Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Maratonu nie można się bać

Maratonu nie można się bać

Rozmowa z Henrykiem Szostem

Od niemal dekady jego 2:07:39 pozostaje nietknięte. Nie wybiera się jeszcze na sportową emeryturę, ale coraz więcej czasu przeznacza na trenowanie innych. Na pytanie – co trzeba zrobić, żeby co najmniej kilku Polaków regularnie łamało 2:10 w maratonie? Odpowiada – zmienić mentalność. Z Henrykiem Szostem porozmawialiśmy o jego uprawnieniach trenerskich, których PZLA nie akceptuje, prowadzeniu grupy wojskowych, kulisach przeniesienia mistrzostw Polski z Dębna do Olesna i szansach Krystiana Zalewskiego w Walencji. 

Krzysztof Brągiel (Bieganie.pl): Henryk Szost to dzisiaj bardziej wyczynowy biegacz czy trener wyczynowców? 

Henryk Szost: Jak to się mówi – nie odwiesiłem jeszcze butów na kołek. Będę startował, ale w przyszłym roku. Ten sezon jest zwariowany, nietypowy dla nas wszystkich. Dla mnie tym bardziej, bo przejąłem funkcję trenera zawodników wojskowych, przygotowujących się do startu w maratonie. Na początku miałem koncepcję, żeby wystartować z nimi podczas mistrzostw Polski, ale później stwierdziłem, że jednak nie chcę rywalizować z własnymi zawodnikami. Po prostu głupio bym się czuł.

KB: Porozmawiajmy w takim razie o wspomnianej nowej funkcji. W czerwcu w naszym podcaście wspominałeś, że powstanie grupa zawodników wojskowych pod Twoim kierownictwem. Możesz powiedzieć, kiedy dokładnie wystartowaliście, jak wyglądały zgrupowania?

HS: Pierwsze spotkanie było chyba w lipcu. Mieliśmy od tamtego czasu 3 zgrupowania w Jakuszycach, który były ułożone pod konkretne zawody – mistrzostwa Polski na 5000 i 10000 metrów, a docelowym startem miał być maraton (ostateczną datę MP w maratonie ustalono na 6 grudnia – przyp.red.). Pierwsza faza wyszła dobrze, zawodnicy zdobywali medale mistrzostw. Ostatnim etapem był obóz 24-dniowy już pod maraton. Pogoda nam dopisała, przygotowywaliśmy się w super warunkach.

Było sporo czasu, żeby najpierw przerobić trochę szybkości, która u zawodników była zaniedbana. W pierwszej fazie robiliśmy mniej kilometrów, a więcej odcinków na wyższych prędkościach i było widać, że niektórym sprawiało to problemy. Zwłaszcza myślę o starszych zawodnikach. Młodzi, którzy niedawno zeszli z bieżni, adaptację do wyższego tempa mieli lepszą. Ale niestety ci zawodnicy, którzy od lat tupią tylko po asfalcie, mieli problemy z prędkościami na poziomie 2:50 i poniżej.

KB: Jak liczna jest Wasza grupa? 

HS: Pełna grupa to 14 osób. Dwie osoby trenują na planach indywidualnych, a pozostali na moim.

KB: Kto trenuje indywidualnie?

HS: Arek Gardzielewski i Marcin Chabowski. To są starsi zawodnicy, mają sporo maratonów przebiegniętych, dlatego dałem im taką możliwość.

KB: Pamiętasz może jakiś jeden szczególnie trudny trening podczas tych 3 zgrupowań? Albo taki, który dał Ci największą informację zwrotną, co do formy zawodników?

HS: Na pewno jednym z takich treningów pod maraton był bieg zmienny na dystansie 37 kilometrów (filmik z treningu poniżej – red.). To był ciężki trening, gdzie bardzo przydało się wsparcie, które daje bieganie w grupie. Tydzień później zawodnicy startowali na mistrzostwach Polski na 10 km w Poznaniu, tam pobiegali rekordy życiowe. Było widać, że ten trening ich nie zniszczył, ale zbudował. To mi dawało informację, że jest dobrze. 

