmę, wyrzucę do lasu ten zegarek albo zakleję.

Adam Kszczot: Czyli na jaki parametr patrzy w takim razie?

Anita Werner: Oduczyłam się patrzenia, ale teraz to już wyczuwam.

Michał Kołodziejczyk: Kochanie, czy kiedy jedziesz samochodem i nastawiasz sobie aktualne spalanie, ma to sens tylko wtedy, jak jedziesz na tempomacie. Przecież nie jesteśmy w stanie biec na tempomacie, więc Anita patrzy i mówi, przesadzam teraz, bo ja mam taką tendencję, ale żebyście wiedzieli o co chodzi – biegniemy dwie minuty na kilometr, to niemożliwe. Ty musiałaś biec z górki i GPS źle zadziałał, więc teraz się nauczyła patrzeć. Wytłumaczyłem, że na średnią jest sens patrzeć po pięciu kilometrach, bo jak patrzysz po dwóch, to naprawdę nie jest żadna średnia, bo za chwilę będziesz miała ją wywróconą do góry nogami.

Anita Werner: Jak dobrze, że mi to wszystko wytłumaczyłeś.

Kuba Pawlak: Blisko dwóch minut na kilometr tylko jedna osoba przy tym stole potrafiła biegać. Potrafi.

Adam Kszczot: Kiedyś tak było.

Kuba Pawlak: Ale wiecie co? Bardzo mnie korci, żeby zadać wam jedno pytanie, które mówicie, że trochę się czujecie skrępowani w roli mówienia o tym bieganiu tak mentorsko, niezasadnie. Ale chciałbym, żebyście naprawdę mentorsko powiedzieli nam, wykorzystując swoje doświadczenie dziennikarskie, wieloletnie, bo my w Bieganie.pl oprócz tego, że zajmujemy się też poradami biegowymi dla osób początkujących, średnio zaawansowanych, zaawansowanych, to również staramy się pokazywać tę sportową stronę biegania. I mamy ciężki orzech do zgryzienia, bo bieganie to jest taki sport trochę odwrotność Formuły 1. Formuły 1 nikt nie uprawia, a wszyscy kibicują, a bieganie dużo osób uprawia, ale nikt nie kibicuje. Dlaczego tak jest waszym zdaniem? Dlaczego to jest tak niszowy sport? No, bo odwołując się jeszcze może do piłki nożnej, którą np. bardzo fajnie przedstawiliście w książce: „Mecz to pretekst”, wszystkie konotacje, które z niej wynikają społeczne, polityczne, naprawdę to jest super reportaż, ale mówi się, że piłka jest popularna, dlatego że w piłkę może grać każdy i każdy gra. Wystarczy nam barani pęcherz. W takich skrajnych przypadkach dwa drzewa i możemy grać. Bieganie jest równie proste. Możemy nawet biegać na bosaka od punktu A do punktu B. Jest bardzo zrozumiałe. Ten, kto jest pierwszy na mecie, wygrywa. Nie da się prościej. Dlaczego to jest taki niszowy sporty, jeżeli chodzi o sportową stronę.

Anita Werner: Kurczę, ja bym powiedziała, że nie widzę tej niszowości, to znaczy odkąd zaczęliśmy biegać i odkąd też gdzieś tam to bieganie zaistniało na moim Instagramie, to mam wrażenie, że dookoła są sami biegający ludzie. To znaczy, że tych osób, które czerpią inspirację i które próbują też biegania dla siebie jest bardzo dużo. Tak ja mówię o amatorach, bo jakoś to jest mi bliższe na co dzień. Natomiast to co dotyczy tej niszowości w innym wydaniu to pewnie ty zaraz powiesz, bo ja mówię o tym, co mi jest bliskie na co dzień.

Kuba Pawlak: Mam na myśli bardziej to, że na Orliku, jak zapytamy młodzież grającą w piłkę, kim jest Lewandowski, Messi, Ronaldo, to każdy będzie wiedział. Natomiast jak pójdziemy na półmaraton wspomnianej zapytamy, kto jest rekordzistą świata w półmaratonie, to obstawiam, że jeden do pół procenta będzie wiedziała, kto aktualnie nim jest.

