New Balance 1080v12
 
12 listopada 2013 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Molestowanie


Ostatnio sporo się mówi o molestowaniu w sporcie, na stronie sprinterzy.com (link) ukazał się stosowny artykuł, który był bodźcem do dokładnego przyjrzenia się tej sprawie. Czy to powszechne zjawisko będące w lekkiej atletyce na porządku dziennym? 

Niestety zawodniczki niechętnie podejmują ten temat. Tylko Iwona Lewandowska wyraziła zgodę na publikację danych. Powiedziała, że nigdy nie spotkała się osobiście z taką sytuacją. Inne biegaczki nawet jeśli już zgodziły się powiedzieć kilka słów, to żadna nie chciała być cytowana w artykule. Stwierdzały, że nigdy nie spotkały się taką sytuacją, ale nie zgadzały się, aby ich personalia ukazały się w tekście. 
Udało się dotrzeć do jednej zawodniczki, która zgodziła się opowiedzieć swoją historię, ale pragnęła pozostać anonimowa. O to co powiedziała:
Za namową koleżanki postanowiłam opowiedzieć o swoim przypadku. Nie jest mi łatwo o tym mówić, ponieważ jest to sprawa, którą ukrywam głęboko w sobie i tak naprawdę w swój okropny sekret wtajemniczyłam tylko dwie osoby – mojego chłopaka i przyjaciółkę… Nie potrafiłam nawet o tym powiedzieć swoim rodzicom, spodziewam się że nie spotkałabym się ze zrozumieniem. Jestem biegaczką od dobrych kilku lat, rozpoczynałam swoją karierę sportową w małym, ale dość znanym klubie lekkoatletycznym. Tam też rozpoczęłam współpracę z "trenerem". Na treningach była dość spora grupka dziewczyn, lubiłam przychodzić na treningi – zawsze było zabawnie. Lubiłam też aktywnie spędzać czas. Byłam młodą i naiwną dziewczynką, co później zostało niestety wykorzystane przez "trenera". Byłam jedną z najbardziej utalentowanych dziewczyn w grupie, bardzo chciałam osiągnąć dobre wyniki, bieganie stało się dla mnie pasją, nie wyobrażałam sobie zastąpić trenowania czymś innym…

Z biegiem czasu zostawało nas coraz mniej… aż w końcu zostałam sama. To nic, że "trener" miał inne młodsze zawodniczki – ja zostałam SAMA. Byłam najstarsza i biegałam już na wysokim poziomie. Ukończyłam 18 lat… wtedy się zaczął mój koszmar. Przychodziłam na treningi najczęściej rano, było mi wygodniej oraz miałam swobodę w trenowaniu, nikt nie plątał mi się pod nogami. "Trener" zaczął mi proponować kawę, herbatę, ciasteczka po treningu, z początku chętnie zostawałam – uważałam to za zwykłą uprzejmość. Niestety z biegiem czasu zaczął mnie łapać za biodra pod byle pretekstem, przytulać mnie, łapać za piersi… Gdy okazywałam sprzeciw, on robił się ponury jakbym go czymś zraniła. Nie odzywał się do mnie na treningach, nie wiedziałam co mam robić. Nie wytrzymywałam takiej atmosfery po czym się zgadzałam. Tłumaczyłam sobie, że przecież to nic takiego, to tylko dotyk. Ja chcę trenować, chcę zdobywać mistrzostwa Polski. Było wiele rozmów na ten temat z tym bezczelnym człowiekiem. Tłumaczył swoje zachowanie "potrzebą", jego to odstresowywało. Jego to rozluźniało… Mimo wszystko poprzestawałam na tym, po czym wychodziłam z klubu z płaczem. Wracałam do domu uderzając głową o kierownicę. Trzymałam cały ból w sobie.