KB: Kto według Ciebie zrobił największy postęp, jeśli porównasz aktualny poziom z pierwszym zgrupowaniem sprzed kilku miesięcy?

HS: Wszyscy pracowali bardzo dobrze, ale jeśli miałbym wyróżnić jedną osobę, która zrobiła największy postęp, to myślę, że jest to Kamil Karbowiak. Zaczął trenować ze mną jeszcze przed obozami. Pierwsze rozmowy odnośnie wspólnego treningu mieliśmy już w styczniu tego roku. Mogę powiedzieć, że on z całej grupy na początku wyglądał najsłabiej. Miał w międzyczasie wesele, więc trochę go pochłaniały sprawy osobiste. Ale teraz skończył cykl przygotowań, jako mocny punkt naszej grupy. Poprawił w Poznaniu rekord życiowy na 10 km (29:14 – przyp. red.) i gdyby miał z kim biegać do końca, to myślę, że złamałby 29 minut. Czuł się na takie bieganie. To jest najmłodszy chłopak z grupy i myślę, że będzie się fajnie rozwijał, jest ambitny, mocny. 

Oczywiście Szymon Kulka jest też wielkim talentem, ale niestety ten rok był dla niego trochę nieszczęśliwy. Pod koniec przygotowań do mistrzostw Polski na 10000 metrów w Karpaczu miał mocne zatrucie pokarmowe. Tak naprawdę do ostatnich dni zastanawiałem się, czy ma w ogóle wystartować. Na dłuższych treningach tempowych bardzo dobrze wyglądał Błażej Brzeziński, ale trzeba zwrócić uwagę, że to doświadczony zawodnik, który ma mnóstwo maratonów przebiegniętych. Jego pewność siebie na dłuższych sesjach mocno się przebijała.

Jeśli chodzi o dziewczyny to Ola Lisowska wygląda bardzo dobrze. Widzę, że ta praca, którą wykonywaliśmy na obozach, zaprocentowała. Bardzo fajnie reagowała na treningi interwałowe, jej forma idzie cały czas w górę. Ola Brzezińska jest wielkim talentem maratońskim i myślę, że też będzie bardzo dobrze biegała. Ania Bańkowska również jest w bardzo dobrej dyspozycji... Także ta grupa naprawdę fajnie wygląda.

KB: Brzmi to wszystko bardzo optymistycznie. Porozmawiajmy w takim razie o czymś bardziej kontrowersyjnym... Jak wygląda kwestia Twoich uprawnień trenerskich? W oficjalnej bazie PZLA, jako trener Kamila Karbowiaka i Szymona Kulki zapisany jest Mariusz Giżyński. Skąd ten manewr?

HS: Polski Związek Lekkiej Atletyki ma swoje, wybrane uczelnie, których dokumenty akceptuje. Nie rozumiem tego. Ja jestem instruktorem lekkiej atletyki i od strony prawnej nikt mi tej licencji nie może podważyć. Ale żeby zostać wypisanym na listę trenerów PZLA, trzeba mieć licencję z wybranych kursów i szkół, które narzuca związek. Wcześniej tak nie było. Przepisy zmieniły się niedawno. Moim zdaniem poziom nauczania pomiędzy kursami akceptowanymi przez związek, a pozostałymi – nie różni się niczym. 

Nie chciałem, żeby zawodnicy byli przypisani do trenerów, z którymi już nie współpracują, dlatego zdecydowałem się wpisać ich na konto Mariusza Giżyńskiego. Jeśli na kogoś mają zdobywać medale, to niech zdobywają na niego. Mariusz pomaga mi organizacyjnie, współpracujemy na obozach. Co ciekawe on też ukończył inną uczelnię, niż licencjonowana przez PZLA, ale tak jak wspomniałem, od jakiegoś czasu przepisy się zmieniły.