Michał Kołodziejczyk: Prosta odpowiedź na to pytanie. Mówimy o polskich warunkach, a wydaje mi się, że gdybyś trzy lata temu zapytał, kto jest liderem rankingu WTA, nikt by nie wiedział, a teraz ludzie są w stanie wymienić 8 z 10 kobiet, które są w pierwszej dziesiątce. Wszystko kształtują osobowości, które uprawiają tę dyscyplinę w danym kraju. Kiedy Adam był mistrzem, ludzie wiedzieli, jaki ma czas, nie poszły za tym pokolenia. Nie poszła za tym fala. Był Małysz, myśleliśmy, że się skończą skoki. Nie skończyły się, bo na małyszomanii wyrósł Kamil, wyrósł Piotrek. Wyrosła cała gromada skoczków i dalej ludzi to interesuje. A zobacz to jest jak z formułą też nikt nie skakał, a ludzie znają ile on tam skoczył w Harrachovie. Ja akurat mniej, ale bardzo szanuję chłopaków i za talent, za umiejętności, za odwagę. U nas oglądalność w kanale kobiecego tenisa jest kosmiczna. Myślicie, że to się lepiej ogląda? Finał kobiecego tenisa czy mecz Barcelona-Real Madryt?

Adam Kszczot: Ja swego czasu tylko słuchałem kobiecego tenisa.

Michał Kołodziejczyk: Haha, ale apropo piłki nożnej to jest dwukrotnie mniejsza oglądalność Real – Barcelona, najważniejszego meczu w Europie. Więcej ludzi ogląda finał kobiecego tenisa. Im więcej wychowamy sobie polskich mistrzów w danej dyscyplinie, tym więcej będzie osób zainteresowanych samymi wynikami. Podam wam przykład bez nazwiska, tylko musisz mi pomóc – który z amerykańskich sprinterów w Barcelonie pobił wszystkie rekordy? Będę o nim mówił Johnson. A może chodzić o kogoś innego? Dziennikarze pojechali na igrzyska oczywiście i z nastawieniem na wyniki Polaków. Chłopak pobił na 100 metrów tam wszystkie rekordy, świata, olimpijski i jak zszedł do mix zone, czyli miejsca, gdzie się dziennikarze spotykają ze sportowcami, rzuciła się na niego chmara dziennikarzy. Prosimy słowo, a on jakiegoś focha miał. Popatrzył, powiedział, że nie. Odchodzi i widzi, że stoi jeden gość to był Polak. W ogóle nim nie zainteresowany podchodzi, to jest autentyk. Podchodzi do niego i mówi tak – ok, three questions just for you, a on się na niego patrzy i mówi – no no, thank you. I’m waiting for Dorota Idzi. I to jest trochę odpowiedź na twoje pytanie. Dorota nie wiem, która wtedy była, ale nie pobiła wszystkich rekordów, a my czekaliśmy na naszego, rozpalacza wyobraźni, bo żyjemy w przepięknych czasach. Teraz my kibice, żyjemy w czasach, kiedy mamy najlepszego piłkarza na świecie i mamy najlepszą tenisistkę na świecie. To są sporty rozpalające wyobraźnię. Przecież jak ja byłem nastolatkiem, to grzaliśmy się kimś, kto strzelił dziewięć goli w Bundeslidze czy Andrzej Juskowiak trzynaście strzelił i on nam rozpalał wyobraźnię.

Adam Kszczot: Współczesny internet trochę się różni.

Michał Kołodziejczyk: Ale teraz nasz piłkarz, chłopak spod Warszawy. I zobaczcie jeszcze sensacja, że oboje są z Warszawy i okolic to też, że nie mała miejscowość ich wychowała, bo uważam, że ludzie z małych miejscowości są bardziej predysponowani do uprawiania sportu wyczynowego.

Adam Kszczot: Statystyka tak mówi.

Michał Kołodziejczyk: No więc właśnie, a tutaj mamy ludzi z Warszawy, bądź spod Warszawy. Nasz piłkarz przechodzi z Bayernu do Barcelony.

Adam Kszczot: To jest niespodzianka, prawda?