Nie zrozumie mnie zwykła osoba, która nigdy nie współpracowała z drugim – starszym człowiekiem, który od początku powinien być dla niego wzorem. To w końcu TRENER – powinien być przyjacielem, drugim ojcem, dziadkiem dla zawodniczki. Ten to wykorzystał, wykorzystał moje zaufanie do swoich celów. Swoich seksualnych potrzeb. A co było najgorsze? – Moi rodzice. Wracając zapłakana do domu ignorowali to. Pewnie myśleli "za ciężki trening". Zawsze było w domu : "Trener (…) to dobry człowiek, zawsze wszystko ci załatwi, dużo pieniędzy dzięki niemu masz. Musisz się go trzymać i go szanować". Tak też poniekąd było – jedyne fundusze jakie miałam to były właśnie stypendia, które mi ten oto "trener" załatwił. Od rodziców nic nie dostawałam. Chyba, że o to bardzo poprosiłam, to z łaską dostałam. Moja miłość do biegania i trenowania była na tyle silna, że ocierałam łzy i znów szłam na trening. Moje "nie" było jak rzuceniem grochu o ścianę. Organizował mi obozy 1+1. Musiałam jechać na obóz tylko z nim. Przychodził do mnie wieczorem do pokoju, oczywiście bez pukania, bo przecież według niego nie miałam nic do ukrycia przed nim. Dla niego nie istniało słowo "prywatność". Cały czas mnie przytulał, całował, dotykał w miejscach intymnych. Nie reagował na mój płacz. Nie reagował na moje "nie". Byłam sparaliżowana, nie potrafiłam nic zrobić. Nie potrafię opisać uczucia jakie wtedy we mnie wzrastało. Tak strasznie głęboka nienawiść, że gdybym się zebrała w sobie i chwyciła nóż… nie chcę myśleć do czego moja osoba byłaby wtedy zdolna – ale ja i tak byłam sparaliżowana. Nocami zalewałam się łzami, pozostawałam tylko ja i cztery ściany tego strasznego pokoju. Nienawidziłam tamtego miejsca, do tej pory nienawidzę. Nie mogłam mieć chłopaka, nawet jak rozmawiałam z płcią przeciwną na jego oczach był gniew. Interesował się całym moim życiem, wypytywał o wszystko. Gdy w końcu zaczęłam agresywniej reagować na jego poczynania, to on zaczął się martwić "co się ze mną dzieje". Nabawiłam się nerwicy. Wyrywałam sobie włosy z głowy, robiłam wszystko, aby na treningach być z innymi osobami. Niestety to nic nie dawało – zaciągał mnie do magazynu z pretekstem, że ma dla mnie odżywki… Oczywiście wracał do swoich "potrzeb". Ktoś powie, dlaczego ja nadal przychodziłam na te treningi? – Tak mocno pokochałam ten sport sam w sobie, że chyba większym ciosem byłoby dla mnie skończyć trenowanie. Miałam na swoim koncie już kilka medali z mistrzostw Polski, dostawałam duże stypendium, byłam zawodniczką kadry Polski. Powoli spełniało się moje marzenie. Nie mogłam tego zaprzepaścić. Nie przez jednego "trenera". Bywały momenty, że tydzień się do mnie nie odzywał, nie odbierał moich telefonów, bo ja się na tyle mocno sprzeciwiłam, że nie pozwoliłam się dotknąć. Rodzice pytali dlaczego on się na mnie gniewa, nie potrafiłam im powiedzieć…

W końcu dałam za wygraną. Mój koszmar trwał kilka lat… W końcu nie wytrzymałam. Cały ten okres trenowania polegający na ciągłych kłamstwach, obniżeniu własnej wartości, depresji musiałam w końcu zakończyć. Powiedziałam sobie: kończę trenowanie, to ponad moje siły. W pewnym momencie uważałam już, że tak już musi być, że zawodnik albo kończy swoją karierę przez kontuzję, albo z wycieńczenia psychicznego. Czy na tym to miało polegać? Czy taki ma być polski sport? Nie. Skończyło się jednak na tym, że zmieniłam klub i trenera. Teraz wiem, jak na prawdę powinna polegać współpraca między trenerem a zawodnikiem. Moje wyniki sportowe poszły znacząco w górę. Jestem szczęśliwa – spełniam się w pasji i jestem WOLNA psychicznie. Uwolniłam się z tej zakłamanej prowincji.

Napisałam to wszystko tylko po to, aby przestrzec inne dziewczyny, aby nie bały się reagować!
Słowa mocne i szokujące. Szkoda, że wszystko pozostaje anonimowe, bo przykre jest to, że świat biegania, który tak kochamy „zanieczyszczany” jest przez takie osoby, jak wspomniany „trener”. Smutne jest, że zawodniczka była sama, nie miała wsparcia, co najdziwniejsze… nie znalazła zrozumienia u rodziców. Nie chcę oceniać postępowania zawodniczki, ale chciałbym wskazać na fakt reagowania od samego początku na wszelkie próby przekroczenia norm współpracy zawodniczka – trener. Ten przykład pokazuje, że zwykle zaczyna się niewinnie, od przykładowej kawy… 
Postanowiłem sprawdzić co na temat molestowania sądzi druga strona, czyli trener. Zapytałem o to trenera Zbigniewa Króla, który w swojej pracy opiekował się i opiekuje wieloma zawodniczkami (z cytowaną zawodniczką nie miał nic wspólnego w swojej karierze):
Trudny temat. Długotrwałe, wspólne pobyty trenerów z zawodniczkami na zgrupowaniach, kontakty na zajęciach stwarzają uwarunkowania do nawiązania bliskich kontaktów. Mamy wiele przykładów małżeństw trenerów z zawodniczkami. Często trenerzy się rozwodzą i wiążą się z kolejną zawodniczką. Trudno te relacje ganić. Takie jest życie nie tylko w sporcie.