KB: Spotkałem się z dwiema opiniami, jeśli chodzi o Twoje podejście do tej sprawy. Jedni mówią, że Henryka Szosta to uwiera, a drudzy, że ma to – mówiąc dosadnie - w nosie. Jaka jest prawda? 

HS: Odpowiem tak – ja jestem zatrudniony przez Wojsko Polskie, a nie przez Polski Związek Lekkiej Atletyki. Oczywiście mamy porozumienie, jeśli chodzi o współpracę, ale ja jestem zatrudniony, jako trener przez Wojsko Polskie. Mojej pracy nie ocenia Polski Związek, ale Wojsko. Uwierałoby mnie, gdyby mój pracodawca powiedział, że licencja z uczelni, którą ukończyłem, jest niewystarczająca.

Kursy PZLA często kończą dość przypadkowe osoby i nie uważam, żeby taki papier był mi niezbędny do przekazywania wiedzy... A jakąś wiedzę posiadam. Pracowałem z kilkoma trenerami, biegałem na wysokim poziomie przez wiele lat i teraz mogę swoje doświadczenie przenieść na zawodników. Nie sądzę, żeby kurs instruktora PZLA dał mi cokolwiek więcej, niż już wiem. Ja podstawy znam, wiem co to BC1, BC2, siła biegowa, znam to wszystko z autopsji. Co innego, gdyby chodziło o szkolenie z najlepszymi trenerami w Polsce, na przykład z Tomkiem Lewandowskim, który mógłby mi przekazać swoją wiedzę...  Ale tu chodzi o to, żebym usiadł w ławce i posłuchał czegoś o pchnięciu kulą i rzucie młotem. Ja w tej chwili nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby, żeby zostać wpisanym przez polski związek na listę trenerów.

KB: Zmieńmy temat i porozmawiajmy o perturbacjach z grudniowym maratonem. Kiedy dowiedzieliście się, że Mistrzostwa Polski w Dębnie są odwołane? Od razu pojawiły się inne opcje, czy zostaliście na lodzie?

HS: Zostaliśmy totalnie na lodzie. Tak się złożyło, że podczas naszego ostatniego obozu w Jakuszycach organizator maratonu w Dębnie przyjechał do Szklarskiej Poręby. To było w dniu nadania imienia Wiesława Kiryka stadionowi w Szklarskiej - chyba 7 albo 9 listopada. Spotkaliśmy się, żeby dogadać szczegóły związane z maratonem, a tymczasem otrzymaliśmy informację, że maraton się nie odbędzie. Dla nas to był niesamowity cios. 4 tygodnie przed startem okazało się, że zawodów nie będzie, bo burmistrz odwołał i koniec. Musieliśmy wrócić do hotelu i przekazać zawodnikom, że w tym roku nie wystartują, bo nie ma gdzie.

Początkowo trochę się załamałem, ale w pewnym momencie chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do Rafała Gniły. Wiedziałem, że on organizuje biegi i robi to dobrze. Przedstawiłem mu całą sytuację i zapytałem, czy nie widzi kogoś, kto by się podjął organizacji maratonu. Rafał od razu odpowiedział, że on się tym zajmie. Bardzo mi zaimponował. Nie było w jego głosie jakiegoś zawahania, mówienia, że: „wiesz, ale może jednak nie damy rady, bo jest mało czasu”. Rozmawialiśmy w niedzielę, a we wtorek mieliśmy już wytypowane Olesno, gdzie burmistrz, władze, policja, wszyscy się zgodzili, żeby takie zawody przeprowadzić. Miasto stanęło mega na wysokości zadania. Większość pozwoleń załatwiono w tempie ekspresowym, to były 3 dni i wiedzieliśmy, że będziemy mogli tam wystartować.  Na szczęście Polski Związek też zgodził się na bieg.

KB: Możesz powiedzieć coś o trasie maratonu? Będzie sprzyjała życiówkom?