Adam Kszczot: Kurczę ludzie kochani, ile w takiej jednostce musi być uporu i samodyscypliny

Adam Kszczot: Moi drodzy, a tak wracając na chwilę nie mogę się na was patrzeć i nasłuchać jak sobie mówicie. W dalszym ciągu jestem pod ogromnym wrażeniem, ale czego Wy się nauczyliście dzięki temu, że razem uprawiacie sport?

Michał Kołodziejczyk: Przepraszam, ostatni raz, tylko ostatni raz pierwszy zabieram zdanie. Chodzi o to, że ja mam takie predyspozycje fizyczne, że nawet po roku niczego nie robienia, a zdarzyło mi się np. po 3 latach, jestem w stanie wyjść i zrobić 10 kilometrów. Nie będzie to szałowy czas, ale zrobię 10 km. Umrę następnego dnia? – Pewnie tak, w sensie zakwasy, ale 10 km zawsze zrobię. I to nie było tak regularnie prawda? 

Anita Werner: Jesteś jak maszyna. To znaczy rzeczywiście Michał jest nie do zdarcia. On jest. On jest robotem, on potrafi zapomnieć zjeść, zapomnieć spać. Jak wyjdzie to 10 km zrobi.

Anita Werner: Natomiast jakbyśmy wrócili do pytania. Czego nauczył was sport uprawiany razem o sobie samych? Czego nie wiedzieliście, a czego się dowiedzieliście? Co odkryliście w drugiej osobie dzięki temu, że razem macie okazję po prostu uprawiać sport, czy też zwyczajnie ten czas spędzać w zupełnie inny sposób.

Anita Werner: Na pewno nauczył mnie tego, co mi pierwsze w tej chwili przychodzi do głowy, że jak się człowiek napracuje i popracuje, to to przynosi efekty. I znowu nawiążę do tego, co kiedyś od ciebie słyszałam, czyli jak zasiejesz pole, to później zbierasz plony. Dokładnie tak to jest. I tego się nauczyłam absolutnie podczas naszego wspólnego treningu, bo tak jak byłam dzieckiem, trenowałam tenisa ziemnego, grałam ping ponga dużo jak byłam dzieckiem na wakacjach, grałam w siatkówkę, jeździłam na nartach od bardzo wczesnych lat, bo jak miałam 4 lata, to mój tata postawił mnie na narty. I wiedziałam oczywiście, że w sporcie tak jest, że trzeba trochę pracy włożyć, żeby osiągnąć efekt i żeby się czegoś nauczyć. To jest oczywiste, ale tutaj te nasze treningi dały mi namacalny przykład tego, że jak włożę ileś pracy w jakimś dłuższym czasie w swój rozwój, w przesuwanie swojej granicy możliwości, to ją przesunę, to znaczy nie ma rzeczy nie do zrobienia, nie do wytrenowania przed naszymi treningami. Tak jak wspominałam wcześniej, przebiegnięcie półmaratonu było dla mnie kosmosem. Nie wyobrażałam sobie tego i krok za krokiem dążyłam do tego celu i go osiągnęłam, więc to jest dla mnie absolutnie pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, której się nauczyłam podczas naszego wspólnego trenowania, że warto tę pracę włożyć, żeby osiągnąć cele.

Michał Kołodziejczyk: A ja się bardziej o Anicie dowiedziałem niż o sobie. Siebie znałem już 40 lat.

Kuba Pawlak: Powiesz nam czego?

Kuba Pawlak: Tego, że jest aż tak ambitna. Jak zaczęliśmy biegać, to już byliśmy po tej książce wiecie, my byliśmy już sprawdzeni w trudnych sytuacjach, jak w Kosowie pod Prisztiną. Okazało się, że chociaż na zewnątrz są 4 stopnie, to hotel mamy nieogrzewany i trzeba było zmienić lokal, chociaż właściciele hotelu nie byli zbyt zadowoleni ani nie wyglądali specjalnie przyjaźnie, więc w bojach byliśmy zaprawieni, czy wchodziliśmy tą trekkingową trasą 12 km na Fitz Roya w Argentynie. Ja wiedziałem, że Anita jest sprawna fizycznie, ale że tak uparta, to nie wiedziałem.

Adam Kszczot: W dobrym słowa tego znaczeniu, sportowym.