Oczywiście bywa czasem, że trener wykorzystuje swoją pozycję i zachowuje się tak, że to można podciągnąć pod molestowanie. Definicja molestowania nie do końca jest precyzyjna. Czy żart o podtekście erotycznym jest molestowaniem?. Czy masaż sportowy czasem konieczny w trakcie treningu też? Pomoc w ćwiczeniach, przy których trener musi dotykać zawodniczki? Często jest to konieczne dla bezpieczeństwa, nauki ćwiczenia.

Znam przypadki uwodzenia trenerów przez zawodniczki. Jak były nieudane zawodniczki oskarżały ich o molestowanie. Samo życie. Oczywiście są trenerzy który swoje zawodniczki chcą izolować od życia. Ograniczają ich kontakty z otoczeniem, dążą do pełnej dominacji. Wmawiają zawodniczkom, że jest to jedyna droga do sukcesu sportowego. Według mnie takie postępowanie jest naganne.
Uważam, że trener musi być bardzo ostrożny przy pracy z zawodniczkami. Najlepiej jak jest ich w grupie kilka. Łatwiej wtedy utrzymać właściwe relacje w kontaktach z nimi.
Myślę, że każda sfera życia od sportu po kościół ma swoją ciemną stronę. Stwierdzenie, że lekkoatletyka szczególnie bogata jest w takie przypadki byłoby nadużyciem. Lekkoatletyka to specyficzna dyscyplina sportu jeśli chodzi o związki partnerskie, gdyż wiele jest przykładów na związek trenera z zawodniczką, dodajmy zdrowy związek, kiedy to obie strony tego chcą i są świadome swoich pragnień. Lekkoatleci spędzają wiele czasu na obozach, treningach i ten czas głównie przebywają z trenerami, którzy często poza swoją zawodową funkcją pełnią też rolę mentora, opiekuna, ojca, wysłuchują sercowych i nie tylko, rozterek. Nic dziwnego, że stają się sobie coraz bliżsi. Poprzez współpracę tworzy się więź, która przeobraża się w uczucie. Nie zawsze jednak z obu stron. Zawodniczki są z daleka od domu, zdarzają się kryzysy, a wtedy po prostu jedyną osobą „pod ręką” jest trener. Przykre jest niestety to, że niektórzy te sytuację zbytnio wykorzystują i przekraczają barierę, do której nawet nie mają prawa podejść.

Niestety większość złych relacji wychodzi ze strony trenera. Relacje zawodniczka – trener są szczególne, często niepozbawione podtekstów seksualnych. Wszystko jest w porządku, kiedy jest to niewinne i nie skutkuje pójściem krok naprzód, aczkolwiek wiele tu zależy od umiejętności psychologicznych trenera, który powinien wiedzieć, gdzie jest granica w przypadku każdej zawodniczki. Dla jednej osoby słowa coacha będą komplementem, a dla innej chamskim tekstem ociekającym aspektem seksistowskim. Jednak jeśli kobieta czuje, że jest traktowana niewłaściwie powinna o tym głośno mówić. Chęć zostania „wielką” zawodniczką nie może przesłonić poczynań trenera ogołacających z godności. Każde takie zachowanie powinno być piętnowane, a trener odsunięty od pracy z kobietami. Powinni do tego dążyć także inni trenerzy, którym negatywne przypadki „robią zły pijar”. Zawodowe sukcesy nie mogą przesłonić problemów psychicznych. 

Okazuje się jednak, że jest także druga odsłona tego problemu, o której wspomniał trener Król, mianowicie chodzi o próby uwodzenia trenerów przez zawodniczki. Jest to drażliwy temat, a każde słowo może pociągnąć za sobą nieprzyjemne konsekwencje. Dlatego uważam, że już od początku obie strony powinny jasno określić swoje granice i reagować na każde jej przekroczenie, aby potem nie było wzajemnych oskarżeń. I może warto się najpierw zastanowić zanim powie się jedno słowo za dużo, bo zazwyczaj każda z tych sytuacji zaczynała się niewinnie, od komplementów. Jeśli nikt nie mówi o tym głośno, a zna przypadki przekraczania normalnej współpracy to znaczy, że akceptuje aktualny stan rzeczy, niestety taka jest prawda. Jeśli problem istnieje, to trzeba to nagłaśniać, aby oczyścić środowisko. Nie można uważać, że nic się nie dzieje, a problemy zamiatać pod dywan.