HS: Rozważaliśmy dwa warianty. Wstępnie miały to być cztery pętle po 10 km, ale niestety na każdej z nich byłby dość mocny podbieg. Dlatego zmieniliśmy trochę koncepcję. Mogę tylko zdradzić, że trasa będzie na pętlach i ten podbieg, który we wstępnym projekcie trzeba byłoby pokonywać cztery razy, będzie pokonywany tylko raz. Najprawdopodobniej w końcowej fazie, na 41 km. Zawodnicy, którzy do niego dobiegną, można powiedzieć, że będą już niemal widzieli metę. Wiem ze swojego doświadczenia, że jak człowiek jest blisko mety, to jest w stanie wykrzesać z siebie dodatkowe siły.

Trasa jest urozmaicona, ona nie jest płaska. Ale trudno oczekiwać, żeby w tej sytuacji, gdy było tak mało czasu, znaleźć trasę idealnie równą. Tylko dzięki uprzejmości pana burmistrza i pomocy Rafała, który jest operatywnym człowiekiem, maraton się w ogóle odbędzie, a nie będziemy musieli ścigać się, gdzieś po pętlach w parku.

KB: Jest jakiś pomysł na grupy? Rozumiem, że najmocniejsi będą atakować minima -  2:11:30 u mężczyzn i 2:29:30 u kobiet? 

HS: Grupa będzie jedna – na minima olimpijskie. Po to ciężko trenowaliśmy. Dla niektórych będzie to debiut, inni mają na koncie dopiero jeden start, ale tak trzeba biegać.

KB: Taktyka będzie na równe tempo, czy może negative?

HS: To są za mało doświadczeni zawodnicy, żeby stosować negative. Najważniejsze, to postarać się przebiec całość jak najrówniejszym tempem, żeby różnica miedzy połówkami wyszła jak najmniejsza.

KB: W historii polskiego maratonu byłeś chyba jedynym zawodnikiem, który potrafił być niezadowolony, gdy nie złamał 2:10. Jak sprawić, żeby takich biegaczy w Polsce było więcej?

HS: Przede wszystkim trzeba zmienić mentalność. Oczywiście zawodników mamy bardzo ambitnych, ale nie mogą się bać. Zawodnik nie może się bać dystansu maratońskiego. Dla mnie zawsze liczyły się przede wszystkim czasy. Nie interesowały mnie starty w małych maratonach, które mogłem wygrać. Wolałem wystartować w większym biegu i być nawet z tyłu, ale nabiegać wynik.

KB: Swego czasu Mariusz Giżyński uczcił Twój rekord Polski na Zakręcie Śmierci, malując 2:07:39 na kultowym wśród polskich długasów asfalcie. Myślisz, że 6 grudnia trzeba będzie tam zrobić aneks i dopisać nowy rekord? Jak oceniasz szanse Krystiana Zalewskiego w Walencji? 

HS: Nie chcę oceniać. Krystian jest debiutantem i różne rzeczy mogą się zdarzyć. Ja mu życzę jak najlepiej. Obserwowałem w swoim życiu kilka ciekawych debiutów, ale ilu Europejczyków debiutowało z wynikiem 2:07? Nawet na świecie ciężko będzie znaleźć takich biegaczy (Eliud Kipchoge debiutował w 2:05:30; Haile Gebrselassie 2:06:35; Sondre Moen 2:12:54 – przyp.red.).

KB: Na pewno rekord Polski byłby czymś spektakularnym. W niedawnym wywiadzie dla Przeglądu Sportowego trener Jacek Kostrzeba dość jednoznacznie zapowiada, że taki jest cel. 

HS: Jeżeli trener mówi, że Krystian jest gotowy na rekord Polski i może go pobić w pierwszym starcie, to pewnie tak jest. 

Krzysztof Brągiel

Krzysztof Brągiel

biega od 1999 roku i nadal niczego nie wygrał. Absolwent II LO im. Mikołaja Kopernika w Kędzierzynie-Koźlu. Mieszka na Warmii. Najbardziej lubi startować na 800 metrów i leżeć na mecie.