Michał Kołodziejczyk: Często mi tłumaczy. Pewnie, że to jest trochę żartu w tym, że nie chce przy tobie wyjść na ofiarę losu. Pewnie to też tak działa. Natomiast nigdy nie wyszła na ofiarę losu, a wręcz przeciwnie, naprawdę parę razy mi zaimponowała tym, że czym innym jest przebiec 15 km, mówimy ciągle takich małych dystansach. Czym innym jest 15 km na luzie, kiedy widzisz, że sobie biegniesz, to nie jest żaden wielki wynik, ale kiedy widzisz, że to tempo narzucone od początku tego dnia było za duże i słyszysz ten oddech na dziesiątym kilometrze i mówisz sobie nie odezwiesz się, dopóki ona nie powie, że jest za szybko i się nie odzywa do 15 km, a potem mówi – bo za szybko było od początku. Trzeba było mi powiedzieć to byśmy wolniej biegli, ale ta ambicja w środku jej nie pozwala. Dla mnie to jest fantastyczna cecha.

Anita Werner: Ale ładnie powiedziałeś o mnie to bardzo miłe, dziękuję.

Michał Kołodziejczyk: Potem się rozliczymy.

Adam Kszczot: A ja widzę w was upór, cierpliwość, szczerość i szacunek.

Kuba Pawlak: A mnie się przebija jeszcze cały czas ta ambicja i nie mogę was do końca rozgryźć, bo z jednej strony tak mówicie swobodnie o tym, że nie jesteście nastawieni na te czasy, a z drugiej strony te treningi na zegarek, to wyprzedzanie i tam odwracanie się na siebie świadczyłoby o czym innym. Tak się zastanawiam, czy w przypadku waszej specyficznej pracy, gdzie jesteście mocno na pewno bodźcowani różnymi informacjami w trakcie dnia, musicie nadążać za tym wszystkim, a w ogóle żyjemy w takich czasach, że jesteśmy mocno bodźcowani, traktujecie to bieganie swoje też czasem jako taką odskocznię i wyzerowanie się od tych bodźców i dajecie sobie taki luz, żeby nie patrzeć na te zegarki. Po prostu wyjść bez planu?

Anita Werner: Bez planu raczej nie wychodzimy biegać, ale rzeczywiście działa to absolutnie jak wentyl bezpieczeństwa. To znaczy, na mnie sport zawsze tak działał. Wydaje mi się, że obojgu nam daje to takie przewietrzenie głowy. Jak idziemy pobiegać, to rzeczywiście myśli się zupełnie o czymś innym, niż się myślało, zanim się poszło biegać. W związku z czym jak najbardziej robi to dobrze na głowę. Zawsze uważałam, że sport robi dobrze na głowę i podobnie jest w tym przypadku.

Michał Kołodziejczyk: Ale to nie jest plan jako plan. Planem może być godzina biegu, a zegarek pozwala ci kontrolować to, w jakim tempie to robisz. Bez presji jest 5:50, fajnie. Jest 6:20, fajnie. To nie jest tak jak mówisz. Mnie te liczby też pomagają, jakby myśleć o czymś innym i jak po pracy jest czasami, tak jak wspomniałeś we wstępie 23:30, tak czasami też wychodzimy pobiegać od 23.30 do 01:00. I jak np. przez dwa dni pada i dwa dni nie biegamy z rzędu, to mnie fizycznie czegoś też brakuje. A ja nadal uważam, że głowa to jest większość i myślę, że głowa jest brudna i że wtedy mi coś fizycznie brakuje, bo głowa jest brudna, bo się nie oczyściła, bo te półtorej godziny całkowicie oczyszcza i męczy tak, że można pójść spać. Chociaż słyszałem, że wiele osób nie lubi biegać wieczorem, bo później nie może zasnąć.

Adam Kszczot: No właśnie, to nocne bieganie w „Faktach po Faktach” często, czyli 23:30, niejednokrotnie pewnie zaczynacie, kończąc po 00:00, jak rozumiem.

Anita Werner: Po „Faktach po Faktach” dużo po. Zdarza się, że właśnie są „Fakty”, „Fakty po Faktach”, a później jeszcze jest praca do zrobienia właśnie podczas biegania.

Adam Kszczot: No właśnie, jak odczarować to nocne bieganie? Czy w ogóle czujecie się biegając w Lesie Kabackim zagrożeni?

Anita Werner: W nocy nie biegamy po lesie.

Adam Kszczot: To gdzie biegać w takim razie w nocy?

Anita Werner: Po ulicach.

Michał Kołodziejczyk: Są jakieś miejsca, gdzie da się wytyczyć kółko, które ma kilka kilometrów i nie ma po drodze świateł, bo to też jest ważne.

Anita Werner: Niestety po betonie musimy biegać nocą, po asfalcie, no bo jednak w lesie jest fajnie, bo jest miękko. I rzeczywiście ja to np. bardzo odczuwam. Natomiast w nocy się nie da.

Michał Kołodziejczyk: W Warszawie wokół SGGW można, 4 km jest. Fajna trasa, są oświetlone parki, jak ktoś mieszka bliżej w parku Skaryszewskiego, jest oświetlony. Tam kółko duże ma 2 km, ale tam też jest asfalt.

Kuba Pawlak: Chociaż wokół jest zielono.

Michał Kołodziejczyk: Więc znajdą się miejsca. A bieganie nocne to też nie tylko jest ciężka praca, ale jak jest to lato, które było dwa tygodnie temu czy trzy tygodnie temu. To skrajne upały, to też nie wyjdziemy przy 30 stopniach, aczkolwiek wychodziliśmy, a po tym Miami i po tym biegu przymusowym w 28 stopniach. O 06:00 rano wróciliśmy, jakbyśmy z Kenii wrócili.

Adam Kszczot: Już gorzej być nie mogło.

Michał Kołodziejczyk: Po prostu jak wyrwaliśmy na pierwszym treningu na Ursynowie w Kabatach. Po tych 10 dniach w Miami, to zające mijaliśmy i one się patrzyły zdziwione. Wreszcie było czym oddychać i było miękko. To fantastyczne uczucie było.

Adam Kszczot: Ja mam jedno z ostatnich pytań. Czego potrzeba, żeby zacząć biegać? Po prostu dla tych, którzy nas słuchają i zastanawiają się pewnie. Taka jedna uniwersalna, najprostsza rada co zrobić, żeby w ogóle zacząć?

Anita Werner: Przypomina mi się Artur Partyka, pochodzący z mojego rodzinnego miasta, też znany mistrz lekkoatletyczny, który powiedział kiedyś, że najgorzej jest założyć dres. Najtrudniej jest założyć dres. Coś w tym jest rzeczywiście, że najtrudniej jest przełamać się, jak się nie chce i założyć strój sportowy i wyjść. Natomiast jak mówimy już bez mrugnięcia okiem, zupełnie na serio, to ja oczywiście podeszłabym do tego i powiedziałabym, że trzeba się do tego przygotować, to znaczy nie robić niczego lekkomyślnie, bo można sobie po prostu zrobić krzywdę jak ze wszystkim, na czym się człowiek nie zna. W związku z czym wydaje mi się, że warto przemyśleć, co się je, warto przemyśleć, w jakiej jest się w formie fizycznej. Warto zastanowić się, jak do tej formy fizycznej dopasować początek biegania. To są chyba takie rzeczy, które wydaje mi się są podstawowe, chociaż może część osób o tym w ogóle nie myśli i wydaje im się, że mogą wyjść właśnie przebiec 10 km i będzie super. No nie, nie będzie, małymi kroczkami do przodu. Mogę to powiedzieć z własnego doświadczenia i wtedy to rzeczywiście ma sens, a nie tak gwałtownie, tylko na spokojnie.

Michał Kołodziejczyk: Ja mam dwie rzeczy. Pierwsza to towarzystwo, a druga, bo raźniej robi się we dwoje. To nie musi być narzeczona, może być kumpel z pracy albo ze szkoły.

Anita Werner: Ale też są tacy, którzy lubią uciekać w samotność podczas biegania.

Kuba Pawlak: Samotność długodystansowca – jest nawet taki termin.

Michał Kołodziejczyk: To było pytanie o nas, a dla mnie było to na tyle motywujące, że myślę, że sam bym nie zaczął. Mam jedną koszulkę w domu. To był Bieg Niepodległości 2003. I to był ostatni bieg, który w jakikolwiek sposób zorganizowany był, zanim zacząłem biegać z Anitą. To parę lat temu było, super czas zresztą. Kiedyś byłem sprawnym młodym człowiekiem, a druga rzecz uważam, że nikt nie będzie myślał o odpowiednim jedzeniu. Nikt nie będzie myślał o odpowiednim odpoczynku, spaniu pod względem sportu, dopóki sam nie poczuje, po co mu to jest. Więc zacząć to wcale nie od diety i myślenia. To się całkowicie z Tobą nie zgadzam, jeśli mogę po raz pierwszy wyznaczyć sobie cel, np. 3 km. Pójść, przebiec, nie wiem, dobrze, źle. Następnego dnia albo sobie wyznaczyć te same 3 km szybciej albo 4 km. Nie musisz iść następnego dnia, może być za dwa dni, za trzy dni. I wtedy człowiek poczuje. To znaczy ja dobrze wiem, to nie jest tak, że ja nie jem pizzy. Jem pizzę tylko nigdy nie jemy ani w dniu biegu, ani dzień wcześniej, bo wiem, że jestem absolutnie cięższy. Ta świadomość, która do ciebie dociera przez bieganie wszystkiego w życiu jest dużo większa, ale ona w moim przypadku nie jak niewiernego Tomasza. Dopóki nie zobaczyłem, że tak jest, to jadłem tę pizzę, zjadłem pizzę i pomyślałem – O kurczę, fajnie, że dobiegłem, bo było strasznie.

Adam Kszczot: A mówili, że ciężkostrawne i jednak mieli rację.

Michał Kołodziejczy: No właśnie, że makaron fajnie działa. Działa, ale też nie przed samym biegiem. Naładowanie się węglami to takie przereklamowane. Powinieneś się ładować węglami na tydzień przed startem tak naprawdę, żeby to miało sens i żebyś później to spalał, a nie myślisz, że wszystko nadrobisz ostatnim posiłkiem. Tak samo ze snem. Jak ja widzę, mamy taką zasadę podstawową. Jest pięć treningów, ale zawsze mówię – kotku, słuchajmy swojego organizmu. Jeśli twój organizm teraz tak bardzo płacze, że ma wyjść pobiegać, to nie idziemy. I tak zdarza nam się nie pójść, a następnego dnia mówimy, że wiemy, po co to było. Po to nam to było, żeby pójść wcześniej spać, żeby się wyspać, bo wielu sportowców, tych najlepszych mówiło również o tym, że odpoczynek też jest treningiem.

Kuba Pawlak: Fajne tutaj tezy. Nasz podcast nie jest z gumy, bo to wszystko by się przydało rozwinąć. Tak naprawdę, także jeżeli szukacie informacji o tym, jak ładować węglowodany, jak spać i jak przygotowywać się do startów, to oczywiście zachęcamy do wyszukania na Bieganie.pl tych informacji. Ja na pewno zastosuje się do tego, co powiedziałeś, że postaram się znaleźć kogoś, z kim dzisiaj pobiegam. Może Adam po nagraniu poczekałbyś na mnie? Zwolniłbyś do mojej prędkości?

Adam Kszczot: Pewnie, że tak.

Michał Kołodziejczyk: Tyłem by biegł.

Adam Kszczot: Dziś jest wielu chętnych do tego, żeby pobiegać. I to jest właśnie dzień, w którym trzeba spełnić nawet drobne marzenia. Ja bardzo wam dziękuję za to, że przyszliście do nas. Porozmawialiście o bieganiu, przedstawiliście tak naprawdę wiele chyba najważniejszych aspektów tego, jak bieganie może na nas wpływać, jak pozytywnie, jak pozytywnie prowadzi się relację, odkrywać ją, ale też o radości, która ewidentnie się przebija przez wasze życie, przez to, czym emanuje jak mówicie o bieganiu i jak wiele śmiesznych też sytuacji w waszym życiu się przydarzyło w związku z bieganiem. Bardzo wam dziękuję, że byliście gośćmi podcastu „W Rytmie Biegania”.

Anita Werner: Dziękujemy bardzo.

Adam Kszczot: Dzięki serdeczne.

Adam Kszczot: A naszych oglądających zapraszamy do oglądania kolejnych odcinków.